Życie bez śmierci

Życie bez śmierci

Wygodniej byłoby stulić uszy, nie silić się na dyskusję na temat kary śmierci i dalej uruchamiać zapadnię pod szubienicą. Ale tego właśnie nie robi silne państwo
Z dużym zaciekawieniem przeczytałem we "Wprost" sondę na temat ewentualności przywrócenia w Polsce kary śmierci. Jeśli temat wraca z takim łoskotem zaledwie trzy miesiące po zniesieniu tej kary, a Maciej Łuczak pisze, iż jej zwolenników "już tylko tygodnie dzielą od zebrania 500 tys. podpisów pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum" w kwestii ponownego uruchomienia szubienicy, to znaczy, że istnieją tysiące ludzi, których ten problem ciągle dręczy, a przesunięcie kata do innych zajęć wyraźnie im doskwiera.

Jeśli ktoś cierpi, to chrześcijańskie sumienie nakazuje mu dopomóc. Do cierpiących należą m.in. dwaj posłowie, którzy w sondzie poparli pomysł przywrócenia prawa aparatu państwowego do wieszania obywateli na powrozie. Warto im dopomóc, bo okazuje się, że można być mądrym człowiekiem i jednocześnie sądzić, że takie dyndanie zwłok na sznurze może komukolwiek ułatwić rozwiązanie jakiegokolwiek problemu. Pochylmy się zatem z należytą troską nad przesłankami skłaniającymi posłów Jarosława Kaczyńskiego i Kazimierza M. Ujazdowskiego do obrony dalszego pomyślnego rozwoju zawodu kata. Wolno mniemać, że w krótkiej sondażowej wypowiedzi dla wysokonakładowego pisma starali się oni zawrzeć swoje najbardziej "uderzeniowe", przekonujące, sztandarowe i przemawiające do wyobraźni argumenty. Innymi słowy - że starali się tam zawrzeć kwin- tesencję swojej wiedzy i swoich opinii na ten temat. Z okazji do takiej prezentacji pełniej korzysta Kazimierz M. Ujazdowski. Jego wypowiedź opiera się na dwóch głównych argumentach. Jarosław Kaczyński odwołuje się do podobnej argumentacji, tylko w mniej klarowny sposób. Po pierwsze zatem, "państwo musi mieć prawo obrony", zaś kara śmierci jest właśnie "uprawnionym środkiem obrony społeczeństwa przed ludźmi, którzy z premedytacją i okrucieństwem działają w celu zniszczenia życia". Problem polega jedynie na tym, że przedstawianie kary śmierci jako "obrony" jest... nie do obrony. Na obronę kogokolwiek przed mordercą jest wtedy za późno. Morderca już zabił, a my możemy się jedynie na nim zemścić. Rozumiem, że poseł Ujazdowski mógł mieć na myśli jeszcze inne znaczenie pojęcia "obrona": że stracenie zabójcy będzie przestrogą i powstrzyma innych przed dokonaniem morderstwa. W tym sensie miałaby to być obrona potencjalnych ofiar. Ale to argument słabiutki. Żeby go przyjąć, trzeba by założyć, że planując zbrodnię, zabójca sam prognozuje, że zostanie złapany i poniesie karę. Zatem perfidne, szykowane na zimno morderstwa z premedytacją musieliby popełniać wyłącznie masochiści. Wiadomo jednak, że tak nie jest. Tacy zbrodniarze na ogół uważają się za wyjątkowo inteligentnych i przebiegłych. Sądzą, że wszystkich "wykiwają", że nikt nie będzie w stanie ich złapać i że pozostaną bezkarni - a zatem to, jaki jest wymiar kary za zabicie człowieka, stanowi wówczas ostatnią z ich trosk. To nie jest czynnik, przesądzający o dokonaniu zabójstwa lub jego zaniechaniu. A o zbrodniarzach działających pod wpływem alkoholu, wzburzenia lub paniki nie ma nawet co wspominać... Czy poseł Ujazdowski naprawdę sądzi, że oni wtedy sięgają pamięcią do kodeksu karnego, by upewnić się, że kara śmierci jeszcze tam figuruje czy nie - i od tego uzależniają decyzję o uśmierceniu lub oszczędzeniu ofiary? Może to skutek ubóstwa mojej wyobraźni, ale jakoś tego nie widzę. Drugi koronny argument posłów Ujazdowskiego i Kaczyńskiego zawiera się w twierdzeniu, iż zniesienie kary śmierci było "manifestacją słabości państwa", a "ustawodawca pokazał, że życie niewinnych ludzi ceni niżej niż życie groźnych przestępców". Myślę, że ustawodawca pokazał tu coś zupełnie innego: mianowicie, że nadzwyczaj wysoko ceni życie ludzkie jako takie. Dyskretne, ale wyraźne przypisywanie mu pogardy dla życia ofiar zbrodni jest i niepoważne, i nie- lojalne. Ustawodawca jedynie wiedział, że życia ofiar już nic nie uratuje, a on sam musi rozstrzygnąć w swoim sumieniu, czy jemu samemu wolno kogokolwiek zabić. Gdzie tu podstawa do zarzutu, że wyżej ceni życie przestępców? Te rozważania mieszczą się w zupełnie innym wymiarze. Jeśli dwaj posłowie go nie dostrzegają, to raczej ich tragedia, a nie ustawodawcy. Trudno też zrozumieć, dlaczego Kazimierz M. Ujazdowski mówi w tym kontekście o "słabości" państwa. Słabe państwo to takie, które idzie na łatwiznę, ulega naciskom w zależności od tego, jak bardzo są krzykliwe, i nie zastanawia się ani nad sensem i etyką swoich działań, ani nad ich dalszymi pośrednimi skutkami. Polskie państwo okazało się silne, bo potrafiło się przeciwstawić takim naciskom. Były one i są intensywne, lecz kłócą się z podstawowymi zasadami, którym współczesne polskie państwo postanowiło być wierne. Wygodniej byłoby stulić uszy, nie silić się na dyskusję i dalej uruchamiać zapadnię pod szubienicą. Ale tego właśnie nie robi silne państwo. I jeszcze jedno. Kiedy próbuję sobie wyobrazić silnych ludzi, przed oczami stają mi od razu rodzice, którzy potrafili powiedzieć publicznie, że wybaczają mordercy swojego dziecka. Nie wiem, czy sam byłbym do tego zdolny. Tu trzeba naprawdę "przeskoczyć samego siebie". Czy naszym ideałem ma być siła, która jest w tych rodzicach, czy ta, która jest w ludziach wołających o stryczek?

Autor jest dziennikarzem RFI w Paryżu.
Okładka tygodnika WPROST: 52/1998
Więcej możesz przeczytać w 52/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0