Skok na państwo

Skok na państwo

"Deprofesoryzacja" lecznicy rządowej jest pewnie etapem na drodze do skasowania w ogóle tej kategorii, niewygodnej dla klasy politycznej, bo praktycznie od niej niezależnej
1. Pod choinkę dwa prezenty od klasy politycznej. Rysiek Bugaj z przyjaciółmi wycofał się z Unii Pracy; Donald Tusk z przyjaciółmi lansuje program zmniejszenia państwa. Dwie partie cieszyły się moją sympatią na początku III Rzeczypospolitej - młodo- liberałowie z KLD i retrosocjaliści, którzy chcieli odrodzić stary polski PPS pod sztandarem Unii Pracy. Tradycja i nowoczesność, inteligentna polska niekomunistyczna lewica i inteligentna europejska prawica. Wybrałem Tuska, bo nowe jest słabsze, myślałem. Pchajmy jak najsilniej w stronę rynku, a i tak społeczeństwo przesunie się dzięki swej inercji tylko o 90 stopni, bo wszyscy inni - chłopi, "Solidarność", klasa średnia budżetowa, krajowy biznes bojący się konkurencji - będą się trzymać państwa. Gdybyśmy nie przesadzali z rynkiem, to w ogóle by rozwoju i zmiany w Polsce nie było, choć gdybyśmy utopię młodoliberalną zrealizowali w całości, nie byłoby społeczeństwa.


2. Mój prywatny program polityczny dla Polski nie wypalił. Ostrzyżeni młodoliberałowie Tuska, podobnie jak noszący się w swetrach laburzyści Bugaja, przyjęli błędne założenie klasowe. KLD upierał się reprezentować biznes, co było o tyle śmieszne, że - jak wiadomo - głosów dużego biznesu nie starczy na miejsce w parlamencie, a statystyczny biznes to dawne sklepowe, które kapitalizmu się boją i żyją z nim z konieczności, albo ci, którzy nie mają czasu na wybory, bo handlują przez granicę. Swetrzacy chcieli bronić ludu, a zwłaszcza nie istniejącej klasy robotniczej. Młodziaki z KLD i swetrzaki z Unii Pracy to dwie zbuntowane frakcje z przeciwnych końców inteligenckiego salonu. Toteż Ryśkowi radzę to samo, co radziłem po klęsce Donaldowi. Wracaj do Unii (dziś Wolności) Inteligentów! Tyle że w domu też kryzys, centrum wyniesione przez inteligencję do władzy wstydzi się swego inteligenckiego zaplecza, bzdurzy coś o marksizmie i szukając jak najszerszego poparcia, w praktyce powtarza socjalistyczny model partii klas pośrednich (inteligencja pracująca i inicjatywa prywatna), czego pięknym symbolem był sojusz wyborczy ze Stronnictwem Demokratycznym. Klęska wynika także z fałszywej socjologii, według której klasy średnie to właściciele i menedżerowie wielkiego biznesu, wykształcenie w miarę rozwoju traci na znaczeniu na rzecz dochodów, wszyscy robotnicy niezależnie od wykształcenia to jedna klasa, a inteligencja zamienia się w profesjonalnych specjalistów z wyższym wykształceniem.

3. Chyba że taki jest program społeczny. Z marksizmu młodoliberałowie przejęli tezę o Feuerbachu: filozofowie mają świat zmieniać. Patron młodoliberałów, prof. Szacki, najlepszą książkę napisał o kontrrewolucyjnych paradoksach po rewolucji francuskiej. Teraz urzeka go kontrrewolucyjny paradoks gdańskich młodoliberałów: za pomocą interwencji państwowej chcą wyzwolić naturalny ład rynku spod interwencji państwowej! Ograniczyć państwo za pomocą państwa. Ten program jest naprawdę szerszy, bo obejmuje także zamianę inteligencji w profesjonalnych specjalistów, ograniczenie klas średnich do wielkiego biznesu, pozbawienie znaczenia wykształcenia na rzecz różnicy w dochodach i wepchnięcia wszystkich robotników, nauczycieli, budżetowych profesorów i reszty społeczeństwa do jednego bezimiennego worka.

4. Taki program jest sprzeczny wewnętrznie. Występując przeciwko wykształceniu, utrwala władzę jako podstawę dochodów. Najlepszy przykład to lecznica rządowa, którą zamknięto po to, żeby odtworzyć... socjalistyczną lecznicę rządową za żółtymi firankami - jak złośliwie zauważył Urban. Skutecznie przeprowadzono operację ceremonialnej degradacji profesury poprzez "deprofesoryzację" lecznicy rządowej, co pewnie jest tylko etapem na drodze do skasowania w ogóle tej kategorii, niewygodnej dla klasy politycznej, bo praktycznie od niej niezależnej. Za to oczywiste jest, że każdy poseł, wicewojewoda i zastępca w kancelarii sejmowej wymaga płatnego z naszych pieniędzy osobnego szpitala, jakby nie zarabiali dostatecznie dużo, żeby było ich stać na dobre leczenie prywatne. Nie zdziwię się, jeśli pójdą za tym elity regionalne i lokalne, w końcu, jeśli mają wyższe nieraz od parlamentarzystów diety, to czemu nie większą odpowiedzialność i tym podobne ecie pecie, tak, że w efekcie podatnicy będą leczyć paręset tysięcy swoich reprezentantów i ich urzędników. Donald chce kasacji kas chorych i w zamian za to pełnej prywatyzacji służby zdrowia, co z pewnością ucieszy doktorów, ale nie pacjentów. Szefowie zreformowanych ZOZ-ów mają od nas dostać pensje od 9 tys. zł do 12 tys. zł miesięcznie. Dyskutujemy o tym w szpitalu, gdzie jeden pacjent płaci 150 zł za dobę i dopłatami podwyższa sobie standard, drugi, zapytany przeze mnie naiwnie o to, czy da jakiś kwiatek pielęgniarce, smutno uśmiecha się: Panie, z czego? Z 600 zł emerytury? Jedyny sprawiedliwy, który się wzburzył, to Henryk Goryszewski. Gdy wicemarszałek Tusk chce państwo odchudzić, szlachetnie rezygnując z czterech piątych Senatu (odlosować!), nie mówi, czy pójdą za tym redukcje diet, uposażenia i przywilejów branżowych. Mniej polityków to niekoniecznie mniej pieniędzy, mniej wojewodów może oznaczać wyższe dla nich pensje, itd. Problem w ogóle nie dotyczy liczby polityków, bo Ludwik XIV zastępował nie tylko parlamentarzystów, ale także cały naród ze słońcem na dokładkę, a do tanich władców trudno go zaliczyć. Tyle powinno być tej klasy politycznej, ile potrzeba dla szerokiej demokracji, ale koszty jej działania powinny być odpowiednio uregulowane. Apetyt rośnie w miarę jedzenia, co warto przypomnieć tym wszystkim, którzy uzasadniają wysokie diety i pensje dla osób publicznych przeciwdziałaniem pokusie korupcji albo chęcią przyciągnięcia najlepszych kadr. Donald Tusk głosi dziś program odchudzenia państwa, co brzmi jak ekstrawagancja na tle klasy politycznej, która wreszcie poprzez reformę samorządową uzyskała poczucie bezpieczeństwa: jak nie w Sejmie, to w sejmiku, jak nie w sejmiku, to w Sejmie, a jak się da, to i tu i tam. Donald chce mniej państwa, nasza szóstka tu na sali szpitalnej chce państwa tańszego, żeby starczyło i dla nas. Może razem z Bugajem ułożą kiedyś wspólny program.
Okładka tygodnika WPROST: 52/1998
Więcej możesz przeczytać w 52/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0