NA STRONIE

NA STRONIE

Specjalny prokurator
"Czy warto ujawniać materiały wywiadu i kontrwywiadu dla upolowania kilku osób?" - pyta Janusz Zemke. Poseł SLD myli się: z naszych informacji (vide: "Ludzie z teczek") wynika, że tak zwany klub lustracyjny może liczyć nie kilku, lecz nawet ponad pięćdziesięciu parlamentarzystów. To prawie dwa razy więcej niż ma swych szabel w Sejmie PSL. Rzecz jednak przecież nie tylko w liczbach i skądinąd zrozumiałych lękach działaczy partii Leszka Millera. Oto w "Gazecie Wyborczej" Ernest Skalski stwierdza: "Wielki aparat i skomplikowana procedura mają wyławiać tylko jeden grzech, współpracę z tajnymi służbami PRL, na podstawie tego, co oficer bezpieki uznał za celowe wpisać do akt. I to jest pośmiertny triumf SB". Nie do końca zgadzam się z red. Skalskim - uruchomienie procedury prześwietlania przeszłości osób publicznych to nade wszystko triumf demokracji i to demokracji na wzór niemal amerykański. Po pierwsze, całkowicie chybiony jest zarzut oponentów ustawy, iż lustracja będzie oznaczać "ferowanie wyroków śmierci politycznej poprzez sam fakt posądzenia o współpracę z tajnymi służbami PRL". Przypomnijmy, że wszystkim zobowiązanym do składania oświadczeń lustracyjnych będzie przysługiwać apelacja od niekorzystnych orzeczeń sądu, jak również możliwość wystąpienia o kasację wyroków. W tym kontekście nietrafny wydaje mi się przykład losów Jana Kavana - podany przez Ernesta Skalskiego - w swoim czasie dysydenta zza naszej południowej granicy, który "na podstawie zapisów tajnej policji ogłoszony został agentem"; oczyszczony z zarzutów, obecny minister spraw zagranicznych Republiki Czeskiej Jan Kavan może dziś każdemu spojrzeć głęboko w oczy, czego zapewne nie da się powiedzieć o całkiem prawdopodobnie sporej grupie wybrańców narodu polskiego. Po wtóre, płonne wydają mi się obawy prezydenta Kwaśniewskiego, dostrzegającego w lustracji "powód jakiejś strasznej burzy politycznej". Skoro poradziły sobie już z tym problemem bez "strasznych" wstrząsów Niemcy, Czechy i Węgry, dlaczego III RP miałaby być w tym gronie wyjątkiem? Po trzecie, nie trafia mi do przekonania argument, że "są sprawy ważniejsze niż lustracja, a Polacy nie mogą bez końca spoglądać wstecz". Niech już o to opozycji głowa nie boli - rząd Jerzego Buzka wspierany przez parlamentarną większość potrafi się wykazywać wprost rewelacyjną podzielnością uwagi, a aż 70 proc. Polaków, jak wynika z niedawnych sondaży, chce wiedzieć, z kim ma do czynienia w ławach parlamentarnych. Po czwarte, bałamutny wydaje mi się pogląd, iż "współpracownicy służb specjalnych w najlepszej wierze działali na rzecz własnego państwa"; bałamutny, bowiem otwiera kolejny rozdział nie kończącej się dyskusji na temat tego, czym była PRL. Jedno jest zaś pewne: nie była państwem demokratycznym. A, jak postanowili Niemcy, powołując instytut Gaucka, "utrzymywanie informacji zgromadzonych o obywatelach przez struktury bezpieczeństwa niedemokratycznego państwa stanowi dla mechanizmów demokracji stałe i realne zagrożenie - jest bombą z opóźnionym zapłonem". I tu dochodzimy do sedna - próby rozbrojenia tej bomby w polskich warunkach. Oto w mechanizm polskiej demokracji po raz pierwszy włączony został swego rodzaju "wykrywacz kłamstw", o czym pisaliśmy tydzień temu. Oto powołana została wreszcie instytucja rzecznika interesu publicznego. Tym samym, jakkolwiek bardzo patetycznie by to zabrzmiało, umiłowanie prawdy stało się jednym z naczelnych wymogów i wyzwań naszego życia publicznego, a pojęcie elity politycznej może zyskać po latach swój właściwy sens. Przyznam przy tym, że zakres kompetencji i uprawnień Bogusława Nizieńskiego i jego zastępców - mogących między innymi przesłuchiwać i dokonywać przeszukań - mimowolnie przywodzi mi na myśl status osławionego, specjalnego prokuratora Kennetha Starra. Z tą subtelną różnicą pomiędzy obiema demokracjami, że polski prokurator specjalny nie może lustrować nikogo poniżej pępka, zarazem jednak będzie chyba niejednokrotnie zmuszony oskarżać o coś znacznie poważniejszego niż fatalny gust głowy państwa. Ze sceptykami zgadzam się tylko w jednym: ustawa lustracyjna wchodzi w III RP w życie o kilka lat za późno. Pozostaje teraz czekać, kiedy zarzut tego rodzaju SLD postawi obecnej koalicji rządzącej.
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0