Holocaust współczesny

Holocaust współczesny

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z HANNĄ KRALL
Bronisław Wildstein: - W swojej najnowszej książce "Tam już nie ma żadnej rzeki" wykracza pani poza historię i dopowiada współczesne dzieje Holocaustu. W jednym z reportaży rodzina, która zamieszkała w domu zbudowanym na miejscu zburzonej kamienicy żydowskiej, prosi rabina, aby odprawił za pomordowanych modły i uspokoił ich dusze. Odnosi się wrażenie, że pani praktykuje to samo w literaturze.
Hanna Krall: - Nowi mieszkańcy liczyli, że swoją modlitwą rabin wyprowadzi te duchy. Mam nadzieję, że swoimi książkami utrwalę ich obecność. Obecność nie świata, bo to się nie składa na świat, ale obecność poszczególnych ludzi, którzy mają imiona, twarze, własne życie, nawet kolor sukienki i fryzurę. Wszystko staram się sprowadzić do pojedynczości: do pojedynczego losu, pojedynczej śmierci. Chciałabym, by odzyskali konkretność swojego indywidualnego istnienia wyrwani z masowej śmierci.


Hanna Krall urodziła się 20 maja 1937 r. w Warszawie. Jest dziennikarką i reporterką; ukończyła wydział dziennikarstwa na UW. Pracowała w redakcji "Życia Warszawy" i "Polityki", a w latach 90. związana była z "Tygodnikiem Powszechnym" i "Gazetą Wyborczą". Od roku 1966 do 1969 przebywała w ZSRR jako korespondent prasowy. Autorka tomów reportaży "Na wschód od Arbatu" (1972 r.), "Syberia, kraj możliwości" (1974 r., współautorzy - Z. Szeliga, M. Iłowiecki), "Dojrzałość dostępna dla wszystkich" (1977 r.). Spraw polskich dotyczy zbiór "Sześć odcieni bieli" (1978 r.). Największy rozgłos przyniosła Hannie Krall książka "Zdążyć przed Panem Bogiem" (1977 r.) - zapis rozmowy z Markiem Edelmanem, wybitnym lekarzem, w kwietniu 1943 r. jednym z przywódców powstania w getcie warszawskim.

- Pani pisarstwo to kadisz - modlitwa za zmarłych. Ale dzięki niej tamten nie istniejący już świat powraca do czytelnika.
- Miejsca pozostały tu, a ludzie ze swoją pamięcią są gdzieś w świecie. W Toronto, Cedar Rapids, Iowa czy nawet Rio de Janeiro. Można oczywiście, jak Singer, zabrać swoją ulicę Krochmalną z sobą i pozostać w swoim wyimaginowanym świecie. Ale można być tu i dotykać fizycznie, ręką tych miejsc. Mój organizm wymaga fizycznego kontaktu. Postacie, którymi zaludniam te miejsca, Polacy, Żydzi, nawet Niemcy, nie są wyłącznie nazwiskami. Bardzo trudno wyobraźnią wypełniać liczby. Trzy miliony... sześć milionów... Trudno oczekiwać od odbiorców, by sami wypełniali liczby realnymi twarzami i zaczęli im współczuć. Chciałabym, żeby mojego czytelnika ogarnął żal za tamtymi ludźmi i tamtym światem. Mówiłam o tym wiele razy. Wiem, że się powtarzam, ale to ważne dla mnie! Bardzo zależy mi na tym, by zapamiętano Marysię, która ofiarowała muzeum w Jerozolimie laleczkę z getta i umarła zaraz potem, jakby nie potrafiła przeżyć tego rozstania. Jej babcię, Kalcię, która otruła się po śmierci swoich dziesięciu synów. Polę Machczyńską, która ukrywała dwudziestu kilku Żydów. Wygłasza się okrągłe zdania: Polacy pomagali Żydom albo nie pomagali. Ja opowiadam o jednej, konkretnej osobie z trójką dzieci, która idzie ulicami Kocka, żeby gdzieś te dzieci ukryć. Niemcy już dowiedzieli się o jej Żydach, a mieszkańcy wiedzą, że dowiedzieli się Niemcy. Pola to nie Żydówka. To Polka z zacnej, znanej ziemiańskiej rodziny, ale nikt nie chce wziąć jej dzieci do siebie. Wszyscy się boją. Jeszcze jest czas, aby schować Polę, lecz nikt z jej polskich sąsiadów nie ma odwagi tego zrobić. Trzeba więc odczarować i liczby, i zbitki słów, którymi ludzie mechanicznie posługują się w publicystyce i na lekcjach historii.
- Temu zabiegowi poddała pani również historię 101. batalionu policji sformowanego z mieszczan Hamburga, zbyt starych, aby służyć w wojsku. Zmuszeni do masowego mordowania Żydów początkowo robili to z odrazą, ale przecież wkrótce przyzwyczaili się do tego, a nawet zasmakowali w okrucieństwach.
- I tych ludzi próbuję ożywić. Na przykład Niemca, który był zapewne zakochany w Poli. Widywano go z nią. Pomógł jej uratować znajomą Żydówkę, która przeżyła wojnę. A potem, zmuszony przez oficera, zastrzelił Polę. Usiłowałam sobie wyobrazić tę scenę. Akcją dowodził porucznik Brand. To nie jest prawdziwe nazwisko. Amerykańscy historycy, którzy pisali o batalionie, uzyskali dostęp do archiwów niemieckich pod warunkiem niepublikowania prawdziwych nazwisk. Tak więc ów Brand przyłożył pistolet do głowy policjanta, powiedział "strzelaj" i policjant za trzecim razem zastrzelił Polę. Dwa razy mu się nie udawało. Usiłowałam sobie wyobrazić, co się z nim działo później. Jak żył z tą pamięcią. W Hamburgu opowiadałam na spotkaniu autorskim tę historię i pytałam: może państwo znają kogoś, czyj dziadek albo ojciec był na Lubel- szczyźnie, kochał kobietę i ją zabił? Nikt nie znał takiego mężczyzny.
- W momencie Holocaustu historia się zatrzymała. Życie bohaterów pani reportaży w pewnym sensie także się nie skończy. "Co przedtem - JEST/ Co potem - BYŁO" mówi narrator jednej z historii...
- ...zwariowana tancerka nie przestanie tańczyć. Żona hurtownika win nigdy nie utyje w talii. Sekretarz gminy nigdy nie przestanie kochać żony hurtownika win. Te postacie znieruchomiały i tak już będzie na zawsze. Przynajmniej w moich książkach.
- To zdanie może być kluczem do pani pisarstwa. Można uznać, że Holocaust, uśmiercając tamten świat, przeniósł jego mieszkańców w wymiar mitu.
- Napisałam, że ich śmierć stała się przywilejem. "Po żadnej innej śmierci nie byliby równie szlachetni, wysocy, bogaci i piękni". Tańcząc, kochając się, jeszcze nie wiedzą, co będzie, ale my już wiemy. I ta nasza wiedza wprowadza ton elegijny, sprawia, że stają się cząstką tragedii świata, tragedii ludzkości, bo zagłada nie jest wewnątrz- żydowską sprawą.
- W pani książce czas przed zagładą ma aurę złotego wieku, świata harmonii.
- Tamten świat z dzisiejszej perspektywy wydaje się światem spokojnym i bezpiecznym. Zabawne, prawda? Zwłaszcza świat miasteczek. I świat stolarzy w Przysusze, którzy od świtu stukali w swoich warsztatach, a teraz - mówił mi ich sąsiad - taka cisza dookoła, że nie można zasnąć. I nie istniejący świat Poli Machczyńskiej. Ziemiańskie dworki, gdzie było dużo dzieci i psów.
- Każdy opis formułuje pani bardzo drobiazgowo. Rzecz dotyczy wydarzeń sprzed półwiecza, ale w tych opisach jest niewiele fikcji.
- Nawet przyroda jest autentyczna. Opisuję śnieg, przez który Pola usiłuje uciec saniami, bo był wtedy śnieg. Opisuję fotel, który był. Wszystko było: ludzie, ich losy i otaczający ich świat.
- Ale już motywacje, którymi się kierowali, odtwarza pani z wyobraźni.
- Bardzo rzadko, tylko wtedy, kiedy czegoś nie wiem i informuję o tej niewiedzy czytelnika. Zresztą nie interpretuję, opowiadam najprościej, jak potrafię. To są rzeczy niewyobrażalnie tragiczne. Tylko najprostsze słowa dają szansę wyrażenia tego, co niewyrażalne. Jedyne, co robię, to "zagęszczam". Wydarzenia, które w rzeczywistości występują w formie roztworu, zagęszczam do postaci minerału. Ale to nie jest interpretacja, tylko sposób opowiadania. Bo co ja mogę wyjaśnić: dlaczego ludzie potrafią być tak bardzo dobrzy i tak bardzo źli.
- Także w reportażu może pani pytać o motywacje ludzkiego zachowania, zastanawiać się, dlaczego postępują właśnie w taki sposób.
- Skąd mogę to wiedzieć? A pan wie, dlaczego z taką łatwością zabijali zwyczajni Niemcy z batalionu 101? A zachowanie artystów pan rozumie? Przyjechali z Berlina, żeby trochę rozerwać policjantów. Oglądali, jak się zabija i spytali, czy mogą spróbować. Pozwolono im. Zabili wówczas kilkuset ludzi. Ojciec uratowanej przez Polę dziewczyny zginął w masowej egzekucji dokonanej przez berlińskich artystów. Z jednej strony jest więc niewyobrażalne zło, a z drugiej - niewyobrażalne dobro Apolonii Machczyńskiej. Nie jestem w stanie zrozumieć ani jednego, ani drugiego. I jedno, i drugie jest ponad moją miarę. Kołakowski przywołuje św. Augustyna, który uznaje, że człowiek jest z natury zły, a jeśli czyni dobro, to tylko na skutek boskiej łaski. To bardzo straszne, że człowiek dobry może być tylko przez uprzejmość Pana Boga. Z całej tej historii zagłady nie płyną żadne wnioski. Nie można się z niej niczego nauczyć. Piszę o tym już wiele lat i dowiaduję się zawsze tego samego: jak człowiek może być dobry i jak może być zły. I nic więcej nie rozumiem. I uważam, że jest to nie do rozumienia, nie do pojęcia. Mnożą się fakty i wyjaśnienia. Coraz więcej wiemy o przyczynach zbrodni historycznych, społecznych, ekonomicznych, politycznych, psychologicznych, lecz jednego nie wiadomo: jak to było możliwe?
- W finale książki pisze pani: moim zawodem jest nie wiedzieć?
- Cytuję Kieślowskiego. A o sobie powiedziałabym: moim zawodem jest dowiadywać się.
- Ta postawa powoduje, że narrator wycofuje się poza wydarzenia. Stąd niezwykła lakoniczność i skrupulatność w odnotowywaniu szczegółów.
- Dbam o nie. Wydaje mi się, że najdrobniejszy szczegół ma szansę podźwignąć metaforę. Stąd kolorowe korale wdeptane w ziemię, laleczka, mirabelka, która próbowała uciec...
- W tle pani książki pojawia się także wątek metafizyczny. Uparcie powracające pytanie: dlaczego Bóg na to pozwolił?
- Wiele rzeczy pojawia się u mnie nie raz. Na przykład woalki na damskich kapeluszach. Są w przedwojennym ogrodzie Krasińskich i dzisiejszej Ameryce. Pojawia się parę razy Leopold Tyrmand. Pojawia się cadyk z Kocka, który mieszkał na tej samej ulicy co Pola Machczyńska, tylko że sto lat wcześniej. Czy to nie dziwne? Ja tych dziwności nie przywołuję zresztą. One są. 

Więcej możesz przeczytać w 46/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0