Kruki w kąpieli

Kruki w kąpieli

SLD udowadnia potrzebę przeprowadzenia dekomunizacji
22 października 1999 r. głosami nie tylko postkomunistów, lecz także Unii Wolności i Polskiego Stronnictwa Ludowego, Sejm odrzucił projekt ustawy dekomunizacyjnej. Oznacza to, że prawdopodobnie w obecnej kadencji żaden projekt takiej ustawy nie trafi już pod obrady parlamentu. Ale nie tylko to. Unia Wolności po raz kolejny popełniła poważny błąd, co może jej grozić utratą pozycji w obozie posierpniowym. Głosowanie nie oznacza może przypisywanej unii gotowości do zawarcia koalicji z SLD, jednak uwiarygadnia zarzuty, że taka koalicja mieści się w strategicznych celach tej partii. Trudno zrozumieć, dlaczego kierownictwo unii prowokowało Akcję Wyborczą Solidarność skandalicznym wystąpieniem posła Wierchowicza, które mogło oznaczać tylko kolejny kryzys, na przykład w obszarze podatków lub szerzej - przy uchwalaniu budżetu. I jeszcze trudniej dostrzec polityczny interes partii wyrosłej z opozycji demokratycznej i ruchu społecznego "Solidarność", występującej po raz kolejny w obronie wpływów nomenklatury PZPR, gloryfikacji Polski Ludowej, dawania satysfakcji dawnym ubekom, sekretarzom PZPR i innym typom spod ciemnej gwiazdy. Nigdy nie miałem poważniejszych wątpliwości co do rzeczywistego charakteru PSL, jedynej czysto klasowej partii, trwale niezdolnej do uwolnienia się od ZSL-owskiej przeszłości. Ale chociaż wystąpienie Bogdana Pęka było prezentacją tyleż znanych co absurdalnych obsesji, w głosowaniu posłowie PSL zachowali się bardziej przyzwoicie niż posłowie UW. Po takim głosowaniu nic już nie pozostało z wizerunku unii jako partii mającej większe od innych stronnictw poczucie odpowiedzialności za państwo. Albowiem w najgłębszym interesie Polski leży uniemożliwienie komunistycznej recydywy i ustawa temu celowi miała służyć. Unia dokonała wyboru. Czas pokaże, czy był to wybór fortunny.
Poparcia dekomunizacji nie udzieliło 31 posłów AWS, w większości nie biorąc udziału w głosowaniu. Część wypadków absencji można uznać za usprawiedliwioną, chociaż już tradycyjnie po raz kolejny Klub Parlamentarny AWS wyróżnił się najmniejszą zdolnością mobilizacji. Ale całkowicie świadome złamanie dyscypliny klubowej przez Aleksandra Halla musi mieć konsekwencje w wymiarze politycznym. Ten wybitny publicysta i lider konserwatywnej prawicy o pięknym opozycyjnym życiorysie co najmniej od roku prowadzi kampanię publicystyczną przeciwko dekomunizacji, powtarzając: "Część umiarkowanych wyborców, uważających, że czas zamknąć okres historycznych rozliczeń, odwróci się od prawicy. Wszystkie te względy powodują, że zamiast ustawą dekomunizacyjną AWS powinna się zająć praktyczną dekomunizacją. Dokonuje się ona wraz ze zmianą struktur państwa i mechanizmów rządzących polityką i gospodarką" ("Rzeczpospolita", nr 148 z 1999 r.). Te same argumenty Aleksander Hall przypomniał w Sejmie, dodając jeszcze jeden, wart mniej więcej tyle samo co poprzednie, gdy mówił, że "ta ustawa nie dokonuje wyraźnego rozróżnienia pomiędzy wieloma Polakami, którzy przez tę partię [PZPR] się przewinęli, byli wśród nich zwyczajni zdrajcy, oportuniści i byli ludzie, którzy nie wyobrażali sobie innego życia, innego państwa niż PRL". Decydując się na demonstracyjne działanie wbrew podstawowej racji prawicy, lider Stronnictwa Konserwatywno-Ludowego (a znaczna część posłów SKL także złamała dyscyplinę klubową, świadomie nie uczestnicząc w głosowaniu) wysyła sygnał w kierunku Unii Wolności. Oznacza to, biorąc pod uwagę zgłoszenie przez SKL korzystnego dla UW - a wybitnie niekorzystnego dla jedności AWS - projektu ordynacji wyborczej, ofertę polityczną SKL skierowaną do całości lub części Unii Wolności.
Poważny błąd polityczny popełnił marszałek Sejmu Maciej Płażyński. Wstrzymując się od głosu, podważył swoją dotychczasową wiarygodność w obozie prawicy. Zdumienie budzi postawa Jana Olszewskiego, który w imię doraźnej i raczej absurdalnej kalkulacji politycznej polegającej na kokietowaniu KPN Ojczyzna, wypowiada słowa następujące: "Ustawa dekomunizacyjna jest ciągle Polsce potrzebna. Może nie taka. Nawet na pewno nie taka i nie w tej formie, w jakiej nam tutaj się ją dzisiaj proponuje. Powinniśmy może pójść tym tropem, jaki wskazywał odrzucony projekt KPN, który nie został przedstawiony Wysokiej Izbie". Projekt KPN Ojczyzna, zgłoszony w ostatniej chwili i po kilku dniach wycofany, gdyż na szczęście kilku posłów zorientowało się, o co chodzi i zdążyło wycofać swoje poparcie dla niego, był w sensie politycznym dywersją wymierzoną w Akcję Wyborczą Solidarność i miał na celu zapewnienie Adamowi Słomce nieograniczonej czasowo możliwości przemawiania, w zakresie merytorycznym był natomiast bełkotem niegodnym nawet uwagi.
Stanowisko SLD zostało wyrażone w tyleż błyskotliwym co typowym w swojej arogancji, bezczelnym i pełnym pychy wystąpieniu posła Marka Borowskiego. Czym innym wytłumaczyć takie słowa Borowskiego: "A teraz chciałbym zasugerować kolegom z "Solidarności", że może już wystarczy tych igrzysk. Czy naprawdę nie widzicie, że to nas wszystkich, a was w szczególności, jeszcze dodatkowo pogrąży? Czy rzeczywiście potrzebny jest nam wszystkim kolejny festiwal zacietrzewienia i nienawiści? Jestem daleki od odmawiania wam dobrych intencji, z którymi szliście do wyborów, na pewno chcieliście, by w Polsce żyło się lepiej. Wierzyliście w wasz program wyborczy, a dzisiaj macie wiele problemów sami z sobą. Tą ustawą nie rozwiążecie tych problemów". Przedstawiciel formacji, której obce jest myślenie w kategoriach innych niż zdobycie władzy i interesy koteryjnej kliki, przyznaje łaskawie i protekcjonalnie, że i ludzie idący do niepodległej i wolnej Polski poprzez więzienia i podziemie, chcieli dobrze. Reprezentant partii uwłaszczonej nomenklatury ośmiela się łaskawie nie kwestionować dobrych intencji polskich patriotów. Gdyby komuniści nie uczynili w ostatnich latach niczego innego, już to samo wystąpienie Borowskiego jest mocnym argumentem na rzecz konieczności przeprowadzenia głębokiej dekomunizacji. Zapewnienia postkomunistów, że problem dziedzictwa komunizmu już nie istnieje, można skwitować znanym rosyjskim przysłowiem: nie pomoże krukowi kąpiel.


Dekomunizacja to przede wszystkim wypełnienie podstawowej zasady sprawiedliwości i odpowiedzialności

Debata o dekomunizacji ujawniła także obok nurtu najpełniej zaprezentowanego przez Marka Borowskiego i z gorliwością prezentowanego przez kolejny nabytek SLD, obwożonego po partyjnych mityngach Andrzeja Celińskiego, nurt wskazujący na konieczność podjęcia sprawy rozliczenia z przeszłością. Na ten problem zwrócił ponad rok temu uwagę w "Gazecie Wyborczej" Sławomir Wiatr, pisząc: "SdRP jest dziś partią hermetycznie zamkniętą, z ubogim życiem wewnętrznym. Nie opiniuje ani zjawisk bieżących, ani wybiegających w przyszłość. Cierpi na koncepcyjny uwiąd i jak struś chowa głowę w piasek". A niedawno Barbara Labuda w klasycznym już tekście rozrachunkowym stwierdziła: "Jednakże kwestii rozrachunku z przeszłością nie utnie słowo "przepraszam", choćby i sto razy wypowiedziane wzorem Aleksandra Kwaśniewskiego, który, nawiasem mówiąc, wcale nie znalazł tak wielu naśladowców... Dzisiaj przed koniecznością takiego krytycznego spojrzenia działacze SLD chronią się w bezpiecznych, bardziej lub mniej ogólnych formułach potępienia totalitaryzmu..." ("Gazeta Wyborcza", nr 238 z 1999 r.). Bardzo interesujące są refleksje historyka i posła SLD Zbigniewa Siemiątkowskiego, gdy pisze: "...w 1984 r. nosiłem taką samą legitymację partyjną jak mordercy ks. Popiełuszki. W ówczesnym aparacie władzy obok ludzi, których szanowałem, byli również ludzie zdolni do tej zbrodni. Katalog spraw do załatwienia jest niewątpliwie bardzo długi. Każdy z nas miał swoje indywidualne doświadczenia i dokonuje osobistych rozrachunków. Ważne, aby ze zbiorowej eseldowskiej pamięci nie zginęły sprawy istotne dla tych, którzy pragną w SLD widzieć normalną formację polityczną, z żywym ideowym życiem wewnętrznym, a nie tylko sprawną machinę polityczną - potrafiącą wygrywać wybory, lecz niezdolną do samorefleksji" ("Gazeta Wyborcza", nr 247 z 1999 r.).
Pytaniem jest, czy i kiedy oblicze SLD będzie przypominało sympatyczną buzię posłanki Agnieszki Pasternak, której ojczyzną jest bez wątpienia III Rzeczpospolita, nie zaś otłuszczoną fizjonomię uwłaszczonego sekretarza KW PZPR, dla którego ojczyzną pozostała Polska Ludowa. W wywiadzie dla Katolickiej Agencji Informacyjnej ks. bp Tadeusz Pieronek powiedział, że odrzucenie przez Sejm ustawy dekomunizacyjnej było "jeszcze jedną nieudaną próbą uporządkowania sumienia społeczeństwa polskiego". Ale przegrana bitwa nie oznacza przegranej wojny. Pierwsze reakcje po głosowaniu wydają się wskazywać na to, że AWS odzyskała swoją wiarygodność programową. Ponadto umocnił się zabójczy dla tzw. partii środka - Unii Wolności i Polskiego Stronnictwa Ludowego - wyraźny podział sceny politycznej na antykomunistyczną prawicę i postkomunistyczną lewicę, podział także niewygodny i szkodliwy dla samego SLD. Formacja ta pragnie bowiem za wszelką cenę oderwać się od przeszłości. Oczywiście poprzez jej zafałszowanie, nie zaś uczciwe rozliczenie. Samo przeprowadzenie debaty sejmowej było więc sukcesem prawicy, a zwłaszcza Akcji Wyborczej Solidarność. Dekomunizacja oznacza nie tylko uderzenie w interesy coraz bardziej bezkarnej i aroganckiej komunistycznej nomenklatury, dla której przeprowadzka z Polski Ludowej do III Rzeczypospolitej okazała się podróżą zbyt komfortową, lecz przede wszystkim wypełnienie podstawowej zasady sprawiedliwości i odpowiedzialności. Albowiem, jak pisał zasłużony w ściganiu i stawianiu przed sądami nazistowskich zbrodniarzy Szymon Wiesenthal: "Ktoś, kto już kiedyś tak potwornie się pomylił, nie powinien znowu dążyć do objęcia kierowniczej roli politycznej, przynajmniej dlatego, że brak mu daru politycznego przewidywania" ("Prawo, nie zemsta", Warszawa 1992 r.). Słowa te dziś odnoszą się także do komunistycznych prominentów.


Więcej możesz przeczytać w 46/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0