Przetarg atlantycki

Przetarg atlantycki

Do jakiego NATO wejdzie nasze państwo w kwietniu 1999 r.?
"To, co było marzeniem Polaków, staje się faktem. Polska wchodzi do NATO i jesteśmy świadomi, jak wiele zawdzięczamy prezydentowi Clintonowi, jego administracji i osobiście pani Albright" - powiedział minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek po spotkaniu z szefową amerykańskiej dyplomacji w czasie brukselskiego szczytu ministrów spraw zagranicznych NATO i trzech państw kandydackich. Właśnie podczas tego szczytu doczekaliśmy się oficjalnego potwierdzenia, że wraz z Czechami i Węgrami wejdziemy do NATO jeszcze przed zaplanowanym na 24-25 kwietnia 1999 r. szczytem w Waszyng- tonie.

Podstawowe obszary, w których powinniśmy się w pełni dostosować do standardów sojuszu już teraz, to łączność, obrona powietrzna i zdolność do przyjęcia sojuszniczej pomocy. "Po pierwsze, musi być możliwość połączenia się z waszym obszarem" - wyjaśnił jeden z NATO-wskich dyplomatów. W tym celu trzeba wyposażyć w odpowiedni sprzęt MSZ, MON, Sztab Generalny WP i dowództwa jednostek wyznaczonych do współdziałania z sojuszem, a także zmienić struktury dowodzenia i procedury podejmowania decyzji w sytuacjach kryzysowych. Komitet NATO ds. infrastruktury zatwierdził już pierwsze projekty, które będą finansowane z funduszy sojuszniczego programu inwestycji NATO w zakresie bezpieczeństwa. Polegają one właśnie na zapewnieniu nowoczesnej łączności sojuszników z Polską, Czechami i Węgrami. Na pierwszy projekt polski przeznaczono 400 tys. dolarów, na czeski i węgierski - po 120 tys. USD.
Drugi warunek to obrona powietrzna - nie tylko zdolna do współdziałania z sojuszniczą, ale w pełni z nią kompatybilna. Wreszcie, po trzecie - trzy państwa powinny przygotować infrastrukturę i logistykę w taki sposób, by mogły w każdej chwili przyjąć na swoim terytorium posiłki. Bez tego sojusznikom trudno byłoby gwarantować nam bezpieczeństwo zgodnie z art. 5 karty atlantyckiej. Polska zadeklarowała, że do kwietnia spełni 17 z 65 tzw. wymogów krótkoterminowych.
- U progu XXI w. NATO musi zacząć myśleć o zmianie swojej strategicznej misji - mówi Thomas Pickering, zastępca sekretarza stanu ds. politycznych w administracji prezydenta Clintona. Biały Dom uważa, że głównym zadaniem NATO w czasach zimnej wojny była obrona terytorium państw członkowskich. Dzisiaj pakt musi również być gotowy do podjęcia akcji zbrojnej na obszarach bezpośrednio przylegających do granic państw członkowskich, jeśli pojawi się niebezpieczeństwo destabilizacji lub konfliktu etnicznego. "W obu wypadkach NATO nie będzie czekało z podjęciem niezbędnych działań na mandat Rady Bezpieczeństwa ONZ. Stany Zjednoczone nie mogą się znaleźć w sytuacji, kiedy ich żywotne interesy strategiczne będą zależeć od reakcji Chin i Rosji" - oświadczył Pickering. Rząd USA zmierza natomiast konsultować się z Narodami Zjednoczonymi w wypadku "globalnych zagrożeń", do których Pickering zaliczył na przykład terroryzm i rozprzestrzenianie broni masowego rażenia na Bliskim Wschodzie.
Formułowanie nowej misji NATO, która będzie obowiązywać członków paktu - a więc i Polskę - w XXI w., nie jest jeszcze zakończone. Do jej krystalizacji dojdzie na kwietniowym szczycie Paktu Północnoatlantyckiego w Waszyngtonie. Tymczasem ze strony części europejskich sojuszników Amerykanie napotykają silną opozycję, co może skomplikować obchody 50. rocznicy powstania NATO. Francuzi i Niemcy obawiają się "globalizacji" sojuszu, przekształcenia go w w światowego żandarma, realizującego jakoby przede wszystkim amerykańskie interesy.



Nikt nie neguje potrzeby formalnego dostosowania koncepcji strategicznej NATO do nowych realiów, ale obawy sojuszników rodzi zakres proponowanych zmian. Amerykanie, którzy uważają, że w przyszłości zadaniem paktu będzie zapobieganie rozprzestrzenianiu broni jądrowej, biologicznej i chemicznej, z determinacją dążą do sformułowania nowej klauzuli, umożliwiającej sojuszowi podejmowanie w uzasadnionych wypadkach działań bez mandatu ONZ. "Kosowo stanowi lekcję, że NATO potrzebuje minimum elastyczności. Mandat Rady Bezpieczeństwa jest pożądany, ale nie może z góry wiązać nam rąk" - powiedział jeden z przedstawicieli NATO. Kolejną kwestią dzielącą Europejczyków i Amerykanów jest zwiększenie mobilności sił NATO. Stany Zjednoczone uważają, że ich sojusznicy powinni zwiększyć wydatki wojskowe co najmniej o 10 proc., by dostosować swoje armie do nowych wymogów i udziału w misjach takich jak w Bośni.
Zdecydowana większość sojuszników jest natomiast zgodna, że nie należy zmieniać dotychczas obowiązującej doktryny nuklearnej. Jest oczywiste, że układ sił w sojuszu nie zmienił się od czasu zakończenia zimnej wojny. Jednym z tych, którzy mają odmienne zdanie na temat koncepcji pierwszego uderzenia atomowego, jest niemiecki minister spraw zagranicznych Joschka Fischer. "Jestem na tyle realistą, by wiedzieć, że istnieje podział sił w NATO, ale też na tyle, by widzieć, że nasza sytuacja w zakresie polityki bezpieczeństwa fundamentalnie się zmieniła. Niemcy są otoczone wyłącznie przyjaciółmi. Wzdłuż wewnętrznej granicy Niemiec nie stoją już dywizje pancerne" - powiedział szef niemieckiej dyplomacji. Sekretarz stanu w MSZ Ludgar Volmer (Zieloni) jest wręcz zdania, że Niemcy nie potrzebują już armii.


Stany Zjednoczone uważają, że ich sojusznicy powinni zwiększyć wydatki wojskowe o 10 procent

Sprawa ta ma w istocie poważne podłoże, czego dowodzi opublikowany w "Die Welt" artykuł "Ameryka nie będzie już potrzebna do zapewnienia Europie ochrony wojskowej", autorstwa Egona Bahra, eksperta rozbrojeniowego, który w latach 70. zasłynął z proradzieckich sympatii. Zdaniem Bahra, rząd RFN ma szansę zapoczątkować nową politykę zagraniczną, opierając się na nowej mentalności, poczuciu własnej wartości, pewności siebie, ale także umiarkowaniu i równowadze. Ameryka po zakończeniu zimnej wojny nie jest już potrzebna do zapewnienia Europie militarnej ochrony. We własnym interesie nadal będzie jednak chciała rozpościerać nad Europą "parasol przeciwatomowy". To sytuacja idealna, by się wyemancypować, uzyskać europejską tożsamość. Bahr podkreśla, że Niemcy nie będą w kwestiach wątpliwych stały zawsze po stronie Ameryki, gdyż dla bezpieczeństwa Europy Rosja jest równie niezbędna jak Ameryka i należy przesunąć stabilność dalej na Wschód. W konsekwencji - po przyjęciu do NATO Polski, Czech i Węgier - należy zaniechać dyskusji o dalszym rozszerzeniu paktu. Dla Polski jednak naprawdę niebezpieczne jest stanowisko Bahra wobec negocjacji rozbrojeniowych dotyczących broni konwencjonalnej. Według niego, osiągnięty do tej pory postęp świadczy o tym, że można dokonać kolejnych redukcji.
W tej sytuacji staje się zrozumiałe, dlaczego minister Geremek podziękował sekretarz Albright za "zrozumienie interesów polskich i trzech nowych członków w negocjacjach nad zmianami w traktacie o ograniczeniu zbrojeń konwencjonalnych w Europie". Polsce chodzi bowiem o to, by traktat nie nakładał na nowych członków NATO większych ograniczeń niż na dotychczasowych. Rosja dąży bowiem do redukcji broni konwencjonalnej w państwach Europy Środkowej, by zachodni sojusznicy nie mieli możliwości rozmieszczenia znaczących kontyngentów na terytorium nowych członków. Dla Polski poparcie sojuszników - zwłaszcza USA - będzie istotnym atutem w negocjacjach.
Koncepcje niemieckiej dyplomacji wywołały nie tylko zdenerwowanie w Waszyngtonie, lecz także krytykę ministra obrony RFN Rudolfa Scharpinga, który publicznie oświadczył, że nie można kwestii "pierwszego uderzenia atomowego" traktować z pozycji narodowej polityki bezpieczeństwa, tym bardziej że chodzi tu o nową strategię paktu, a nie bezpieczeństwa Niemiec. Oczekiwanie, że Stany Zjednoczone zrezygnują z prawa pierwszeństwa użycia potencjału nuklearnego może wywołać spór z Amerykanami, w którym RFN jest bez szans. Scharping, który musiał się w Waszyngtonie tłumaczyć z pomysłu Fischera, zwrócił też uwagę, iż kwestie strategii NATO podlegają w niemieckim rządzie jego kompetencji oraz że szef dyplomacji wystąpił ze swoją propozycją bez uzgodnienia. Zdaniem Scharpinga, konieczne jest "odciążenie USA i rozszerzenie zakresu odpowiedzialności Europy". By polepszyć stosunki dwustronne w dziedzinie polityki bezpieczeństwa, minister zaproponował - chyba niezbyt fortunnie - zainicjowanie w RFN od przyszłego roku... seminariów dla oficerów amerykańskich.
Propozycja ministra Fischera nie tylko zirytowała USA, lecz z pewnością podważyła zaufanie do niemieckiego sojusznika. Okazało się, że szef niemieckiej dyplomacji poinformował o swoim pomyśle Brukselę już na początku listopada, ale nie dostosował się do prośby, by wiadomość ta pozostała poufna, udzielając wywiadu dla "Spiegla". Scharping, zmuszony do wyjaśnienia sprawy, jako koalicjant musiał jednocześnie "oszczędzać" Fischera. Musiał się więc pogodzić z faktem, że dyskusja ta wzbudziła wątpliwości co do stanowiska Niemiec, choć czynił wszystko, by zaprezentować nowy rząd jako partnera obliczalnego i godnego zaufania. To, jak postrzegana jest niemiecka polityka obronna, jest jednak nie tylko sprawą Scharpinga, lecz przede wszystkim kanclerza Schrödera, odpowiedzialnego za politykę całego rządu.
Jeszcze przed ostatnim spotkaniem ministrów spraw zagranicznych NATO narastający antagonizm między USA a Niemcami był uważnie analizowany. Zdaniem polskiego ambasadora przy NATO Andrzeja Towpika, już przed spotkaniem nie było wątpliwości, że Polska opowie się za koncepcją amerykańską. Powód jest oczywisty: bez groźby uderzenia uprzedzającego wzrasta niebezpieczeństwo wojny konwencjonalnej, która - nawet jeśli jawi się jako mocno hipotetyczna - rozgrywałaby się na terenie Polski.
Brukselski szczyt był więc pierwszą okazją do polemiki na tak wysokim szczeblu na temat głównych zagrożeń dla bezpieczeństwa sojuszników i sposobów reagowania na nie. Joschka Fischer - mimo wcześniejszej krytyki - zdecydował się wysunąć swą propozycję nieformalnie, w czasie obiadu. Tym razem już nie tylko Stany Zjednoczone, ale także Francja, Wielka Brytania i Turcja uprzejmie, lecz stanowczo odrzuciły ten pomysł. Madeleine Albright powiedziała potem prasie, że rezultatem dyskusji było jedynie "potwierdzenie obecnej strategii".
Amerykanie zaproponowali utworzenie centrum ds. broni masowego rażenia, którego zadaniem byłoby zbieranie informacji wywiadowczych o broni gromadzonej na przykład przez Iran czy Irak oraz organizacje terrorystyczne. Waszyngton nalega też na zacieśnienie współpracy krajów europejskich w zakresie zwalczania broni chemicznej i biologicznej. Sprawa ta jednak wywołuje kontrowersje, ponieważ państwa europejskie nie chcą, by powoływać nowe instytucje, jak proponują Stany Zjednoczone, skoro istnieją organizacje zajmujące się tymi sprawami, na przykład Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA). Ponadto - jak komentuje "The New York Times" - europejscy sojusznicy USA "są słabo przygotowani do zamorskich interwencji z powodu panujących tam pacyfistycznych nastrojów i cięć budżetów wojskowych, zaś nowi członkowie NATO - Polska, Czechy i Węgry - jeszcze mniej nadają się do tego". Zastanawia jednak fakt, że nowojorska gazeta, przewodząca kampanii na rzecz zablokowania wejścia Polski, Czech i Węgier do NATO, opowiedziała się za propozycją Niemiec, by sojusz wyrzekł się prawa do użycia broni nuklearnej jako pierwszy.
Polska zdecydowanie poparła Stany Zjednoczone w sporze z Francją i Niemcami na temat uzależnienia wszelkich operacji NATO nie związanych bezpośrednio z obroną jego terytorium od zgody Rady Bezpieczeństwa ONZ. Minister Geremek powiedział o tym prasie tuż po tym, gdy szef rosyjskiej dyplomacji Igor Iwanow zażądał w Brukseli, by użycie siły przez NATO było podporządkowane decyzji rady, w której Rosja (a także Chiny) ma prawo weta. Już wcześniej Iwanow dał do zrozumienia, że NATO powinno wziąć pod uwagę zdanie Rosji w sprawie nowej koncepcji strategicznej. "To nie jest wyłącznie kwestia wewnętrzna" - oświadczył.
Bronisław Geremek przyznał, że Polska - ubiegając się o członkostwo w Unii Europejskiej - jest w trudnym położeniu, zmuszona zajmować stanowisko w sporach między Stanami Zjednoczonymi, domagającymi się śmielszego wychodzenia NATO poza własne terytorium, a Francją i Niemcami, które nie chcą się posuwać w tym względzie za daleko w nowej koncepcji strategicznej. "Za każdym razem zastanawiamy się, czy stanąć po stronie amerykańskiej, czy europejskiej i jaka jest tego cena - czy nie pojawi się stereotyp polskiej uległości wobec USA" - podkreślił szef polskiej dyplomacji. Dodał jednak, że na spotkaniach ministerialnych NATO "nastąpiło złagodzenie różnicy zdań między obiema koncepcjami", także dzięki brytyjsko-francuskiej inicjatywie, by ożywić "europejską tożsamość obronną", ale w ramach NATO.

Więcej możesz przeczytać w 51/1998 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0