Pasy bezpieczeństwa

Pasy bezpieczeństwa

Budżet 1999
Po raz pierwszy od 1989 r. bud- żet państwa na następny rok bardziej zadowoli oczekiwania naszych partnerów zagranicznych i międzynarodowych organizacji finansowych niż przeciętnych obywateli. I po raz pierwszy ta filozofia przyniesie więcej korzyści przede wszystkim przeciętnemu Polakowi: gdyby pogłębiał się kryzys globalny, Polska będzie w znacznym stopniu odporna na krach finansów publicznych, przygotowana na atak kapitału spekulacyjnego oraz nie zostanie odcięta od inwestycji bezpośrednich i długoterminowych. Projekt budżetu - zakładający deficyt nie przekraczający 2,15 proc. PKB (12,8 mld zł), średnioroczną inflację w wysokości 8,5 proc., wzrost realnych nakładów na wymiar sprawiedliwości, bezpieczeństwo wewnętrzne, naukę i szkolnictwo wyższe, oświatę, drogi i transport, a także "wystarczające finansowanie reform ustrojowych" (jak ujął to premier Jerzy Buzek) - świadczy o tym, że Polska opuściła szarą strefę ekonomiczną. - Polska podąża do Unii Europejskiej w pasach bezpieczeństwa - mówi Henryk Goryszewski, szef sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Samobójcze byłoby teraz nieliczenie się z ogólnoświatowymi trendami i ograniczeniami. - Światowy rynek kapitałowy jest rozchwiany, a utrata zaufania do Polski mogłaby doprowadzić do upadku złotówki. Jej dewaluacja o 25 proc. oznaczałaby "pełnokrwisty" kryzys gospodarczy - przestrzega prof. Marek Belka, doradca ekonomiczny prezydenta Kwaśniewskiego, były minister finansów.
- Budżet jest ustawą, od której zależy "być albo nie być" koalicji rządzącej, to rodzaj bata, który zawisa pod koniec roku nad każdym rządem: nie uchwalimy budżetu, musimy zejść ze sceny - tak Władysław Frasyniuk, poseł Unii Wolności, komentuje uzyskany o trzeciej nad ranem w sobotę kompromis w sprawie budżetu. - To budżet regresu - mówi tymczasem Leszek Miller, lider SLD. - To nie jest budżet uwzględniający potrzeby polskiego społeczeństwa, szczególnie potrzeby wsi - dodaje Jarosław Kalinowski, prezes PSL. Liderom opozycji najpewniej odpowiadałoby, gdyby różnice dzielące elektoraty, z którymi rozmawiają Marian Krzaklewski (członkowie NSZZ "Solidarność"), Leszek Balcerowicz (przedsiębiorcy i klasa średnia), Marian Piłka (katolicko-narodowa prowincja), Mirosław Styczeń (drobni przedsiębiorcy, wiejskie elity, część klasy średniej), doprowadziły do sporów rozbijających i koalicję AWS-UW, i struktury AWS.
Opozycja będzie teraz podważać sens przyjętych założeń podczas dyskusji w Sejmie. Zadanie nie będzie jednak łatwe, gdyż nawet jej eksperci nie kwestionują parametrów, które przedłożył rząd Jerzego Buzka. - Rozumiem Leszka Balcerowicza, który chce zdyscyplinować budżet, by deficyt był na niższym poziomie. Ale to nie powinno polegać tylko na zaciąganiu pasa. Może należałoby uruchomić inne instrumenty, które korzystnie wpłynęłyby na przykład na politykę proeksportową - mówi Marek Wagner, poseł SLD, sekretarz KERM w rządach Józefa Oleksego i Włodzimierza Cimoszewicza. Łatwe ataki na rząd stały się za to specjalnością Leszka Millera - w debacie budżetowej będzie z pewnością podkreślał, że za rządów koalicji SLD-PSL wzrost gospodarczy wynosił nawet 7,5 proc., a teraz ma ledwie przekroczyć 5 proc. - oraz Piotra Ikonowicza - według niego "rząd w realizacji reform przypomina człowieka, który w restauracji zamawia wszystko z karty, a dopiero potem okazuje się, że nie ma czym płacić".
- W nowym kształcie państwa szczególnie ważne jest odpowiedzialne postępowanie partii politycznych na wszystkich szczeblach władzy, aż po Sejm. Pewni politycy, nie rozumiejąc procesów gospodarczych czy też mając świadomość, że związek między ich decyzjami a efektami tych decyzji widać dopiero po pewnym czasie, manipulują społecznym zaufaniem. W takim postępowaniu nie ma jednak miejsca dla myślenia kategoriami państwa i dobrobytu społecznego - ocenia Aleksander Smolar, członek Rady Krajowej Unii Wolności.
Specjaliści są zgodni: budżetu nie da się kształtować dowolnie. - Po pierwsze: budżet musi być oparty na realistycznych założeniach i nie może destabilizować kraju. Mam wrażenie, że zaprojektowany przez Leszka Balcerowicza deficyt na poziomie 2,15 proc. wyznacza pułap stawiający nas "pod ścianą", ale dający się obronić. Tylko brak instynktu państwowego lub zdrowego rozsądku mógłby być przyczyną powiększenia deficytu. Po drugie: budżet musi być zgodny z prawem, zatem jego struktura musi być taka, aby niedofinansowanie pewnych celów nie było sprzeczne z prawem - mówi prof. Marek Belka.
Prof. Aleksander Welfe z łódzkiego Instytutu Prognoz i Analiz Ekonomicznych Lifea przekonuje, że "podtrzymanie stóp wzrostu PKB bliskich 6 proc. byłoby możliwe, gdyby oczekiwany spadek eksportu został skompensowany przyrostem krajowego popytu finalnego". Oznacza to, że płace realne wzrosłyby o ponad 4 proc., zwiększyłoby się - wskutek obniżki stóp procentowych - kredytowanie inwestycji oraz konsumpcji dóbr trwałego użytku, a nie rosłaby wartość złotówki, aby nie hamować eksportu. - Można to osiągnąć, gdybyśmy zapewnili eksporterom dopłaty z bud- żetu. Mijałoby się to jednak całkowicie z celem. Konkurencyjność naszych eksporterów wiązać się powinna przede wszystkim z umiejętnością dostosowywania się do zmian na rynku i warunków tworzonych na rynkach międzynarodowych - oponuje prof. Cezary Józefiak, członek Rady Polityki Pieniężnej.
Opozycyjni politycy wiedzą, że przeciętny Polak nie śledzi statystyk bilansu handlowego, nie wie, jakie koszty ponoszą w związku z obecnym kryzysem w Rosji eksporterzy, liczą więc na to, że winę za trudności dotykające gospodarkę uda się przypisać rządzącym, na przykład ich nieudolności. Tymczasem rząd odpowiada za przygotowanie Polski na ewentualne większe jeszcze kłopoty. To dlatego założeń budżetu nie kwestionował nawet - zawsze sceptyczny wobec propozycji Ministerstwa Finansów - Jerzy Kropiwnicki, szef Rządowego Centrum Studiów Strategicznych. - Sądząc po tym, co się dzieje w polskim przemyśle farmaceutycznym, który traci rynek rosyjski, ukraiński i białoruski, a także uwzględniając niebezpieczeństwo utraty tych rynków dla przemysłu tekstylnego i rolno-spożywczego, prognozowana stopa wzrostu w wysokości 5,1 proc. może się okazać nawet zbyt wysoka - uważa prof. Jerzy Osiatyński, były minister finansów.
Rządzący wiedzą, że nie można rozbudzać wygórowanych oczekiwań społeczeństwa, gdyż zabraknie środków na ich zaspokojenie i tylko pogłębi się frustracja. Opozycja nie musi się tym przejmować, choć po wyborach samorządowych będzie miała przewagę w wielu sejmikach wojewódzkich, w radach powiatów i gmin. Nieodpowiedzialna polityka samorządów, na przykład zadłużanie się, byłaby dla państwa równie groźna jak przygotowanie złego budżetu centralnego - dług publiczny obciążałby kasę państwa niezależnie od tego, kto pożycza: samorządy czy minister finansów. - Niedopuszczalne byłoby beztroskie zadłużanie szkół czy szpitali wskutek decyzji lokalnych władz. Dlatego znajdująca się jeszcze w sejmowej "obróbce" ustawa o finansach publicznych przewiduje ostre sankcje - mówi prof. Cezary Józefiak .


Henryk GORYSZEWSKI
przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych


Każdy, kto podchodzi do budżetu w sposób odpowiedzialny, musi sobie zdać sprawę z tego, jaki jest możliwy do osiągnięcia pułap dochodów i ile można bezpiecznie pożyczyć. Tylko w tych granicach wolno ustalać wydatki budżetowe. Słabością naszego budżetu jest to, że większość wydatków stanowią wydatki stałe, na przykład obsługa polskiego zadłużenia i realizacja umów międzynarodowych zawartych z Klubem Paryskim i Londyńskim. Jakakolwiek zmiana tych umów spowodowałaby utratę wiarygodności naszego kraju. Drugą kategorią wydatków stałych są koszty reform - skoro je uchwalono, parlament nie może dojść do wniosku, że brak pieniędzy spowoduje odłożenie reform. To byłby skandal i przyznanie się do beztroskich decyzji. Dlatego też w budżecie muszą się znaleźć pieniądze na wszystkie reformy. Oznacza to, że oszczędności można szukać tylko w sferze wydatków rzeczowych, które w państwie rozwijającym się powinny mieć jednak priorytet. Chodzi na przykład o nowoczesne uzbrojenie dla armii, komputeryzację urzędów itp.


Halina WASILEWSKA-TRENKNER
wiceminister finansów


Polskiej gospodarce potrzebny jest kapitał inwestycyjny. Jeśli zacznie się mówić, że jest u nas niedobrze, to albo nie dostaniemy kredytów, albo zostaną "podbite" ich stopy procentowe. A nasze akcje (papiery wartościowe emitowane przez Polskę) od razu stracą swoją wartość. Jeśli nie utrzymamy deficytu przynajmniej na poziomie 2,15 proc. PKB, nie utrzymamy jednocyfrowej inflacji. Wówczas realna wartość pieniądza będzie niższa, nie spadną także stopy procentowe, a to spowoduje zmniejszenie inwestycji i pogorszenie sytuacji gospodarczej. Dyscyplinowane w budżecie muszą być również wynagrodzenia. Nie wolno dopuścić do tego, by pieniądze poszły na "zbędne" wydatki. Resorty też muszą zacisnąć pasa i zrezygnować z zakupu na przykład nowych samochodów, ograniczając się do tego, co najbardziej potrzebne.
Okładka tygodnika WPROST: 44/1998
Więcej możesz przeczytać w 44/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0