Imperium w lodówce

Imperium w lodówce

"Czas włączać krematoria. Może tak uda się ogrzać społeczeństwo". Czarny humor prasowego tytułu ilustruje całkowitą bezsilność przemarzniętych Rosjan i bezradność władz. Zima w roku najgłębszego do tej pory kryzysu ekonomicznego wywołuje najczarniejsze obawy. Tak źle nie było w Rosji jeszcze nigdy w czasach pokoju.
"Czas włączać krematoria. Może tak uda się ogrzać społeczeństwo". Czarny humor prasowego tytułu ilustruje całkowitą bezsilność przemarzniętych Rosjan i bezradność władz. Zima w roku najgłębszego do tej pory kryzysu ekonomicznego wywołuje najczarniejsze obawy. Tak źle nie było w Rosji jeszcze nigdy w czasach pokoju. Ciepła i prądu pozbawione są całe miasta, a nawet regiony. Od końca lat 80. - w związku z pogłębiającymi się trudnościami ekonomicznymi i postępującym niedowładem struktur państwa - każdego roku straszono głodem i chłodem. Ale ani razu do tej pory pytanie: "Czy Rosja przeżyje tę zimę?" nie miało tak rzeczywistego wymiaru.
Najbardziej dramatyczna sytuacja panuje na północy i dalekim wschodzie. W byłym ZSRR istniał cały rządowy program zaopatrywania "terytoriów północnych". Wiadomo było, że na przykład na Czukotkę i Kamczatkę żywność oraz paliwo należy dostarczyć jeszcze w sezonie żeglugowym - w przeciwnym razie ludzie umrą tam z głodu i zimna lub trzeba będzie ich pilnie ewakuować. Mys Szmita - osiedle na Czukotce - znajduje się w strefie wiecznej zmarzliny. To właśnie w tych okolicach wydobywa się 40 proc. czukockiego złota. W sezonie żeglugowym miejscowa administracja nie miała pieniędzy na paliwo, a kiedy je wreszcie zdobyła, Morze Czukockie już dawno zamarzło. Niewielkie zapasy mazutu, jakie jeszcze pozostały w miejscowych magazynach, wykorzystywano bardzo oszczędnie - tak, żeby ludzie nie zamarzli. W rezultacie doszło do poważnej awarii sieci ciepłowniczej. Zamarzła woda, rury nie wytrzymały naporu lodu. Na początku grudnia do domów na osiedlu położonym za kręgiem polarnym przestało docierać ciepło. Prawie trzystu mieszkańców ewakuowano do koszar. Pozostali żyją jak Eskimosi.
Do podobnych sytuacji dochodzi w całej Rosji. 250-tysięczny Pietropawłowsk Kamczacki funkcjonuje jak w warunkach oblężenia. Miasto podzielono na cztery części, które na zmianę ogrzewane są przez miejscową elektrociepłownię. Ale i tak tylko przez dwie, trzy godziny dziennie. Niemal dwa tygodnie w Pietropawłowsku nie było prądu. Portowe miasto jak na zbawienie czekało na tankowiec z mazutem. Ludzie ogrzewali swoje mieszkania, paląc drewnem w piecykach zwanych "burżujkami", a posiłki gotowali na ogniskach - na ulicach i podwórzach.
Pod wielką kopułą targu w Nowosybirsku nie ma działu rybnego. Ryby sprzedaje się tu tylko w stanie mrożonym. A gdzie mogą być lepsze warunki do ich przechowywania niż na zewnątrz. Okonie i mintaje z dalekowschodnich akwenów leżą stertami tuż obok jesiotrów z kaspijskiego południa. Na długiej, zaśnieżonej rybnej alei kupić można niemal wszystko, co pływa w graniczących z Rosją morzach i w syberyjskich rzekach. Krępe sprzedawczynie o czerwonych twarzach i figurach matrioszek z nadzieją spoglądają na każdego przechodnia. Na głupio brzmiące w tych warunkach pytanie: "Nie jest wam zimno?" odpowiadają z prostotą i uprzejmą wyrozumiałością: "Wszystko w porządku. Przywykłyśmy".
W Nowosybirsku termometry wskazują właśnie -30 oC. Miejscowi nie mają wyboru. Tysiące ludzi w mieście próbuje szczęścia na bazarach i pchlich targach. To dla nich jedyne miejsce, gdzie można zdobyć trochę gotówki. "Tutaj handlują i tacy, co mają pokończone po dwa fakultety. Co mają robić, jeśli miesiącami nie dostają pensji? Handel stał się dla wielu jedynym źródłem utrzymania. Kupujemy tak jedni od drugich i jakoś to idzie, ale jest coraz gorzej" - kobieta sprzedająca futrzane czapki zostaje jeszcze, choć inni zwijają już swoje nieduże straganiki. Jest coraz zimniej, a kupujących jak na lekarstwo.
Irina też handlowała na pchlim targu, nawet nieźle jej szło. Zrezygnowała, bo po ośmiu godzinach stania na mrozie trudno jej było wychodzić na scenę. Irina jest aktorką. Razem z mężem Siergiejem grają w Teatrze Afanasjewa, najlepszym w mieście. Wcześniej chałupniczo szyli wełniane czapki. Mieli nawet specjalną maszynę. Robili wszystko, żeby nie rzucić teatru. Był okres, kiedy Irina jeździła do oddalonego o kilkaset kilometrów Nowokuźniecka po miejscowy rarytas - czeremchę: "Po spektaklu wsiadałam do pociągu. Potem szłam osiem kilometrów, zbierając czeremchę. Wracałam z plecakiem ważącym czterdzieści kilogramów. Wiązaliśmy ją z Siergiejem w pęczki i... na bazar". W teatrze zarabiają po siedemset rubli. "Wyżyć się z tego nie da, ale to nie ma znaczenia, bo i tak nie płacą. Miejski wydział kultury daje pieniądze tylko na spektakle. Na pensje nie star- cza" - tłumaczy Siergiej. Teraz zarzucili już zbieractwo i handel. Dorabiają u "nowych Ruskich". Lokalni bogacze lubią uświetniać swoje przyjęcia drobnymi inscenizacjami. A poza tym aktorzy świetnie zabawiają dzieci.
W Nowosybirsku trudno spotkać ludzi, którzy terminowo i w pełnej wysokości otrzymywaliby zarobione pieniądze. Borys Popow w ogóle nie pamięta już, ile zarabia. Myśli, że nawet w księgowości pogubili się i nie wiedzą, ile komu są winni. Borys jest kierowcą w wielkich zakładach im. Czkałowa. Swojej pensji nie widział od półtora roku. Wypłacają mu od czasu do czasu tylko zaliczki - po sto, dwieście rubli. Dzisiaj to ledwie dziesięć dolarów. Kiedyś z hal montażowych na pas startowy wyjeżdżały stąd myśliwce skonstruowane przez Suchowa. Czkałowskij Zawod zatrudniał dwa tysiące ludzi, a jego dyrektor znaczył więcej niż gubernator. Iwan Aleksiejewicz, ojciec Borysa, przepracował tam pięćdziesiąt lat. W jednym warsztacie. Z dumą pokazuje rocznicowy album wydany jeszcze za czasów Breżniewa. "W czasie wojny każdego dnia robiliśmy po dwadzieścia samolotów". Na starych, czarno-białych fotografiach w kilku rzędach stoją lśniące jaki. Słynna fabryka zatrudnia dzisiaj już tylko 1200 osób. W hali montażowej dokręcają ostatnie śrubki do cywilnego An-38. Nie wiadomo, kiedy zaczną robić kolejne samoloty. Nikt nie zamawia nowych maszyn.
Podobnie jest w innych wielkich zakładach w mieście. Większość z nich pracowała na potrzeby oboronki, czyli armii. Niektóre przeniesiono za Ural z europejskiej części kraju jeszcze w czasie wojny. Czasy świetności mają już dawno za sobą. "W tym roku wojsko nie otrzymało ani jednej łodzi atomowej, ani jednego nowego czołgu, samolotu bojowego, helikoptera czy nawet działa artyleryjskiego" - skarżył się w Dumie rosyjski minister obrony, marszałek Igor Siergiejew. To znaczy, że fabryki w Nowosybirsku nie produkują, a ludzie nie dostają pieniędzy.


Tak źle jak tej zimy nie było w Rosji w czasach pokoju jeszcze nigdy

Przed laty Iwan Aleksiejewicz zbudował nieduży drewniany dom. Teraz mieszkają tam trzy pokolenia. On sam z żoną i Borys ze swoją rodziną - żoną i dwójką dzieci. Dziadkowie dostają emerytury z zaledwie dwumiesięcznym opóźnieniem. Nie narzekają, ale muszą z tego utrzymać wszystkich. "Dobrze jeszcze, że mamy kawałek ziemi - żona Iwana Aleksiejewicza pokazuje zawekowane przetwory w pełnej warzyw piwnicy. - Wszystko mamy swoje: ziemniaki, ogórki, pomidory, nawet prosięta chowaliśmy". W kuchni wisi prawosławny krzyż. W pokoju katolicki. "Jeden drugiemu przecież nie przeszkadza" - tłumaczy Maria Władimirowna, która próbuje pogodzić rosyjską prawosławną tradycję z sympatią i wdzięcznością dla katolików. Razem z synową dorabia, sprzątając u księży jezuitów. Ona też nie potrafi zrozumieć, jak żyją ludzie w mieście, gdzie połowa mieszkańców nie dostaje pensji: "Teraz to nikt już prawie nie pożycza, bo nie ma od kogo. A poza tym nie byłoby z czego oddać". Nikt z rodziny nie próbował handlować na bazarze: "Tam wszyscy chorują. Nie można pracować w takich warunkach".
Najbardziej sfrustrowany jest Borys. Pracuje od rana do późnego popołudnia, a nie jest w stanie zaspokoić nawet elementarnych potrzeb rodziny. Pracy nie zmieni, bo teraz już nawet niektóre prywatne firmy przestały płacić. Wiele zbankrutowało. Jest ciężko, ale Popowie nie chcą nic zmieniać. "Nie wyjadę stąd, nawet gdyby zaczęli bombardować. Nikt na mnie nigdzie nie czeka". Synowa zgadza się z teściową, ale już z bardziej pragmatycznych powodów: "Dokąd mielibyśmy uciekać? Na północy jest jeszcze gorzej. A na południu niebezpiecznie. Strzelają". I zostaną. Tylko nie wiadomo, po co ich córka uczy się na ślusarza. W przyszłości nie będzie miała żadnych szans na znalezienie pracy. Zwłaszcza że w ciągu najbliższych 20-30 lat - jeśli wierzyć Proniczewowi - Rosji nie czeka nic dobrego.
Siergiej Dymitrowicz Proniczew właśnie zamknął jedną ze swoich fabryk. Produkował w niej wódkę. Ponad 70 różnych gatunków. Niektóre, te elitarne, czyli najdroższe, na etykietce miały podobiznę szefa. "Zamknąłem zakład, ludzi wysłałem na przymusowy urlop bezpłatny. Po prostu przestało się opłacać. Po zapłaceniu wszystkich podatków nie pozostawał żaden zysk. A jaki jest sens zajmować się biznesem, jeśli nie można nic zarobić?" - pyta Proniczew. Przed ostatnim kryzysem zatrudniał w swoim holdingu 1200 osób. Dzisiaj zostało ich tylko dwieście. W jednym z pokoi wielkiej willi, którą sobie wybudował w centrum miasta, trwa remont. Niedawno ktoś rzucił na parapet granat. "Ten dom nie może nie budzić zawiści - tłumaczy przedsiębiorca. - W Rosji trudno jest być człowiekiem bogatym. Z powodów czysto psychologicznych. Od 1917 r. wszyscy przywykli do tego, że żyją biednie. Po prostu wszyscy. I to wrosło na stałe w narodową mentalność. Dążenie do wybicia się ponad przeciętność cechuje już tylko niewielką część społeczeństwa".
Proniczew zaczynał jeszcze w latach 80., w czasach pieriestrojki. Wcześniej był technikiem w "czkałowskich" zakładach. "Chce mnie pan wsadzić do więzienia?" - śmieje się, odpowiadając po krótkim namyśle na pytanie, jak zarobił swoje pieniądze. W mieście mówi się jednak, że należy do tych bardziej uczciwych. "Od 1992 r. wierzyłem, że w Rosji będzie z każdym rokiem coraz lepiej. Nie można robić interesów w biednym kraju. Ludzie muszą przecież mieć pieniądze, żeby kupować wyprodukowane przeze mnie towary. Dlatego też wszystkie zarobione pieniądze inwestowałem tutaj, na miejscu. Każdy dolar włożony w biznes w Rosji przynosił więcej zysku. Za to pieniądze zainwestowane tam, na Zachodzie, są bezpieczniejsze. Kiedy 17 sierpnia doszło do krachu, okazało się, że ci, co wywozili kapitał za granicę, mieli rację" - konstatuje Siergiej Dymitrowicz.
Przed pamiętnym kryzysem, który odmienił losy milionów Rosjan, degradując wielu "średniaków", a z biedaków czyniąc nędzarzy, ludzie pracujący u Proniczewa zarabiali średnio po 3000 rubli - wtedy była to równowartość ok. 500 dolarów. To było dużo pieniędzy. Dzisiaj większość nie dostaje nic. "Jedni kradną, inni nieludzko oszczędzają. Istnieje też jakiś dziwny, bazarowy obieg gotówki, skutecznie omijający struktury systemu finansowego państwa, czyli banki. To przypomina ruch uliczny w Brooklinie. Wygląda na kompletny chaos, ale w tym chaosie każdy znajduje coś dla siebie" - mówi Proniczew.
Syberia podupada, podobnie zresztą jak cała Rosja. Na powierzchni utrzymuje się tylko "państwo Moskwa". Ludzie w tych stronach nie zwykli narzekać ani na pogodę, ani na przeciwności losu. "Że mróz straszny? I bardzo dobrze. Całą zarazę zabije". Maria Popowa myśli tylko o tym, żeby szczęśliwie doczekać do wiosny: "A wiosną, jeśli zdrowie dopisze, znów będziemy jeździć na działkę. Wszystko swoje wyhodujemy i będzie można jeszcze jeden rok przeżyć". Siergiej i Irina cieszą się swoim teatrem i myślą już tylko o przyszłości syna: "Posyłamy go do szkoły z rozszerzonym programem. Może jak urośnie zrobi pieniądze i nam pomoże". Proniczew nie martwi się o byt. Ale i jemu biznes nie przynosi już takiej jak dawniej satysfakcji. Tłumaczy, że w Rosji nie ma kto pracować. Jedni nie chcą, inni nie potrafią. Zamkniętych zakładów zbrojeniowych nie da się przerobić na wytwórnie pralek, odkurzaczy i rowerów, bo do tego potrzebni są odpowiednio wykształceni ludzie, nowy system organizacji produkcji i dystrybucji.
W kręgach rządowych w Moskwie dotychczas nie opracowano żadnego programu ratowania "terytoriów północnych". Plan ewakuacji mieszkańców najbardziej zagrożonych miejscowości przygotowuje Ministerstwo ds. Sytuacji Nadzwyczajnych. Tyle że - jak sama nazwa wskazuje - ten resort powołany jest do podejmowania interwencji tylko w wypadku kataklizmów, a więc okazjonalnie. Wszędzie muszą więc sobie radzić władze regionalne, ale te niewiele zrobią bez pieniędzy. Tymczasem budżety lokalnych administracji są nie mniej dziurawe niż budżet centralny w Moskwie. Do Pietropawłowska Kamczackiego jeździł niedawno Anatolij Czubajs, obecnie szef giganta pod nazwą Zjednoczone Systemy Energetyczne Rosji, zawiadującego całą rosyjską energią elektryczną i cieplną. "Mamy zapasy mazutu, węgla i innego rodzaju paliw - mówili potem jego doradcy. - Wiele regionów chętnie by je kupiło, ale nie mają za co. My zaś nie możemy ich zaopatrywać bezpłatnie".
Warunki, w jakich mieszkańcy Rosji spędzają zimę, nigdy jeszcze tak dobitnie nie ilustrowały upadku władzy państwowej i finansowego bankructwa na wszystkich szczeblach. Najgorsze, że nikt nie ma nawet pomysłu, jak ratować sytuację. Tej zimy na pewno nic się już nie da zrobić. Lokalne gazety publikują jedynie porady, jak żyć, jeśli w mieszkaniu temperatura jest bliska zera. "Przy 5 oC organizm człowieka, który się nie rusza, ulega przechłodzeniu, co może doprowadzić do śmierci - tłumaczą lekarze. - Człowiek znajdujący się w ruchu może żyć nawet w temperaturze 0 oC, ale na pewno nie będzie się cieszył dobrym zdrowiem".

Okładka tygodnika WPROST: 52/1998
Więcej możesz przeczytać w 52/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0