Mity polskie

Mity polskie

Rozmowa z prof. ANDRZEJEM PACZKOWSKIM, historykiem
Jerzy Sławomir Mac: - Czy warto zabiegać o powszechny dostęp do archiwów byłych organów bezpieczeństwa?
Andrzej Paczkowski: - Do części archiwów nigdy nie będzie powszechnego dostępu. Teraz mówimy właściwie tylko o dostępie do teczek osobowych, które zapewne rozczarują wiele osób. Od początku prac nad ustawą o udostępnieniu tych archiwów nie zażądano przedstawienia raportu o tym, co w nich jest. Mówi się ogólnikowo o 140 kilometrach akt, 4 milionach teczek... Myślę, że w większości są to akta paszportowe, bez większej wartości.
- Nie wie pan tego na pewno?
- Jestem historykiem, a nie archiwistą UOP. Mój dostęp do akt jest ograniczony. Nie ma pełnego katalogu tych archiwaliów, a ich rejestry nie są dostosowane do potrzeb naukowych. Te dokumenty nie były przecież gromadzone po to, by skorzystali z nich kiedyś historycy, ale po to, by służyły oficerom operacyjnym. Osoba z zewnątrz nie ma możliwości swobodnego penetrowania zasobów. Przedstawia temat, zaś archiwiści sami decydują, co dać i przynoszą wybrane teczki.
- O tym, czego możemy się dowiedzieć o czasach PRL, nadal decydują "strażnicy pieczęci"?
- Taki sposób udostępniania jest typowy dla archiwów służb specjalnych. W Związku Sowieckim obowiązywał nawet w archiwach dotyczących średniowiecza.
- Czy w archiwach służb specjalnych tkwi prawda, cała prawda i tylko prawda o PRL?
- Jest to głównie materiał policyjny, a więc bardzo jednostronny. Każdą policję - kryminalną czy polityczną - interesuje tylko osoba, która wchodzi w kolizję z aktualnym porządkiem prawnym. Dlatego informacje o "obiektach zainteresowania" są subiektywne, gdyż dotyczą przede wszystkim słabych stron tych osób. W teczkach widać więc tendencję do koncentrowania się na ułomnościach życia. Tkwi w nich głównie błoto. Często też bywa tak, że dokument jest autentyczny, ale informacje w nim zawarte nie są prawdziwe. Dotyczy to na przykład wielu protokołów przesłuchań.
- Ale nie sposób poznać dziejów PRL bez grzebania w tym błocie...
- Ponieważ aparat bezpieczeństwa był bardzo ważnym elementem władzy państwa i kontroli nad społeczeństwem, poznając dokumentację tego aparatu, poznajemy sam aparat, a zatem sporą część PRL-owskiej rzeczywistości. W odniesieniu do pewnego okresu, głównie lat 70., dokumentacja SB może też wzbogacić naszą wiedzę o funkcjonowaniu gospodarki, zwłaszcza w skali mikro. SB "pomagała" wówczas partii i rządowi w zarządzaniu krajem i kontrolowaniu gospodarki. Bez znajomości archiwów nie można powiedzieć, jaką to miało skalę. Nasza dotychczasowa wiedza na ten temat jest zafałszowana, gdyż tacy ubecy, jak generałowie Pożoga czy Pudysz, spisujący swe wspomnienia, eksponują to, że aparat SB przyczyniał się do usprawniania gospodarki. Sądzę, że jest to jeden z wielu mitów: głównym zadaniem ich "firmy" było kontrolowanie ludzi, a nie gospodarki.
- Już nie jest?
- Reżyser Pasikowski kręci film o tym, jak polski wywiad już w nowych barwach wywiózł z Iraku rezydentów CIA. Oficerowie UOP stali się bohaterami, zostali odznaczeni, wiele się o tym pisze. Ale nikt nie zadał pytania, po co polscy agenci byli w tym Iraku. Tworzyli jakąś siatkę wywiadowczą? Czy raczej byli po to, by pilnować pracujących tam polskich robotników i inżynierów? Każde zbiorowisko polskie za granicą było ściśle kontrolowane przez aparat bezpieczeństwa. W Moskwie działała nawet specjalna misja MSW, tzw. grupa Wisła, która przecież nie zajmowała się wykradaniem sowieckich tajemnic na rzecz PRL. Tak więc wskutek fałszowania i przemilczania prawdy niemal cała nasza wiedza o czasach PRL jest zmitologizowana. Najpierw był "mit założycielski", a potem kolejne legendy, funkcjonujące w świadomości społecznej zamiast wiedzy historycznej.
- Którą z legend o czasach PRL uważa pan za najbardziej szkodliwą?
- Tę najbardziej potoczną: "Mimo że system ten był niedoskonały, to tylko dzięki niemu, dzięki żelaznej woli polskich komunistów, Polska wkroczyła na drogę modernizacji, została odbudowana i zelektryfikowana. Tylko dzięki Polsce Ludowej wydobyliśmy się z zacofania i staliśmy krajem nowoczesnym". Jaki to poziom nowoczesności - możemy się wszyscy przekonać teraz, w konfrontacji z innymi krajami.
- Posłanka SLD Izabella Sierakowska twierdzi wręcz, że "PRL to okres bezprzykładnego w dziejach narodu rozwoju gospodarczego i kulturalnego".
- Ten mit żywy jest nie tylko wśród beneficjentów dawnego systemu. Z punktu widzenia funkcjonowania społeczeństwa jest to mit niewątpliwie najbardziej destrukcyjny, gdyż utrudnia konstruowanie nowej rzeczywistości. Wiara w wyższość PRL opiera się na z gruntu fałszywych podstawach. Przez całe lata powtarzano hasła: "Tysiąc szkół na tysiąclecie", "Polska krajem ludzi kształcących się". Tymczasem stan oświaty i poziom wykształcenia Polaków lokuje nas na gorszym miejscu niż w roku 1939. Zaledwie 7 proc. Polaków ma wyższe wykształcenie. W czasach PRL połowa kończyła edukację na szkole podstawowej i przeszkoleniu zawodowym. Albo weźmy mit "awansu społecznego". Owszem, dokonywał się swoisty "awans" w sensie przechodzenia z zawodów uznanych za "gorsze" do "lepszych": bezrobotny chłopak ze wsi stawał się górnikiem, chociaż nie wiem, czy nie byłoby dla niego lepiej zostać na wsi, niż fedrować na akord w warunkach urągających normom bezpieczeństwa. Obłuda tego mitu polega na tym, że w taki sam sposób zmieniał się cały świat - bez pomocy marksizmu-leninizmu, policji politycznej, tajnych współpracowników i bez wsadzania ludzi do więzień za przekonania. Jeżeli była to czyjaś zasługa, to raczej samych Polaków, którzy chcieli odmienić swoje życie, porzucając pasanie krów dla pracy w hucie. Ale to samo robili młodzi Francuzi, Hiszpanie czy Włosi.
- Wiele mitów dotyczy też okoliczności wprowadzenia stanu wojennego. "Niewykluczone, że gdyby ujawniono całą prawdę o kulisach grudnia 1981 r., wizerunek Jaruzelskiego i jego decyzji byłby jeszcze bardziej korzystny" - uważa prof. Jadwiga Staniszkis, skądinąd bardzo daleka od sympatyzowania z obozem generała. Ma rację?
- Im trudniejszy jest dostęp do pełnej wiedzy o jakimś wydarzeniu, tym łatwiej ulega ono mitologizacji. O stanie wojennym wiemy niby dużo: że 12 grudnia o godzinie 14.00 wysłany został szyfrogram, że o 15.30 szefowie wojewódzkich urzędów spraw wewnętrznych zaczęli od- pieczętowywać koperty, że przed północą zamilkły telefony i przystąpiono do aresztowań i tak dalej. Ale nie znamy pełnej dokumentacji tych i innych decyzji, a zwłaszcza ich motywów.
- Wiemy jednak, że o zdławieniu "Solidarności" siłą zaczęto myśleć jesienią 1980 r., że plany stanu wyjątkowego gotowe były wiosną następnego roku, imienne nakazy internowania wypisywano już od lutego roku 1981, a w grudniu nie groziła interwencja.
- Z całą pewnością nie było wtedy zagrożenia bezpośrednią interwencją wojsk Układu Warszawskiego. Natomiast była ogromna presja, zarówno zewnętrzna (nie tylko z Moskwy, ale także z Berlina i Pragi), jak i wewnętrzna, ze strony aparatu partyjnego, SB i wojska, dla których istnienie "Solidarności" było sytuacją nienormalną i źle dla nich rokującą. Jednak nie znamy wszystkich dokumentów. Główni zainteresowani, generał Jaruzelski oraz wojsko, nie chcą ich udostępnić. Wielokrotnie zwracałem się o to - bez skutku. Jeżeli natomiast jakiś dokument potrzebny jest Jaruzelskiemu, bo świadczy na jego korzyść - on uzyskuje go bez trudu.
- Wojsko nadal wierne?
- Nie twierdzę, że jest nadal wierne generałowi Jaruzelskiemu. Jest raczej wierne sobie. Szefem Sztabu Generalnego, który decyduje o archiwach - bo podlegają jemu, a nie ministrowi obrony - jest człowiek bardzo aktywny na stanowisku dowódczym w latach 80. Ale ja go nie potępiam, a nawet rozumiem. W jego otoczeniu jest jeszcze wielu czynnych oficerów, którzy dowodząc kompaniami czy pułkami, uczestniczyli w egzekwowaniu przepisów stanu wojennego.
- Większość społeczeństwa nadal jednak szanuje wojsko, ma uznanie dla generała Jaruzelskiego i uważa, że wprowadzenie stanu wojennego było uzasadnione.
- Mit "mniejszego zła" stanu wojennego, który uratował naród przed "hekatombą ofiar", został utrwalony przez propagandę lat 80. i przez aktywność samego generała, któremu - przy całym zrozumieniu dla stanu jego zdrowia - zawsze starcza sił, by zabrać publicznie głos wtedy, gdy mu na tym zależy. Toteż nadal cieszy się szacunkiem sporej części społeczeństwa. Z mitami się bowiem nie dyskutuje.
- Mity rodzą przeciwmity: tajnych uchwał "okrągłego stołu", spisku elit w Magdalence. Utrwala je trudna do pojęcia, gorliwa obrona prześladowców przez ich ówczesne ofiary.
- Mit "podstołowej ugody" jest fragmentem rozumowania opartego na spiskowej teorii dziejów: skoro nie rozumiemy, co się dzieje, ktoś musiał przy tym majstrować. Nie było żadnej tajnej umowy dotyczącej bezkarności, gwarancji bezpieczeństwa i zabezpieczenia ekonomicznego odchodzącej elity. Natomiast mieściło się to w samej logice sposobu, w jaki nastąpiła zmiana władzy i ustroju. Jeżeli odbywa się to w sposób ewolucyjny, nie można stosować technik rewolucji: masowych procesów, plutonów egzekucyjnych, deportacji czy pozbawiania praw. W czasie kilku transformacji ustrojowych zadekretowano to nawet formalnie poprzez ustawy amnestyjne i abolicyjne, na przykład w Hiszpanii i Chile. Pokojowe przekazanie władzy, potwierdzone wolnymi wyborami, wyklucza odpowiedzialność zbiorową i ograniczanie praw jakiejś grupy społecznej. Demokracja jest dla wszystkich, także dla postkomunistów, którzy zresztą nieźle sobie w niej radzą. Radykalni dekomunizatorzy, głoszący hasło: "Nie ma demokracji dla wrogów demokracji", nie różnią się od Lenina z roku 1917 r. i Gomułki z 1945 r.
- Czy nie dlatego właśnie byli komuniści nieźle sobie radzą, że wykreowali mity i ukryli w sejfach prawdę o czasach, kiedy byli siłą przewodnią?
- Historycy współczesności od dawna domagają się zdjęcia klauzuli uniemożliwiającej dostęp do archiwów PZPR przez 30 lat. Ona była przecież ośrodkiem władzy, więc pełny wgląd w te archiwa jest niezbędny do poznania najnowszych dziejów Polski. Apelujemy o to przy każdej okazji, namówiliśmy nawet posła Michała Ujazdowskiego do złożenia interpelacji w tej sprawie. Na razie bez rezultatu. Tyle że archiwiści zaczynają przebąkiwać, że w nowej ustawie klauzula tajności zostanie zmniejszona do 15 lat.
- Lobby archiwistów jest silniejsze od lobby historyków?
- Nie ma takiej woli politycznej. Bałamutne hasło "nie rozpamiętujmy przeszłości, myślmy o przyszłości" trafia na podatny grunt po obu stronach sceny politycznej. Wspaniały ruch "Solidarność" też nie interesuje się swoimi źródłami. Zorganizowane w stanie wojennym podziemne archiwum "Solidarności", dziś działające jako stowarzyszenie, parokrotnie zwracało się do Komisji Krajowej o pomoc w zbieraniu materiałów. Zero zainteresowania.
- Czego może się obawiać "Solidarność"?
- Wbrew pozorom Polacy nie są społeczeństwem historycznie myślącym. Są też narodem niewykształconym. Dla kogoś, kto skończył tylko podstawówkę i dwuletni kurs elektryka, słowo "historia" oznacza jedynie nudny przedmiot ze szkoły. Aż 40 proc. Polaków nie zna daty bitwy pod Grunwaldem, choć jest to rzecz niejako wysysana z mlekiem matki. Ponadto "Solidarnością" kieruje dziś inne pokolenie, nie zainteresowane odtwarzaniem tego, co było w latach 1980-1981, skoro nie ma tam ich nazwisk. Gdyby nie dotacja KBN, nie moglibyśmy opublikować protokołów Komisji Krajowej, bo "Solidarność" grosza na to nie dała. Urządzić muzeum - włos z wąsa Wałęsy, czapka Jurczyka - owszem. Ale publikować źródła? Świadomość historyczna Polaków jest zmartyrologizowana i zdominowana przez liturgię rocznic. Natychmiast po zjednoczeniu Niemiec Bundestag powołał specjalną komisję o uprawnieniach śledczych, która po sześciu latach opublikowała siedemsetstronicowy raport o "państwie SED". Nasz Sejm zdołał w tym czasie wyprodukować jednostronicową uchwałę dekomunizacyjną. Nie podjął natomiast żadnej inicjatywy sporządzenia monografii PRL.
- Czego więc nie wiemy jeszcze o czasach PRL?
- Nie mamy rozeznania w wielu skomplikowanych problemach leżących na pograniczu psychologii historycznej. Skąd wzięły się przełomowe decyzje polityczne? Jaka była ich faktyczna motywacja? Co naprawdę myślał Jaruzelski, wprowadzając stan wojenny? Jak analizował ówczesną sytuację? Może naprawdę widział ją tak, jak dziś opowiada? Wielką niewiadomą stanowi to wszystko, co dotyczy relacji ze Związkiem Sowieckim, w tym ekonomicznych. Na ten temat nie podjęto jeszcze żadnych badań. Znów generuje to przeciwstawne mity: jeden - że wszystko zawdzięczamy pomocy radzieckiej i drugi - że nie było węgla ani mięsa, bo wszystko nam zabierali. Trzeci obszar naszej niewiedzy, chyba nie do zbadania, to zachowania społeczne w określonych momentach historii. Dziś można zbadać na przykład nasze postawy wobec Rosji, ale tego, jakie były uczucia Polaków wobec ZSRR w 1956 r., już odtworzyć się nie da.
- Czy historyk dziejów najnowszych nie jest wystawiony na pokusy, by swymi ustaleniami wpływać na bieg obecnych spraw, moderować decyzje polityczne, na przykład w sprawie odpowiedzialności za procesy stalinowskie, Grudzień ?70, stan wojenny?
- Nie tylko stoi przed taką pokusą, ale często jest "wzywany do tablicy" z żądaniem, by powiedział, jaka jest prawda. Przeszkadzają mi często zadawane wprost pytania, czy na przykład generał Jaruzelski jest winny w sensie prawnym bądź moralnym. Odpowiadam: to jest sprawa sędziego oraz księdza proboszcza. Historyk może tylko powiedzieć: z dostępnych mi źródeł wiem to i to. Ale nie może wydawać wyroków. Od tego jest sąd.
- Jednak często słychać z ust polityków: osądzi mnie historia.
- Mówią tak zwykle politycy, którzy chcą uniknąć osądzenia przez sąd.

Okładka tygodnika WPROST: 52/1998
Więcej możesz przeczytać w 52/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0