Dyscyplina olimpijska

Dyscyplina olimpijska

Czy aby na pewno trzeba budować autostradę z Krakowa do Zakopanego, siedem hoteli, dobre lodowiska, tory saneczkowo-bobslejowe, wyciągi i kolejki linowe, inwestować w łączność i infrastrukturę, aby Zakopane zdobyło przychylność MKOl? Ostatnie wypowiedzi Marka Hodlera, jednej z najbardziej wpływowych osobistości światowego sportu, sugerują, że niekoniecznie.
Czy aby na pewno trzeba budować autostradę z Krakowa do Zakopanego, siedem hoteli, dobre lodowiska, tory saneczkowo-bobslejowe, wyciągi i kolejki linowe, inwestować w łączność i infrastrukturę, aby Zakopane zdobyło przychylność MKOl? Ostatnie wypowiedzi Marka Hodlera, jednej z najbardziej wpływowych osobistości światowego sportu, sugerują, że niekoniecznie. Wypowiedzi 80-letniego Szwajcara na temat korupcji i handlowania głosami w MKOl wywołały największe poruszenie w ruchu olimpijskim od czasu przyznania prawa do organizowania rocznicowych igrzysk Atlancie - miastu Coca-Coli, sponsora imprezy. Hodler powiedział głośno to, o czym mówiło się już od wielu lat. Oto bowiem grupa dyskretnych pośredników wyspecjalizowała się w oferowaniu miastom-kandydatom pakietów głosów członków MKOl w zamian za profity. Zarzuty padły zarówno pod adresem komisji oceniającej przygotowanie obiektów, jak i organizatorów imprez w Atlancie, Sydney, Nagano i Salt Lake City (przygotowujących się do igrzysk zimowych w 2002 r.). Amerykanie z charakterystyczną dla siebie bezpretensjonalnością przyznali, że zebrali już 400 tys. USD na stypendia dla członków rodzin działaczy MKOl. Kilka lat temu FIAT zaoferował samochody wszystkim, którzy gotowi byli poprzeć Sestriere jako organizatora narciarskich mistrzostw świata w 1997 r. Według informacji "Gazety Wyborczej", dwa fiaty trafiły nawet do Polskiego Związku Narciarskiego. Podobnych oskarżeń nie potraktowano by poważnie, gdyby wygłosił je dziennikarz, znany zawodnik, bogaty sponsor lub obrażony działacz reprezentujący miasto, które po głosowaniu musiało się pogodzić z porażką i zrezygnować z marzeń o igrzyskach. Poważne zarzuty padły jednak z ust człowieka, który od ćwierć wieku jest członkiem MKOl, najsłynniejszą osobistością światowego narciarstwa i dawnym rywalem Juana Antonio Samarancha w walce o fotel prezydenta komitetu. Szefowie MKOl przerwali milczenie zapowiedzią wykluczenia z olimpijskiej rodziny skorumpowanych działaczy i oczyszczenia "światowego sportu". Deklaracje te z radością przyjęli Chińczycy, którzy nie mają już wątpliwości, dlaczego przegrali z Australią walkę o letnie igrzyska w 2000 r. MKOl swą potęgę zbudował na handlu kółkami olimpijskimi, które ze sztandarów trafiły na opakowania chipsów i puszki coli. Igrzyska przestały się różnić od jakiejkolwiek innej wielkiej imprezy - z gwiazdami, narkotykami i przemocą. Symbol olimpijski stał się najdroższym i najbardziej znanym znakiem towarowym na świecie, w samych Stanach Zjednoczonych wart jest prawie 800 mln USD. Za prawo do relacjonowania pięciu kolejnych olimpiad sieć NBC zapłaciła 3,5 mld USD. Jeszcze nie rozstrzygnięto, gdzie odbędą się dwie z nich. Gigantyczna finansowa kariera, którą MKOl w dużej mierze zawdzięcza Samaranchowi, sprawiła, że od olimpiady w Meksyku (1968 r.) do igrzysk w Sydney (2000 r.) wpływy ze sprzedaży praw do transmisji telewizyjnych wzrosły w Ameryce 159 razy. Dzięki pozyskaniu największych korporacji MKOl w dość krótkim czasie stał się bardzo bogaty. Gdy zaczął rozdzielać pieniądze między miasta organizujące igrzyska i pokrywać ponad połowę kosztów imprez - rozpoczęła się ostra rywalizacja, której efektem jest dziś korumpowanie członków komitetu.


Afryka do wynajęcia?
Oskarżenie działaczy MKOl o korupcję to już druga w tym roku afera z udziałem najwyższych władz światowego sportu. Przed piłkarskimi mistrzostwami we Francji szwedzkie dzienniki ujawniły szczegóły dotyczące walki o fotel prezydenta Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej, jaka rozegrała się między Josephem Blatterem i Lennartem Johanssonem. Blatter, który nie był zdecydowanym faworytem, podczas kampanii wyborczej miał kupić głosy 20 federacji afrykańskich. Jeden głos kosztował ponoć 50 tys. USD. Blatter wygrał, obaj kandydaci milczą. X

Jeszcze w latach 50., gdy raczkował olimpijski biznes, a w sejfie MKOl znaleźć można było jedynie składki członkowskie, zdarzało się, że zgłaszał się tylko jeden kandydat. Dziś Zakopane, starające się o organizację zimowych igrzysk w 2006 r., może mówić o szczęściu, gdyż ma zaledwie pięciu poważnych rywali. Każdy z nich liczy na ponad pół miliarda dolarów z kasy MKOl, więc trudno nie wierzyć Hodlerowi, że znajdą się specjalne fundusze i zawodowi agenci gotowi skontaktować potencjalnych organizatorów z członkami MKOl. Im głośniejsza będzie sprawa korupcji w MKOl, tym większe szanse ma Zakopane. Trudno bowiem o lepszy dowód na czystość intencji członków komisji MKOl niż wybór siermiężnego, totalnie nieprzygotowanego do organizacji igrzysk miasta. Trudno "zaproponować" Zakopanemu - jak Atenom - budowę podziemnego metra (bez przetargu metro w stolicy Grecji miała wybudować wskazana firma w zamian za co miasto zyskałoby prawo do organizacji igrzysk). Trudno kształcić tu - jak na amerykańskim prestiżowym uniwersytecie - dzieci członków MKOl. Nikt nie uwierzyłby też, że władze Zakopanego, które nie potrafią sobie poradzić z przeciwnikami poprowadzenia tras olimpijskich przez park narodowy, byłyby w stanie wyasygnować więcej niż kilka milionów dolarów na podarunki dla członków MKOl. Czyż wskazanie Zakopanego jako organizatora zimowych igrzysk olimpijskich w 2006 r. nie będzie najlepszym sposobem oczyszczenia atmosfery w światowym sporcie? - MKOl bardzo starannie kontroluje wszystkie procedury, zabrania swoim pracownikom zbyt długich i częstych wizyt w kandydujących miastach. Delegaci nie mogą od krajowych działaczy przyjmować upominków, których wartość przekracza 150 USD. Członkowie MKOl wizytujący Zakopane otrzymali jedynie trzy tomy akt kandydatury oraz pamiątkowe figurki - zapewnia Andrzej Bac z Biura Strategii Olimpijskiej. - Formułowane zarzuty są przykre dla ruchu olimpijskiego. Mam nadzieję, że specjalna komisja powołana przez przewodniczącego Samarancha wyjaśni sprawę i udowodni, że nieuczciwi mogą być jedynie nieliczni działacze, nie zaś cały skład komitetu, a więc 115 osób - mówi Irena Szewińska, członek MKOl od czasu igrzysk w Nagano. Jak jednak wyznaczyć granicę między zachowaniami przyzwoitymi a tymi nie przystojącymi szefom ruchu olimpijskiego? Jak ustrzec się przed ofertami studiów zagranicznych, atrakcyjnych wycieczek, prezentami w postaci samochodów i innych wartościowych przedmiotów? Jak uchronić światowy sport przed chorymi ambicjami bogatych sponsorów i narodowych komitetów olimpijskich. Przyznanie prawa do organizacji igrzysk w Zakopanem mogłoby dziś - o ironio - ocalić wizerunek MKOl.


Sternik imperium
Juan Antonio Samaranch, od 18 lat szef Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. Pierwszy wykorzystał potęgę mediów, pieniądze bogatych koncernów i popularność sportu. Pozwolił walczyć o medale zawodowcom, zasłynął jako sprawny negocjator łagodzący polityczne konflikty, zjednoczył ruch olimpijski - dzięki pieniądzom i dla pieniędzy. Krytycy zarzucają mu sprzeniewierzenie się idei barona de Coubertina, ulgowe traktowanie dopingu w sporcie, a w przeszłości - związki z reżimem frankistowskim. Samaranch jest Katalończykiem, studiował ekonomię w Hiszpanii, Anglii i USA. Zanim został szefem MKOl, był deputowanym do hiszpańskiego parlamentu oraz ambasadorem Hiszpanii w byłym ZSRR i Mongolii. Ma 78 lat.


Okładka tygodnika WPROST: 52/1998
Więcej możesz przeczytać w 52/1998 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0