Urodzinowy balet

Urodzinowy balet

Na dziesięciolecie Przedsiębiorstwa Handlu Zagranicznego Bartimpex SA,
giganta na polskim rynku, jego współwłaściciel i dyrektor Aleksander Gudzowaty zafundował elitarnej publice niecodzienny prezent: "Giselle" w pięknej i przejmującej realizacji Matsa Eka w wykonaniu baletu słynnej mediolańskiej La Scali. Nie jest to pierwsze wydarzenie artystyczne, które zawdzięczamy Bartimpexowi - między innymi na jego zaproszenie dwa lata temu, także w Operze Narodowej, wystąpiła słynna Filadelfijska Orkiestra Symfoniczna.
Cały zespół La Scali bardzo rzadko wyjeżdża za granicę, to zbyt drogie przedsięwzięcie. Częściej wyrusza sam balet, ponadto "Giselle" nie jest spektaklem kosztownym - jedyne dekoracje to dwa płótna z namalowanymi tłami. Tancerzom akompaniowała orkiestra Teatru Wielkiego pod batutą przywiezionego przez La Scalę dyrygenta amerykańskiego Paula Connelly?ego. Mimo to przyjazd baletu do Polski z pewnością kosztował niemało.


"Giselle" w realizacji Matsa Eka jest dalece mniej baśniowa i bliższa psychologicznej prawdzie

"Giselle" była drugim w Polsce występem zespołu związanego z La Scalą - pięć lat temu orkiestra pod batutą szefa artystycznego Riccardo Mutiego grała w warszawskim Teatrze Muzycznym Roma, zaproszona przez Nicola Grausa (kto go jeszcze pamięta?). Za to na scenie mediolańskiej występowało wielu polskich muzyków - od Salomei Kruszelnickiej, pierwszej włoskiej Salome w dramacie Richarda Straussa, do współczesnych wybitnych śpiewaków i instrumentalistów, których od lat 80. sprowadzał tam Janusz Pietkiewicz, najpierw szef Impresariatu Poltel, potem agencji Heritage. On też pośredniczył (dziś jako szef agencji Unisono) w zorganizowaniu przyjazdu baletu.
Dlaczego "Giselle", balet kojarzony z największym banałem? I dlaczego w realizacji szwedzkiego choreografa? - Widziałem ten spektakl w Paryżu i wywarł na mnie tak wielkie wrażenie, że postanowiłem sprowadzić go do Polski - mówi Aleksander Gudzowaty. To prawda, przedstawienie robi wrażenie. Nie ma nic wspólnego z tradycyjnymi wystawieniami. Nawet akcja, choć zachowano główne postacie, została zmieniona. Ta realizacja stała się głośna i po zespole baletowym Birgit Cullberg, gdzie Mats Ek stworzył ją w roku 1982, przejęło ją ok. 30 innych teatrów europejskich z La Scalą na czele. Właśnie zespół Cullberg Ballet przedstawił ten spektakl kilka lat temu w Warszawie, obejrzeliśmy go więc nie po raz pierwszy, ale tym razem we wspaniałej interpretacji włoskich artystów. Mats Ek jest synem Birgit Cullberg (najsłynniejszej szwedzkiej choreografki) i Andersa Eka (znanego aktora bergmanowskiego), bliźniaczym bratem aktorki Malin i młodszym bratem aktora i tancerza Niklasa. Sam także przeszedł przez szkołę Bergmana - był jego asystentem. Był też tancerzem członkiem zespołu swojej matki i kilku innych oraz reżyserem teatralnym w Marionetteatern i Kungliga Dramatiska Teatern w Sztokholmie. Jest więc osobowością wszechstronną. W jego interpretacji francuska kiczowata baśń Teophile?a Gautier z muzyką Adolphe?a Adama nabrała głębi, a w drugim akcie - iście bergmanowskich cech. Trzeba zresztą przyznać, że nie są one oderwane od najważniejszych wątków oryginału. Coś w tym jest, że - tak jak bohaterka na koniec pierwszego aktu - najwybitniejsza wykonawczyni jej roli, czyli Olga Spiesiwcewa, popadła w obłęd (historia jej życia zainspirowała współczesnego choreografa rosyjskiego Borisa Ejfmana, który na jej kanwie stworzył spektakl "Czerwona Giselle", pokazywany również w Warszawie).
Oryginał pierwszego aktu libretta przypomina skrzyżowanie "Trędowatej" z "Halką": młoda wieśniaczka zakochuje się w księciu Albrechcie, choć ma narzeczonego ze swej sfery, leśniczego Hilariona. Albrecht także ma narzeczoną, ale kocha Giselle. Nic dobrego z tego nie może wyniknąć - dziewczyna popada w obłęd i umiera. Drugi akt przypomina, że Gautier był znany jako autor tzw. opowieści niesamowitych, które dla czytelników jego czasów pełniły funkcję dzisiejszych thrillerów. Obaj mężczyźni spotykają się przy grobie Giselle w ciemnym lesie. Tam nawiedza ich zjawa dziewczyny w towarzystwie innych willid, duchów dziewcząt zmarłych przed zamążpójściem, tańczących pod wodzą Mirty, postaci bezwzględnej i mściwej (motyw willid w późniejszej literaturze poświęconej "Giselle" bywał interpretowany różnorodnie, nawet feministycznie).
Realizacja Eka jest dalece mniej baśniowa i bliższa psychologicznej prawdzie. Giselle nie umiera, lecz pogrąża się w obłędzie. Drugi akt rozgrywa się w szpitalu dla psychicznie chorych, a pilnująca obłąkanych dziewcząt i rządząca ich duszami Mirta przypomina Wielką Pielęgniarkę z "Lotu nad kukułczym gniazdem". Obaj amanci Giselle próbują przywrócić jej przytomność, przypominając chwile z przeszłości, ale ona należy już do innego świata. Nie pomoże nawet całkowite obnażenie się Albrechta, symbolizujące bezbronność. Giselle odchodzi z Mirtą. W spektaklu włoskim wspaniałą kreację tytułowej bohaterki dała Elisabetta Armiato. Partnerowali jej Riccardo Massimi (Albrecht) i Vittorio D?Amato (Hilarion). Publiczność, wśród której znaleźli się przedstawiciele świata kultury, polityki i biznesu, nagrodziła artystów długimi owacjami.


Okładka tygodnika WPROST: 45/1999
Więcej możesz przeczytać w 45/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0