Wprost od czytelników

Wprost od czytelników

Demokracja liderów
Polakiem, który zaprosił J. Williama Fulbrighta do Polski ("Testament senatora", nr 42; "Demokracja liderów", nr 44), był mieszkający obecnie na Florydzie Józef (Jeff) Ruciński. Panowie spotkali się latem 1928 r. we Francji, gdzie obydwaj szlifowali francuszczyznę. Józef Ruciński przyjechał jako student z Antwerpii, a Fulbright jako stypendysta Oxfordu. Przyszły senator przyjechał do Tours małym dwuosobowym samochodem, mogli więc zwiedzać Francję, a po jakimś czasie na zaproszenie Rucińskiego postanowili odwiedzić Polskę. Przez Szwajcarię i Austrię udali się do Polski. Zwiedzili Kraków i Warszawę, a następnie pociągiem (polskie drogi!) pojechali do Wilna, gdzie mieszkali rodzice Józefa Rucińskiego. William Fulbright żywo się wszystkim interesował, szczególnie podniecała go bliskość Związku Radzieckiego. Już wtedy wiedział, że chce się zająć polityką. Rozmowy z rodzicami i kolegami Rucińskiego (wtedy studentami Uniwersytetu Stefana Batorego) mimo wzajemnej ciekawości, kulały ze względu na nieznajomość języka. Po parotygodniowym pobycie w Wilnie w drodze powrotnej - tym razem przez południowe Niemcy - panowie rozmawiali o potrzebie wymiany kulturowej młodych ludzi z różnych krajów. Po rozstaniu we Francji kontakty między nimi urwały się. Do następnego spotkania doszło dopiero w 1942 r., kiedy J. William Fulbright już jako senator przyjechał z delegacją amerykańską do bombardowanego Londynu, w którym od 1 kwietnia 1939 r. Józef Ruciński przebywał jako radca finansowy ambasady polskiej.

STEFANIA SŁOWIKOWA
Wrocław



Ekologia pomyłek
Gorzkie jest podsumowanie działalności ostatnich ministrów ochrony środowiska ("Ekologia pomyłek", nr 49). Mnie przeraża ono tym bardziej, że przyroda, ponosząc skutki niekompetencji szefów tego resortu, nie może w żaden sposób przeciw nim zaprotestować. Drzewa umierają w ciszy. W odróżnieniu od górników czy pielęgniarek nie potrafią strajkować. Projekt budżetu dla Ministerstwa Ochrony Środowiska na rok następny zamyka się kwotą 356 mln zł, a więc prawie dwa razy mniejszą od budżetu w roku 1997 (610 mln zł). Tymczasem Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, który przejmuje wpływy z opłat za korzystanie ze środowiska i kar za jego dewastację, coraz mniej środków przeznacza na realizację zadań ekologicznych. Czy jest więc jeszcze jakaś nadzieja? Może ona płynąć tylko z wiary, że nie wszyscy politycy traktują ekologię jako niepotrzebny resort lub tylko jako "kasę". Pamiętam, jak Leszek Balcerowicz w odpowiedzi na gorące apele ekologów i mediów przyznał 20 mln zł na powiększenie Białowieskiego Parku Narodowego. Tylko czy na pewno ochroną środowiska powinien się zajmować minister finansów?

ŁUCJA JAGIELIŃSKA
Kościerzyna



Od autora: Minister Jan Szyszko, konsekwentnie sprzeciwiający się przyznaniu pieniędzy na powiększenie BPN, doprowadził do zmniejszenia kwoty przeznaczonej na ten cel do 10 mln zł. W ostatnich dniach urzędowania aż 9 mln zł z owych 10 mln zł przeznaczył dla gmin otaczających puszczę. A gminy tylko usztywniły stanowisko. Z kieszeni podatników wypłacono więc pieniądze gminom, które ze sprzeciwu wobec idei powiększenia BPN uczyniły żyłę złota. To tylko potwierdza tezę o bezsilności Ministerstwa Ochrony Środowiska.

Eryk Mistewicz
Okładka tygodnika WPROST: 50/1999
Więcej możesz przeczytać w 50/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0