OPOZYCJA TOTALNA

OPOZYCJA TOTALNA

Nowy cel SLD to przedterminowe wybory parlamentarne w 2000 roku
Robiłem i będę robił wszystko, by wysadzić wasz pociąg z reformą podatkową w powietrze, aby wysłać go do diabła, tam, gdzie jego miejsce - grzmiał w trakcie debaty podatkowej Maciej Manicki, poseł Sojuszu Lewicy Demokratycznej, i w rzucaniu gróźb nie był osamotniony. Wszystko wskazuje na to, że opozycja zmieniła taktykę i nie poprzestanie już na krytykowaniu maszynisty oraz kursu polskiego pociągu reform, lecz spróbuje wysadzić go z torów i doprowadzić do przedterminowych wyborów parlamentarnych.

Węgrzy za Węgrami
Na Węgrzech koalicja i opozycja potrafiły w sprawach zasadniczych dla państwa zawierać pakt o nieagresji. Gdy głosowano nad programem gospodarczym zakładającym cięcia finansowe, opozycyjna lewica zgodziła się na trudne rozwiązania. Kiedy ponowne cięcia proponowali socjaliści ? protesty opozycyjne prawicy były raczej pro forma. Od lat istnieje też niepisana zgoda w sprawie budowania pozytywnego wizerunku Węgier za granicą. Piastujący fotel premiera Victor Orban, lider prawicowej Węgierskiej Partii Obywatelskiej (dawniej Fidesz), na dialog z opozycją nie traci jednak wiele czasu. By ograniczyć dyskusje z lewicą, zaczął zwoływać posiedzenia parlamentu raz na trzy tygodnie, a nie - jak to było od 1988 r. ? co tydzień. Żelazną ręką wymusza dyscyplinę w obozie rządzącym i zwalcza wewnętrzną opozycję tworzoną przez koalicyjną populistyczną Niezależną Partię Drobnych Rolników.


Czesi przeciw Czechom
Jesienią 1992 r. parlament czeski, w którym większość miała prawica, przygotował nową konstytucję. W ramach ustępstw na rzecz opozycyjnej lewicy wpisano do ustawy zasadniczej postulat nowego podziału terytorialnego państwa i przeprowadzenia reformy samorządowej. Na tym zapisie zakończył się jednak dialog rządu Vaclava Klausa z opozycją, której przedstawicieli nie dopuszczono nawet do żadnych władz w parlamencie. Prawicowy premier nie zgodził się na reformę, mimo że konsekwencją tej decyzji było nieprzyznawanie Czechom europejskich funduszy dla regionów i utrudnienia wywołane ogromną centralizacją kraju. Rządzący obecnie krajem lewicowy gabinet mniejszościowy reformy też nie przeprowadzi, bo nie przekona do niej nieugiętej opozycji. W Czechach nie udało się nawet ustalić minimalnego porozumienia w sprawie wejścia do NATO, a teraz UE ? co utrudnia negocjacje ze wspólnotą.


Wysadzić pociąg starały się kolejne ugrupowania, które w pierwszych latach III RP, uprawiając grę opozycyjną, budowały swoją polityczną, a zwłaszcza ideologiczną tożsamość. W okresie Sejmu "kontraktowego" (1989-1991 r.) opozycja parlamentarna była de facto słaba, za to pozaparlamentarna dała znać o swojej sile w czasie kampanii prezydenckiej w 1990 r. Wtedy to głównym przeciwnikiem nie tylko rządzącej koalicji, ale całej klasy politycznej okazał się Stanisław Tymiński. W czasie pierwszej kadencji parlamentu (1991-1993 r.) Socjaldemokracja Rzeczypospolitej Polskiej zwierała swe szeregi, podając w wątpliwość zasadność przystąpienia Polski do NATO i Unii Europejskiej, a także protestując przeciw konkordatowi i dekomunizacji, Unia Pracy budowała struktury, walcząc o referendum w sprawie aborcji, zaś Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe toczyło boje m.in. o wprowadzenie religii do szkół i zakaz aborcji. Każde z tych ugrupowań miało swój jedynie słuszny projekt zmian kraju, w każdym główną rolę odgrywały zagadnienia ideologiczne, a nie gospodarcze. Ze znacznym opóźnieniem do boju o nowy ład ruszyła powstała w 1996 r. poza parlamentem drugiej kadencji (1993-1997 r.) Akcja Wyborcza Solidarność. Tworzenie akcji w opozycji do rządzącej koalicji SLD-PSL, jej krzepnięcie w walce z sejmowym projektem konstytucji, umacnianie - w podważaniu legitymacji i reprezentatywności ówczesnego parlamentu stanowiło do niedawna ostatni rozdział z dziejów polskiej totalnej opozycji. Unia Wolności, najsilniejsza wtedy partia opozycyjna w parlamencie, atakowała rządzącą koalicję SLD-PSL głównie z pozycji wolnorynkowych, koncentrując się na problemach gospodarczych. Z upływem lat cichły dysputy światopoglądowe oraz spory o model państwa i o wartości. Zaczęła się walka o sprawy przyziemne, czyli te, które faktycznie mogą przysporzyć najwięcej głosów w wyborach.

Maszynista jest ślepy i pociąg zbacza z właściwego kursu - krzyczą od przeszło dwóch lat opozycyjni parlamentarzyści z SLD i PSL, lecz dotychczas lokomotywy nie próbowali wykolejać. - SLD boi się ryzyka i dlatego nie podejmuje prób obalenia rządu. Mogłoby się bowiem okazać, że sympatie społeczeństwa się odwracają. Wolą krytykować, ale nie za mocno. Dlatego zdystansowali się od wrześniowej demonstracji OPZZ i "Samoobrony", która, jak zapowiadali organizatorzy, miała wymusić ustąpienie rządu - mówi Antoni Dudek, politolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego. - SLD jedynie demonstruje opozycyjność, tak naprawdę obecna sytuacja jest dla jego członków bardzo korzystna. Doskonale wykorzystują ją politycznie - uważa Jan Olszewski, przewodniczący opozycyjnego ROP. Liderzy SLD mają świadomość, że jeśli w następnej kadencji mają rządzić, to nie mogą storpedować reform. Jednocześnie bardziej niż przed laty zdają sobie sprawę, że muszą zajmować czytelne dla wyborców opozycyjne stanowisko. Były premier Jan Krzysztof Bielecki wspomina, jak za jego rządów krótko przed wyborami Sejm głosami koalicji i opozycji przegłosował "obcięcie" emerytur. Wtedy posłowie mieli nadzieję, że odium niezadowolenia obciąży wyłącznie konto rządu. - Dzisiejsza opozycja nie może sobie na coś takiego pozwolić, bo ludzie już wiedzą, że nie tylko rząd ponosi odpowiedzialność za ustawę, ale również Sejm, który ją przegłosuje - mówi Bielecki. Dotychczas strategia sojuszu była jasna: totalna krytyka każdego rządowego założenia, zazwyczaj nawet bez próby wskazania alternatywnych rozwiązań - ale walka toczyła się głównie przed kamerami i mikrofonami. Czy więc batalia o podatki była kolejną odsłoną zwykłej opozycyjnej gry, czy rzeczywistym zaostrzeniem kursu SLD?

Opozycja postanowiła zastosować sabotaż, wykoleić pociąg i oskarżyć maszynistę o spowodowanie katastrofy. - Politycy SLD, wykorzystując wszystkie przepisy, ale zgodnie z regułami gry parlamentarnej, dążą do przedterminowych wyborów - uważa profesor Edmund Wnuk-Lipiński z Instytutu Nauk Politycznych PAN. Takie zachowanie to już więcej niż zwykłe opozycyjne sztuczki. Zdaniem Jana Krzysztofa Bieleckiego, to postępowanie niedopuszczalne i podważające zdanie wyborców. - To tak jakby ludziom powiedzieć: źle wybraliście dwa lata temu, więc zagłosujecie jeszcze raz - uważa Bielecki. Liderzy SLD z pewnością zdają sobie sprawę, jak niebezpieczna może być gra zmierzająca do rozpisania przyspieszonych wyborów. Nie mogą jednak bagatelizować parcia partyjnych dołów nie chcących czekać na powrót do władzy, a od liderów oczekujących zdecydowanych działań. Do tego dochodzi - jak twierdzi Jan Maria Rokita, poseł AWS - "niezborność obozu rządowego i wspaniałe wyniki opozycji w sondażach opinii publicznej, które spowodowały zawrót głowy i eksplozję pychy wśród polityków SLD". - Widać, że nastąpiło rozdwojenie polityki obozu lewicy - dodaje Rokita. Prezydent Kwaśniewski rok przed walką o reelekcję nie chce zmiany politycznego układu. Znacznie bardziej komfortowa jest dla niego pozycja arbitra układającego trudne stosunki z prawicowym rządem, łagodzącego kolejne konflikty. Tylko prawicowy rząd pozwala mu nieustannie "wyrażać troskę", "zaniepokojenie" i wzywać premiera na dywanik. Dlatego jego doradca, były minister finansów Marek Belka, zapewnia, że prezydent podpisze ustawę podatkową. - Zajadłość, z jaką sojusz wystąpił przeciwko podatkom, pokazała, że kierowała nim nie tylko troska o najbiedniejszych, ale i chęć zaangażowania się w konflikt. Tymczasem prezydent jawi się na tym tle jako osoba dążąca do konsensusu i porozumienia - zauważa prof. Andrzej Rychard z Instytutu Filozofii i Socjologii PAN. Sojuszników w destabilizacji politycznego układu lewica znajduje za to w obozie rządzącym.

Część polityków koalicji uważa, że to oni powinni być maszynistami. - Opozycja wewnętrzna jest bardziej niebezpieczna od zewnętrznej - twierdzi Rokita i może być w tej sprawie ekspertem. Rząd Hanny Suchockiej, którego był jednym z czołowych ministrów, upadł właśnie na wniosek współrządzącej "Solidarności". Wówczas to opozycja tylko podniosła ręce za wnioskiem o odwołanie gabinetu i po wygranych nowych wyborach wzięła władzę na cztery lata. Taką opozycję z własnych szeregów miały też kolejne rządy SLD-PSL - wystarczy przypomnieć, ile razy Bogdan Pęk, ludowy radykał, domagał się odwołania Wiesława Kaczmarka, lewicowego "liberała" i ówczesnego ministra przekształceń własnościowych, a potem gospodarki. - Często opozycja jest wyręczana przez obóz rządzący i jedynie sekunduje, dolewa oliwy do ognia - mówi Edmund Wnuk-Lipiński. Obecna koalicja, cierpiąca na brak przywództwa i niespójna programowo, także jest narażona na wewnątrzpartyjne polityczne harce. - Działająca w AWS opozycja wewnętrzna jest bardziej zapiekła i nieprzejednana niż opozycja pozakoalicyjna - ocenia politolog Antoni Dudek. Wewnętrzne boje mogą też w końcu - zupełnie przypadkiem (jak obserwowaliśmy w 1993 r.) doprowadzić do diametralnej i nie zamierzonej przez autorów zmiany na scenie politycznej. - Demokracja już okrzepła, ale to nie oznacza, że zmiana koalicji rządzącej nie zmienia charakteru państwa, kursu polityki - ostrzega prof. Andrzej Rychard. Wyniku kolejnego parlamentarnego rozdania nie da się do końca przewidzieć, a niespodzianki, może już nie w stylu Stana Tymińskiego, ale Andrzeja Leppera, należy zawsze wliczać w koszty nagłych zmian. Politycy negujący wszystko mogą zmobilizować sporą część elektoratu, który nie bierze udziału w normalnym politycznym życiu - nie głosuje, nie protestuje, nie popiera.

Czy pociąg z reformami pojedzie? Wariant optymistyczny: prezydent powstrzyma chęć przyspieszonego powrotu SLD do władzy i namówi dawnych partyjnych kolegów, by poczekali do terminowych wyborów w 2001 r. Leszek Miller będzie zdobywał wyborców, powtarzając zgrabne slogany i głośno protestując, lecz pozwoli rządowi przeprowadzać reformy. W tym optymistycznym wariancie polem nietykalnym pozostanie polityka zagraniczna, obecność w NATO i stabilność złotówki, choć już integracja europejska na pewno stanie się przedmiotem zażartych walk. Wariant pesymistyczny: jeśli SLD, PSL i część sfrustrowanych polityków koalicji doprowadzi do przyspieszonych wyborów, zachwiany zostanie nie tylko wyborczy kalendarz, ale również - po raz kolejny - naruszony polityczny obyczaj i społeczny porządek. Wariant ostateczny: odpowiedzi na pytanie o wybór drogi udzielą politycy koalicji i opozycji podczas debaty nad budżetem, którego ewentualne nieuchwalenie spowoduje rozwiązanie parlamentu. Zdaniem prof. Wnuka-Lipińskiego, polscy politycy zrozumieli, że przebywanie w opozycji jest równie ważną funkcją polityczną jak sprawowanie rządów. Poza tym wszystkie partie zasiadające w parlamencie mają za sobą lekcję rządzenia i lekcję grzania ław opozycji. Lekcją powinna być też agresywna opozycyjność, która na razie obnażyła bezsilność sojuszu. Bomba nie wybuchła, pociąg jedzie dalej, a politycy lewicy mogą się tylko przypatrywać, jak z okien wagonów przyglądają im się posłowie zjednoczonej koalicji, a z salonki prezydenckiej Aleksander Kwaśniewski.

Okładka tygodnika WPROST: 48/1999
Więcej możesz przeczytać w 48/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0