Klisze pamięci

Klisze pamięci

Jak nasze kino portretuje współczesną Polskę
W tym roku wszedł na ekrany dobrze przyjęty przez krytykę film Janusza Kondratiuka "Złote runo". Opowiada o uwieńczonej sukcesem wyprawie po fortunę dwóch bohaterów Polski współczesnej: pana Rysia, którego dotychczasowe życie upływało w bramie wśród kolegów przy piwie, i pana Stefana, cwaniaka i nuworysza. Misja ich polega na przemyceniu na Zachód w zaprawionym żołądku pana Rysia zdobytych przez pana Stefana diamentów. Jak zwykle jednak okazuje się, że pieniądze szczęścia nie dają i chociaż bohaterowie mogą sobie pozwolić na różne, wcześniej nie mieszczące się w ich głowach rzeczy, to czegoś im skruczno, a wszystko nieco zalatuje smrodem, na co z pewnością wpływ ma miejsce poczęcia się ich fortuny.

Streszczam ten film, bo może bardziej niż stan naszej rzeczywistości odbija on stan ducha twórców polskiego kina. Może zresztą nie tylko twórców kina. Pieniądze śmierdzą. Po to, aby je zdobyć, trzeba się wytarzać w gównie. Ceną sukcesu - pozostawiając na boku stronę moralną - jest pustka i nuda, a jedynym prawdziwym człowiekiem okazuje się koleś pociągający w bramie piwko. Od "Uprowadzenia Agaty" po "Kilera" człowiek sukcesu w Polskim kinie to oszust, złodziej albo gangster. Nie chciałbym tłumaczyć tego wyłącznie zawiścią zagubionego w nowych czasach polskiego filmowca, który chce odreagować swoje problemy kosztem ludzi sukcesu. Rodzenie się polskiego kapitalizmu nie przypomina umoralniających czytanek. Nieuniknionej ciemnej stronie wielkich przełomów towarzyszy w Polsce (i innych post- komunistycznych krajach) uwłaszczanie się nomenklatury, dominacja w życiu gospodarczym oligarchii wywodzącej się z dawnych układów i tego typu ponure zjawiska. Ale ukazania ich, choć są atrakcyjne filmowo, trudno byłoby szukać w polskim kinie (w pewnym sensie wyjątkiem są "Gry uliczne"). Dominuje karykaturalny stereotyp. Można odnieść wrażenie, że filmowcy odbijają, a więc na zasadzie sprzężenia zwrotnego, współtworzą najbardziej obiegowe klisze. Przedsiębiorca musi być złodziejem. Jeśli jest różnica między współpracującymi z sobą gangsterem i kapitalistą, to na korzyść tego pierwszego. Wszyscy, którzy odnieśli sukces, są jednakowi, bo pieniądz korumpuje jednakowo. Nawet w "Pannie Nikt", skądinąd umownym filmie klasyka naszego kina Andrzeja Wajdy, nowo- bogaccy przedstawiani są zgodnie z tą kliszą.
Niegustownie ubrani albo nie potrafiący nosić eleganckich ciuszków, chamowaci lub cyniczni, grubo rysowani przedstawiciele nowej klasy spełniają oczekiwania "sprawiedliwości społecznej". "Nie odniosłem sukcesu, bo nie jestem draniem ani chamem" - może się pocieszać widz. Nie jest to specyfika wyłącznie polska, ale w naszym kinie jawi się wyjątkowo karykaturalnie. Drugą karykaturalną postacią polskiego kina jest polityk. Właściwie pełni on identyczną co biznesmen funkcję i rysowany jest równie grubą kreską. W filmie Marka Piwowskiego "Uprowadzenie Agaty" znany kabareciarz Janusz Rewiński gra ważnego polityka nowej generacji. Pięć lat później u Juliusza Machulskiego w "Kilerze" kreuje gangstera-biznesmena i w obu rolach jest identyczny. Podobną rolę gra zresztą przez całe lata 90. w telewizyjnym "Kabareciku" Olgi Lipińskiej, upostaciowując całą grubiańską trywialność nowej epoki, która bulwersuje tęskniącą za subtelnością sekretarzy autorkę. Interesujące, że Piwowski - doskonały obserwator peerelowskiej rzeczywistości, który stworzył jej filmowy model w kultowym "Rejsie" - w "Uprowadzeniu Agaty" stał się wyłącznie wyrazicielem obiegowego stereotypu.
Sztuka, a zwłaszcza film, w dużym stopniu odzwierciedlają świadomość zbiorową. Oczywiście odbicie to - jak i cała świadomość - nie jest jednoznaczne i wymaga uważnej interpretacji, ale znamiona czasu da się zeń wyłuskać. Ciekawe jest pod tym względem kino najpopularniejszego reżysera lat 90. - Władysława Pasikowskiego. Debiutował on filmem "Kroll", który z jednej strony brawurowo odsłaniał ciemną stronę wojskowego życia, z drugiej - demonstrował fascynację amerykańskim kinem sensacyjnym. Ta fascynacja prowadziła filmy Pasikowskiego w kierunku umowności. Podobne rozpięcie widać w jego najgłośniejszym filmie "Psy" (1992 r.). Pierwsza połowa filmu jest próbą pokazania upadku PRL z nie podejmowanej wcześniej perspektywy. Dla esbeków, janczarów komunistycznego systemu, jego załamanie się jest końcem ich świata. Wbrew opinii krytyków nie ma tam heroizacji tego środowiska. To w dalszej części filmu, a przede wszystkim w nakręconym później sequelu (dalszym ciągu), wymogi akcji czyniły z bohatera filmu, Maurera, postać nieomal heroiczną. W pierwszych "Psach", a zwłaszcza ich pierwszej połowie, dominuje aura chaosu, potęgowana niekonsekwencją przemian. I w tym miejscu portretował Pasikowski polską rzeczywistość, w której dawni ubecy pozostawali na stanowiskach jako sprzymierzeńcy solidarnościowych ekip. Natomiast sukces filmu i jego recepcja pokazywały zjawiska inne. Cynizm (niekonsekwentny) bohaterów - objawiający się w odrzucaniu jakichkolwiek idei, zastępowaniu zasad życia publicznego wyłącznie międzyosobowymi lojalnościami - został zaadaptowany przez młodych widzów.
Władysław Pasikowski świetnie wyczuwa swoją młodą publiczność. Jego chyba najgorszy film - "Słodko-gorzki" - traktuje o młodzieży takiej, jaką chciałaby się ona widzieć. Dominują w nim wyraziste, jasno określone postawy. Znowu mamy do czynienia ze światem stereotypów, które są tym razem kompensacją - odsłaniają wymiar niedosiężnych pragnień młodych, "dzieckiem podszytych" ludzi. Ale mitologizacja młodości jest dobrym interesem. Chyba najbardziej skrajnym tego przykładem były "Młode wilki", debiut reżyserski Jarosława Żamojdy. Wyjątkowo nieudolnie zrealizowany film cieszył się wielkim powodzeniem. Mitologia młodości współgrała z opisanym już zestawem stereotypów. Młodzi gangsterzy musieli budzić sympatię w zestawieniu ze skorumpowanym światem ludzi sukcesu. Trudno orzec, czy koniunktura na płaski nihilizm się kończy, czy wzrastają wymagania młodej widowni (zresztą oba zjawiska mogą być z sobą związane), ale kolejne "Młode wilki 1/2" nie cieszyły się już takim powodzeniem.
Być może oczekiwania młodej widowni, które były fundamentem sukcesu filmów Pasikowskiego i Żamojdy, obróciły się przeciw "Grom ulicznym" Krzysztofa Krauzego. Film miał trafiać do młodych widzów zarówno przez swoją poetykę, jak i postacie bohaterów, a jednocześnie chciał odsłonić nie przedstawioną stronę polskiej rzeczywistości. Ukazywał ciążenie komunistycznej przeszłości nad polską współczesnością. Schemat czarnej rzeczywistości odciska się również na filmach, których tematem jest coś zupełnie innego. "Nic" Doroty Kędzierzawskiej miało być w zamierzeniu studium samotności uciekającej w chorobliwą zależność od drugiego. Sytuacja ta wpisana została tymczasem w realia Polski, przypominające opisy nędzy "klasy robotniczej" sprzed stu lat. Niezależnie od woli autorki film odbierany jest jako zaangażowany społecznie naturalizm z proaborcyjnym przesłaniem.
Reżyserzy, którzy potrafili ukazywać polską rzeczywistość poprzez materię codzienności, w nowych warunkach odeszli od swojej poetyki. Najbardziej uderzającym przykładem jest twórczość Radosława Piwowarskiego. W filmach "Yesterday" i "Marcowe migdały" potrafił on pokazać codzienność prowincji PRL, w której przeglądały się problemy narodu. Dziś zajmuje się laboratoryjnie wypreparowanymi zjawiskami psychologicznymi.
Problem Piwowarskiego zahacza o sprawę ukazania w polskim współczesnym kinie historii. Był to zasadniczy temat, z którym zmagali się osaczeni przez cenzurę i system organizacji kinematografii ambitni filmowcy PRL. Dziś nie potrafią poradzić sobie z wolnością. Do rangi metafory urasta przygoda Andrzeja Wajdy, którego "Pierścionek z orłem w koronie" jest tylko bladą repliką "Popiołu i diamentu". Najlepsze filmy o stalinizmie - "Przesłuchanie" Ryszarda Bugajskiego i "Dreszcze" Wojciecha Marczewskiego - powstały w początkach lat 80. W latach 90. uznani twórcy polskiego kina - Kazimierz Kutz i Krzysztof Zanussi - zrobili o tamtych czasach całkiem zgrabne... komedie. Wyjątkiem był "Poznań 56" Filipa Bajona z jednej strony zrobiony z niewątpliwym talentem, z drugiej - cierpiący na ambicję pokazania wszystkiego i może dlatego pozostawiający uczucie chłodu. Film Barbary Sass "Pokuszenie" jest kameralnym studium, w którym stalinowskie tło jest znakiem systemu opresji.
W ciekawy sposób ujmuje historię powojenną jeden z najlepszych polskich filmów lat 90. - "Kroniki domowe" Leszka Wosiewicza. Opowieść prowadzona jest z perspektywy dziecka, które w rodzinno-sąsiedzkim ładzie małego miasteczka usiłuje oswoić szaleństwa historii. Światem zupełnie nie przedstawionym w polskim kinie jest dekada lat 80. Wyjątkiem był Kazimierz Kutz, który w 1994 r. podjął próbę pokazania tragedii kopalni Wujek. Film był próbą połączenia paradokumentalnej relacji z wydarzeń z nieomal mitycznym wymiarem. Chociaż perfekcyjnie zrobiony, być może z powodu bezosobowej, monumentalnej formy, nie znalazł wielu widzów. Poza tym próby pokazania tamtych wydarzeń podejmowane były prawie wyłącznie w trakcie ich trwania. Najbardziej udane pod tym względem było kino Krzysztofa Kieślowskiego. Twórca "Przypadku" znalazł na ukazanie historii właściwą formułę filmową. Wydarzenia załamują się w jednostkowych losach ludzi. Bohaterowie są tworem swojego czasu i miejsca, a jednocześnie nie wyczerpują się w nich. Co więcej, Kieślowski, osadzając swoje postacie w autentycznej scenerii, potrafi nadać jej wymiar metaforyczny. Poprzez konkret dostrzec to, co ogólne.
Jeden z udanych polskich filmów lat 90. to "Historie miłosne" Jerzego Stuhra, wyraźnie podążającego śladami Kieślowskiego. Zresztą to Kieślowskiemu udało się uchwycić nową rzeczywistość w "Białym" (1993 r.). Unikając natrętnych klisz, znalazł dla niej formę współczesnej opowieści łotrzykowskiej. Sztuka potrzebuje dystansu - ta prawda uzasadniać może białe plamy polskiego współczesnego kina. Można przyjąć, że jego twórcy zostali oszołomieni zmianami w stopniu nie mniejszym niż reszta ich rodaków. Być może sytuacja w kinie ambitnym zmienia się wreszcie, a wspomniane już "Kroniki domowe" są tego jaskółką. A kino popularne realiami żywi się w stopniu specyficznym.

Okładka tygodnika WPROST: 44/1998
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0