Pokaz specjalny

Pokaz specjalny

Jazz Jamboree '98
Jazz Jamboree`98 zorganizowano w Warszawie po raz czterdziesty. Festiwal nie miał nigdy ambicji kreowania twórców, wpływał natomiast na promowanie nazwisk. Każdy jego uczestnik poświęcał kilka miesięcy na przygotowanie nowego programu, z którym następnie koncertował w Polsce lub nawet za granicą. Na tegorocznym Jamboree w Sali Kongresowej stałych zespołów raczej nie było, były za to "programy specjalne" - wydarzenia jednorazowe. To też jest atrakcja, ale polskim twórcom potrzebne są koncerty, na których zagrają w swoich sprawdzonych, stałych składach. Dlatego same festiwale nie wystarczają, potrzebna jest jeszcze ta "codzienna działalność".
Jedyna metoda wypromowania muzyka jazzowego w Polsce to milczenie na jego temat - krytycy nie powinni o nim pisać, ponieważ większość ocen polskiego jazzu to obelgi i pomyje, nie służące muzyce, a jedynie prywatnym interesom czy rozgrywkom. Na całym świecie płyty wydaje się w celu zarobkowym. By wypromować krążek, organizuje się trasy koncertowe. W Polsce jest odwrotnie. Producenci chcą, aby nagrania oddawano im za darmo, bo płyta zagwarantuje pracę w klubach. Z kolei jeśli muzyk nie zagra w ciągu roku kilkudziesięciu koncertów, nie będzie miał niczego do pokazania i na festiwalach. Dawniej Jazz Jamboree stanowiło jedyne miejsce kontaktu muzyków z impresariami z całego świata, dzisiaj straciło tę funkcję. Interesy prowadzone są na szczeblu managementu i muzycy w tych przetargach nie biorą udziału. Na to są już inne sposoby i to jest normalne.

Trzeba sobie również zdać sprawę z presji wywieranej na artystów nagrywających płyty. Najłatwiej jest wypromować tytuł - to musi być: "Mozart na jazzowo", "Mickiewicz na jazzowo", "Czardasz na jazzowo". Każdy pomysł jest dobry, byle nie był to zwyczajny zespół, który po prostu gra jazz. Są to oczywiście oryginalne i potrzebne pomysły, niektórym przyklaskuję, ale nie mogą stanowić jedynej jazzowej oferty na polskim rynku fonograficznym. Aby zaczęły się ukazywać płyty z klasycznym jazzowym programem, forującym indywidualność, a nie temat, sami muzycy muszą przyjąć rolę producentów. To dla nich jedyna szansa zaistnienia.
Jazz na pewno nie przeżywa dziś renesansu. Nie zmieniła się w ostatnim czasie liczba imprez i widzów. Zdecydowanie spada natomiast sprzedaż płyt z nagraniami jazzowymi, co jest efektem polityki repertuarowej największych firm fonograficznych. Ta sytuacja dotyczy zresztą nie tylko muzyki jazzowej, ale w ogóle produkcji polskiej. Jazzowi nigdy nie groziła nadmierna popularność - z rockiem i rozrywką konkurować na pewno nie może. Firmy fonograficzne nie zaczną inwestować w jazz tak intensywnie, jak promują pop czy rock, ponieważ ich głównym celem jest zarabianie pieniędzy. Poza nielicznymi wyjątkami zagraniczni przedstawiciele w polskich firmach fonograficznych to ludzie, którzy nie sprawdzili się w macierzystych oddziałach i dostali pole do popisu w naszym kraju. Toteż budują swoją karierę, "idąc po trupach", nie przejmując się zbytnio kryteriami artystycznymi.

Do nurtu muzyki jazzowej coraz częściej zaliczane bywają również inne gatunki, które z jazzem nie mają nic wspólnego. Wynton Marsalis również gra muzykę coraz bardziej współczesną, chłonącą nowe trendy, ale jednak opartą na znajomości tradycji. W takim wydaniu jest to zjawisko normalne. Natomiast przejmowanie elementów tradycji za pośrednictwem Marsalisa jest błędem, ponieważ jest to już muzyka przetworzona. Każdy powinien być "Marsalisem" na swoją miarę, tzn. przejmować elementy tradycji u źródeł, samodzielnie interpretować i uwspółcześniać.
Niektóre odłamy elektronicznego jazzu - na przykład hip hop - niewiele mają wspólnego z ideą jazzu, cechującego się przede wszystkim tym, że muzycy podczas koncertów improwizują i "reagują na siebie". Każdy musi się dostosować do sytuacji i to właśnie pokazało trio Raya Browna, którego występ - w mojej ocenie - stanowił kulminację Jazz Jamboree. Jeżeli mamy do czynienia z zapętlonym aferotaktem, który na nic nie reaguje, to już jest zupełnie inna specyfika. Przyznaję, że "tyz pikna".

Muzycy wyłącznie eksperymentujący często zapominają o tym, że w poszukiwaniach intelektualnych tracą element pierwotny: rytm i optymizm. Tłumaczą, że "dziś już tak się nie gra". Rzeczywiście, ale najczęściej dlatego, że "się nie umie". Leszek Możdżer potrafi eksperymentować, a nawet stworzyć filozofię dla swojej twórczości, ale również potrafi zagrać klasyczny jazz. Ma podstawy, dlatego może sobie pozwolić na wszelkie sensowne poszukiwania. Szkoda tylko, że gnębi się poszukiwaniem, zamiast pozwolić poprowadzić się instynktowi. Tak czy inaczej Leszek Możdżer staje się wybitną postacią polskiego jazzu.

Okładka tygodnika WPROST: 44/1998
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0