Krew pot i łzy

Krew pot i łzy

Józef Piłsudski i Roman Dmowski, Charles de Gaulle i Konrad Adenauer - to o nich się mówi "mężowie stanu". Jakie cechy wyróżniają wybijających się polityków? Czy w dzisiejszej Polsce są mężowie stanu? Po Krzysztofie Czabańskim, Stefanie Bratkowskim, Marcinie Królu, Jerzym Surdykowskim, Bronisławie Wildsteinie, Jerzym Sławomirze Macu i Krystynie Kersten głos zabiera - jako ostatni - Bogusław Mazur.
Mąż stanu 2000

"Nic nie przysparza księciu takiego szacunku, jak wielkie przedsięwzięcia i dawanie niepospolitego przykładu" - napisał Niccolo Machiavelli. Wielkie przedsięwzięcia mają różne oblicza. "Obiecuję wam krew, pot i łzy" - zapowiadał Brytyjczykom Winston Churchill i słowa dotrzymał, dzięki czemu został mężem stanu. Nie jest określany tym mianem jego poprzednik na urzędzie premiera, Neville Chamberlain, który po oddaniu na konferencji monachijskiej Czechosłowacji w ręce Niemiec, oznajmił swym rodakom, że przywozi im pokój. "Nasi wrogowie to małe, nędzne robaki. Widziałem ich w Monachium" - ocenił Adolf Hitler. Kanclerz miał, niestety, świętą rację. Ale też nie został mężem stanu. Przegrał wojnę m.in. z innym dyktatorem, Józefem Stalinem, którego wielu Rosjan do dziś czci nie tylko w czasie manifestacji.
Za męża stanu uważa się powszechnie wybitnego polityka. A za wybitnych polityków narody uznają tych, którym zawdzięczają pozytywną zmianę swej historii - niepodległość, dobrobyt, bezpieczeństwo, poczucie dumy - lub złudzenia takowych sukcesów, jak w wypadku Stalina. Wbrew opiniom idealistów, mężowie stanu nie muszą być ludźmi szlachetnymi. Muszą być skuteczni w realizowaniu swej wizji państwa, która - nawet jeśli nie jest początkowo powszechnie akceptowana - w jakimś stopniu zaspokaja narodowe ambicje. Otto von Bismarck zjednoczył Niemcy po trupach żołnierzy armii francuskiej. Józef Piłsudski w swej walce z sejmokracją dokonał krwawego zamachu stanu. Kto im dziś odmówi miana wielkich polityków? Narody wybaczają wojny i przewroty, o ile odnoszą z tego korzyści. Gen. Augusto Pinochet obalił legalny rząd i wprowadził krwawą wojskową dyktaturę. Pod jej osłoną, wbrew społecznym nastrojom, przeprowadził bolesne reformy gospodarcze, dzięki czemu Chile dołączyło do grupy państw stosunkowo zamożnych. Dziś większość jego rodaków jest oburzona z powodu zatrzymania byłego dyktatora w Wielkiej Brytanii. Gen. Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny. Można dyskutować, czy był do tego zmuszony, ale wydaje się oczywiste, że mógł następne lata znacznie lepiej wykorzystać na reformowanie gospodarki kraju, że nie musiał - po stłumieniu opozycji - tak bardzo obawiać się Kremla czy partyjnego "betonu". Obaj dyktatorzy oddali władzę pokojowo, co akurat (wbrew apologetom Jaruzelskiego) nie czyni z nich mężów stanu, gdyż w praktyce nie mieli innego wyjścia. To, co może dawać historyczną przewagę Pinochetowi, to fakt, iż celem jego dyktatury, choć znacznie brutalniejszej niż polski stan wojenny, nie było samo sprawowanie władzy.
Niewłaściwe wydaje się częste i powszechne przeciwstawianie sobie "starych", nobliwych mężów stanu z nową generacją polityków "wizualnych". Widoczne jest w tym myślenie schematyczne, zakładające, że tańczący wesołek nie może być politykiem patrzącym dalej niż do kolejnych wyborów, za to wybitny jest nobliwy pan, z namaszczeniem obwieszczający prawdy objawione. Owszem, dzisiejsi politycy różnią się zachowaniem od swych poprzedników, jednak przecież świat władzy zawsze był teatrem. Pałace, święte oleje, pasowania, ordery, ceremonie, klękania, defilady, karoce, nadmiernie długie samochody - zabawiały i zabawiają gawiedź, wzbudzają respekt i poparcie, wbijają w dumę, uśmierzają gniew. Dziś Clinton gra na saksofonie, a Kwaśniewski i Jelcyn pląsają w rytm disco. Czy musi to znamionować kryzys istoty demokracji? Czy wyborcy mają jedynie w namaszczeniu ślęczeć wieczorami nad partyjnymi programami? Czy premier Jerzy Buzek, skacząc ze sceny do zwolenników, chce w ten sposób podkreślić, że jest świadom, iż nie samym chlebem wyborca żyje? Walczący o władzę zawsze - a już szczególnie w systemach demokratycznych - "grali" przed narodami, niekiedy je w dobrej wierze oszukując. Treść realnej demokracji pozostała ta sama, choć forma się zmieniła. A nie ona decyduje o tym, czy ktoś ma własną koncepcję urządzenia państwa, czy jest jej wierny i czy umie ją realizować.
Ten właśnie konglomerat cech - poza oczywistymi osobistymi przymiotami, takimi jak pożądanie władzy, inteligencja czy wiedza - pozwala nie tylko sięgać po stanowiska, ale iść niekiedy pod prąd i przekonywać naród do własnych pomysłów. Charles de Gaulle narzucił Francji trudną psychologicznie decyzję o rezygnacji z Algierii. Odszedł, gdy okazało się, że Francuzi negują jego wizję państwa. Winston Churchill wygrał wojnę i przegrał wybory. Dziś są uznawani za wybitnych polityków, gdyż umieli prowadzić skuteczną, często bezwzględną i cyniczną grę o władzę, znajdując jednak granicę zawierania kompromisu. Zjednoczył Niemcy i przegrał wybory Helmut Kohl. "U schyłku 1998 r. można bez ryzyka stwierdzić, że Helmut Kohl był ostatnim wielkim mężem stanu Europy XX w." - twierdzi historyk Thimothy Garton Ash. Bez ryzyka? Być może. Ale kto oceni, jak w przyszłości na sytuowanie Kohla obok Konrada Adenauera wpłynie brak umiejętności rozerwania okowów socjalnego państwa, kompromisowość wobec socjałów za cenę zachowania urzędu kanclerza? Ojcowie narodów nie są ludźmi jednowymiarowymi.
Czy epoka wybitnych polityków minęła? Oczywiście lepiej byłoby, gdyby ludzie predysponowani do wybawiania narodów z opresji byli niepotrzebni z powodu braku owych opresji. Podobnie jak lepiej byłoby się obywać bez lekarzy, gdyż nikt nie chce być chory. Mężowie stanu są jednak potrzebni zarówno w skali świata, jak i w Polsce. Już za kilka, najwyżej kilkanaście lat społeczeństwa uświadomią sobie konieczność wybierania tych, którzy obiecują "krew, pot i łzy".


Walczący o władzę zawsze "grali" przed narodami, niekiedy je w dobrej wierze oszukując

Rozwój cywilizacyjny rodzi globalne problemy wymagające poszukiwania globalnych rozwiązań. Opad radioaktywny mogą wszystkim zafundować pozostające poza międzynarodową kontrolą mało zamożne państwa azjatyckie. Jeszcze bardziej realna jest groźba narodzin atomowego lub biologicznego terroryzmu. Najdalej za dziesięć lat ludzkość, niezależnie od szerokości geograficznej, zacznie boleśniej odczuwać skutki niszczenia atmosfery, zwłaszcza z powodu produkcji freonu (w tym roku dziura ozonowa osiągnęła wielkość Ameryki Północnej). Seria finansowych kryzysów ujawnia, że - wbrew powszechnemu mniemaniu - nie odkryto mechanizmów trwałego wzrostu gospodarczego. Nieuchronna jest wędrówka ubogich ludów do bogatych krajów. Czy nie jest banałem stwierdzenie, iż może świat bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje wybitnych polityków? Potrzebują ich też poszczególne państwa - przesocjalizowane Niemcy, Włochy, Francja i rozkładająca się Rosja.
Polska nie jest tu wyjątkiem, lecz biednym, zacofanym krajem zamieszkanym przez słabo wykształcone społeczeństwo. Krajem, który - jeżeli wykorzysta stojące przed nim szanse - za kilkanaście lat zacznie doganiać uboższe kraje Europy Zachodniej. Przeciw wykorzystaniu tych szans mobilizują się nieustannie potężne lobby. Czy nie potrzebujemy twardych, inteligentnych, umiejących rozpoznać "znaki czasu" polityków?
Mężów stanu po wojnie mieliśmy i nadal mamy. Prymas Polski Stefan kardynał Wyszyński i papież Jan Paweł II już zdobyli - "bez ryzyka" - to miano. Kontrowersje wywołuje osoba Lecha Wałęsy. Wiele jego posunięć zarówno dawniejszych, jak i obecnych zasługuje na ostrą krytykę. Nieporozumieniem jest jednak zarzucanie mu, że poprzez "rozpętanie wojny na górze" doprowadził do "brutalizacji życia politycznego", co ma Wałęsę eliminować z grona wybitnych polityków. Wałęsowa "wojna na górze" - brutalną? "Wydałem wojnę szujom, łajdakom, mordercom i złodziejom" - oświadczył Piłsudski po zamachu majowym. Zaś w 1929 r. napisał o posłach Rzeczypospolitej w "Głosie Prawdy": "A gdy się pan taki zafajda, to każdy musi podziwiać jego zafajdaną bieliznę. A jeżeli przy tym zdarzy mu się wypadek, że zabździ, to to jest już prawo dla innych ludzi, a najbardziej dla ministrów, którzy muszą nie pracować dla państwa, ale obsługiwać i fagasować tym zafajdanym istotom". Wałęsa brutalny? W rozkazie o wojskowej łączności "Dziadek" porównywał wojsko pozbawione owej łączności z "kurwą z rozdziwaczoną pindą". Wałęsa jako sprawca podziałów w społeczeństwie? "Wyrzucenie trzech milionów Żydów z ich warsztatów pracy otwiera miejsce dla co najmniej 2 mln Polaków" - stwierdzał w 1931 r. Roman Dmowski. "Mordechaj Piłsudski" - pisała w 1924 r. endecka "Myśl Narodowa". Gdyby Piłsudskiego i Dmowskiego traktować równie surowo jak Wałęsę, to należałoby natychmiast zburzyć ich pomniki. Gdyby traktować tak surowo zachodnich polityków, opustoszałyby parlamenty; niedawno w Bundestagu pod adresem pani minister poleciał epitet "śpiąca krowa". I mało kto się tym przejął. To też jest demokracja. Jej brzydkie oblicze może się nie podobać, ale w Polsce i tak jest stosunkowo mało szpetne. Dlatego częstotliwość wybrzydzania na brutalność Wałęsy musi zaskakiwać.
Nie podlega dyskusji, że to on był autentycznym przywódcą "Solidarności" i stał na czele obozu walczącego o demokrację. Czy - poruszając się po grząskim terenie kompromisów i bezkompromisowości - osiągnął cel? Czy w Polsce nie ma demokracji, a obóz solidarnościowy nie przejął władzy? Najlepszym dowodem na sukces Wałęsy jest - paradoksalnie - działalność Jerzego Urbana, który z propagandzisty nonsensownej, jałowej i coraz bardziej operetkowej dyktatury stał się zamożnym kapitalistą dzięki nieskrępowanemu wyszydzaniu - przeplatanemu banalnymi pouczeniami w stylu lat 80. - obozu solidarnościowego i jego przywódców.
Na miano męża stanu zasługuje Tadeusz Mazowiecki, który przeprowadzał Polskę z obozu realsocjalizmu do wolnego świata. Wybitnym politykiem - już choćby za reformy z początku lat 90. - zostanie Leszek Balcerowicz; jego główną wadą zdaje się być brak zrozumienia dla wyborczego kalendarza, co może źle wpłynąć na efektywność reform. Za to jest pewne, że mimo osobistych ambicji nie zatrzyma on piastowanych stanowisk za cenę rozregulowania gospodarki. I zważywszy na międzynarodową pozycję Balcerowicza, jego bezkompromisowość jest atutem. Szansę na sukces zyskał Jerzy Buzek, którego rząd w ciągu roku rozpoczął więcej reform niż przez cztery lata zapowiadała koalicja SLD-PSL. Skutecznym politykiem pozostaje wreszcie Marian Krzaklewski, któremu nieustannie wróży się rozpad AWS, i który po raz drugi akcję doprowadził do zwycięstwa. Ale to jeszcze za mało, by zyskać miano polityka wybitnego. Wszak skutecznymi, inteligentnymi politykami pozostają od lat Leszek Miller i Aleksander Kwaśniewski. Ale czy politykami wybitnymi? A jakie to wielkie reformy - poza reformą PZPR i próbą zreformowania Waldemara Pawlaka - kojarzą się z ich nazwiskami? Kiedy ostro przeciwstawili się swym krótkoterminowym interesom wyborczym, by poprzeć przebudowę kraju? Duże poparcie społeczne świadczy o politycznych talentach, jednak nie czyni samo przez się mężem opatrznościowym.
W Polsce - na szczęście - jest kilku wybitnych polityków, mogących reformować kraj, walczyć o urząd głowy państwa lub doprowadzić do zyskania takiej większości w parlamencie, dzięki której grający interesami państwa obóz straci realną możliwość podkładania nogi. O tym zadecyduje los wielkich przedsięwzięć i dawanie niepospolitych przykładów. 

Okładka tygodnika WPROST: 44/1998
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0