Klub oldbojów

Klub oldbojów

Z czego żyją byli sportowcy
Hamburger smakuje jak trzy bramki strzelone w jednym meczu". Zanim Zbigniew Boniek założył własną agencję reklamową, w ten sposób przekonywał widzów do sezamowych bułek z kotletem. A inni byli sportowcy? Jerzy Kulej więcej zarabia na telewizyjnych komentarzach niż na wyciągu narciarskim w Piwnicznej. Włodzimierz Lubański handluje piłkarzami, Leszek Piasecki produkuje sztućce, Zenon Jaskuła sprzedaje kleje do kafelków, a Andrzej Grubba rakietki do ping-ponga. Także Jacek Wszoła żadnej pracy się nie boi. Po zakończeniu kariery sportowej szył plecaki, kurtki puchowe, prowadził kantor, wytwarzał kostki chodnikowe i betonowe ozdoby do ogrodów. - Dziesięć lat już nie skaczę i dotychczas najlepszy biznes w życiu zrobiłem na sporcie - mówi Wszoła.
Jak żyje się byłym polskim mistrzom? Ilu z nich zgłosi się po olimpijską rentę w wysokości średniej krajowej pensji, którą Sejm przyznał wszystkim medalistom igrzysk? Pieniądze należą się prawie 260 zawodnikom - wśród nich są renciści, którym z trudem starcza na życie, oraz ci, którym w biznesie wiedzie się nie gorzej niż na bieżni.
Wicemistrz olimpijski i mistrz świata w zapasach Andrzej Supron zbudował koło Warszawy międzynarodowy parking dla tirów - jak sam mówi - z prawdziwego zdarzenia, z restauracją i prysznicami. Za zarobione w ten sposób pieniądze otworzył swój pierwszy fitness club, trzy miesiące temu powstał drugi. Z samochodami miał mniej udaną przygodę. Jako prowadzący komis podejrzany był o handel trefnymi autami. Policja zatrzymała mistrza z fałszywymi dolarami i zarekwirowała trzy auta. - Przed paru laty miałem grupę zawodowych zapaśników, do której należał między innymi Władysław Komar. Nasze popisy przyciągnęły do poznańskiej Areny sześć tysięcy widzów, a po występach w Parku Gorkiego moskiewska prasa podała, że więcej publiczności zgromadzić mogła tylko Ałła Pugaczowa - mówi Supron. - Pięć lat temu po raz pierwszy zorganizowałem w nocnym klubie pokaz zapaśniczek walczących w oleju - znów strzał w dziesiątkę. Najnowsze wyzwania to film i telewizja. Jest miło, bo robię to, co lubię, i jeszcze mi za to płacą. Grałem w serialu "Klasa na obcasach", wystąpiłem w najnowszym filmie Bogusława Lindy "Sezon na leszcza", w programie "To było grane" jestem kapitanem jednej z drużyn.
Andrzej Grubba pozostał przy swojej dyscyplinie. Sprawił, że tenis stołowy nie kojarzy się Polakom z osiedlową świetlicą. Mieszka w Niemczech, gdzie jako zawodnik występował przez dziesięć lat i ukończył kurs trenerski. - Zarabiam nie po to, by mieć pieniądze, lecz spokój - mówi Grubba, który kupował akcje na giełdach w Nowym Jorku i Frankfurcie, kiedy w Polsce o rynku papierów wartościowych nikomu się jeszcze nie śniło. Studiował jedenaście lat, by nie iść do wojska i móc wyjeżdżać na mecze Bundesligi. Wiedział, że tuż za granicą jest szansa, bo Niemcy to pingpongowe NBA. - Właśnie przedłużyłem kontrakt z moim klubem na kolejne trzy lata. Szkolę młodszych zawo- dników, jestem łowcą talentów, współpracuję z niemieckim ośrodkiem przygotowań olimpijskich i japońską firmą Butterfly, czoło- wym producentem sprzętu. Wspólnie z Adamem Gierszem, szefem Polskiego Związku Tenisa Stołowego, reprezentujemy tę markę na polskim rynku. Co roku biorę też udział prawie w 25 meczach pokazowych. Tworzymy tenisowy dream team, który bawi widzów efektowną grą. Można z tego żyć.
- Wyczynowcy po zakończeniu kariery potrzebują "roztrenowania". Jeśli zmienią branżę z dnia na dzień, mogą się zagubić. Jeśli zerwą z ćwiczeniami, urosną im brzuchy. Między innymi dlatego, zanim założyłem pierwszy interes, przez rok byłem trenerem i jednocześnie zawodnikiem w amatorskim szwedzkim klubie - wspomina skoczek wzwyż Jacek Wszoła, aktualny rekordzista Europy w kategorii czterdziestolatków i szef firmy "sprzedającej" zdrowie mieszkańcom stolicy. Razem ze znajomym ze skoczni Ireneuszem Wesołowskim oraz piłkarzem ręcznym Stefanem Tatarkiem wybudował w Warszawie największe w kraju centrum rekreacji Gymnasion (powierzchnia 2,5 tys. m2, 120 urządzeń do ćwiczeń, 364 szafki dla gości, z których każdy za miesięczny karnet płaci w promocji 270 zł). Klienci do swojej dyspozycji mają kort do squasha, dwie sale do aerobiku, ścianę wspinaczkową, łaźnię parową, saunę, fryzjera, miniprzedszkole, bar. Sklepienia podpierają jońskie kolumny, a freski na ścianach wykonali artyści z Akademii Sztuk Pięknych.
- Ten klub to moje dziecko i marzenie - mówi Wszoła. - Wcześniej nie zawsze praca przynosiła mi zadowolenie. Produkcję sprzętu turystycznego zdławił import, kantor umarł śmiercią naturalną, a wyrobów z betonu nie lubiłem. Największą karierę finansową wśród byłych polskich sportowców zrobili dotychczas rajdowiec i tenisista. Sobiesław Zasada - trzykrotny mistrz Europy, zwycięzca 148 rajdów - założył jedno z pierwszych w kraju przedsiębiorstw polonijnych. W latach 90. został przedstawicielem Mercedesa, prowadził spółki produkcyjne, handlowe, usługowe, transportowe - wszystkie pod wspólnym szyldem. Inną drogę wybrał tenisista Wojciech Fibak. Zrezygnował z wydawania prasy - sprzedał swoje udziały w mediach, choć jeszcze trzy lata temu firmy, którymi kierował, zatrudniały w Polsce 300 osób. W biznesie wybrał całkowitą wolność. - Nie interesują mnie spółki, posiedzenia zarządów, układy, wypłacanie pracownikom pensji - mówi Fibak. - Wolę działać na własną rękę i za wszystko samemu odpowiadać. Jestem niezależnym inwestorem, doradcą wielkich firm, którego największym atutem są kontakty na całym świecie. Już pod koniec lat 70. Fibak wyjeżdżał na wakacje w najmodniejsze miejsca na świecie, w jednym sezonie tylko na korcie potrafił zarobić pół miliona dolarów. Kupował nieruchomości w Nowym Jorku i Paryżu, działał na rynkach finansowych, zaczynał kolekcjonować obrazy. Dzieła polskich mistrzów kupował z zamiłowania, zagranicznych - z myślą o handlu. O jego majątku mówi się, że są to pieniądze "starego portfela". O nim samym, że przetarł szlaki polskim przedsiębiorcom. Zasada i Fibak grają w ekstraklasie, ale prawdziwe życie toczy się w drugiej lidze. Robert Gadocha po zakończeniu kariery piłkarskiej w Stanach Zjednoczonych przez kilka lat był grającym trenerem w amatorskich klubach. Dziś organizuje zajęcia sportowe dla pilotów, kontrolerów ruchu lotniczego, mechaników i pracowników lotnisk. Pilnuje, by towarzystwo nie zesztywniało. - Po zakończeniu kariery miałem mieszkanie i volkswagena passata kupionego dzięki sukcesom w drużynie Kazimierza Górskiego - wspomina Jan Tomaszewski, człowiek, który zatrzymał Anglię, dziś - dziennikarz i komentator sportowy żyjący trochę z dawnej popularności, trochę z ciętego dowcipu. O polskiej reprezentacji mówi: "Boska drużyna. Jeden Bóg wie, jak zagra". Stare władze PZPN nazywał Dziurolandem, a stronników poprzedniego prezesa - dziuroludkami. - Po kilku sukcesach na boisku angielski Tottenham oferował za mnie równowartość miliona dolarów, ale ówczesne władze zabraniały wyjazdów. Mogłem uciec, ale to nie leży w mojej naturze. Po zakończeniu kariery zrobiłem dyplom na wydziale trenerskim, pracowałem w łódzkich klubach, zarabiając na codzienne wydatki. Dziś piszę felietony, komentuję mecze dla cyfrowej stacji telewizyjnej, co tydzień odwiedzam studio w Londynie. Włodzimierz Lubański został w Belgii. Przez dwa lata prowadził kawiarnię w Lokeren. - To był niewypał, staliśmy się z żoną niewolnikami własnego biznesu - wspomina. Później ukończył szkołę trenerską działającą przy belgijskiej federacji piłkarskiej, ale sukcesów w tym zawodzie nie odniósł. - To nerwowe i niepewne zajęcie, a na dodatek posadę w AC Milan lub Barcelonie dostają tylko nieliczni - mówi Lubański. - Dlatego wybrałem pracę me- nedżera. Można powiedzieć, że prowadzę małą prywa- tną hurtownię zawodników. Opiekuję się dwudziestoma piłkarzami, dbam o ich interesy, załatwiam nowe kontrakty, negocjuję z szefami klubów. Większość piłkarzy w mojej grupie to Polacy, ale są też Belgowie, niezły Brazylijczyk, Holender, Ukrainiec i Rosjanin. Moje honorarium ustalamy indywidualnie - przeważnie jest to 10 proc. od wywalczonych stawek. Pływak Artur Wojdat mieszka w Chicago. Po zakończeniu kariery pracował jako programista w firmie komputerowej, teraz ze wspólnikiem uruchamia własne przedsiębiorstwo zajmujące się sprzedażą komputerów i oprogramowania oraz reklamą w Internecie. Grzegorz Filipowski został w Toronto, gdzie nadal występuje w rewiach łyżwiarskich. Erwina Ryś-Ferens, polska gwiazda łyżwiarstwa szybkiego, przez pół roku uczyła dzieci jazdy na wrotkach, teraz zakotwiczyła w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego. Marian Woronin, który pierwszy w Polsce przebiegł 100 m w czasie krótszym niż 10 sekund (rekordu ostatecznie nie uznano po dokładnej analizie klatki fotofiniszu), kieruje dwiema firmami organizującymi masowe imprezy sportowe. Irena Szewińska, jedyny przedstawiciel Polski w Międzynarodowym Komitecie Olimpijskim, w gronie sportowych dygnitarzy czuje się jak ryba w wodzie. Zofia Bielczyk, rekordzistka świata w biegu na 60 m przez płotki, prowadzi fitness club. Bogusław Mamiński, były wicemistrz świata na 3000 m z przeszkodami, ma w Międzyzdrojach hotel ze sportowym zapleczem, z którego korzystają wczasowicze i sportowcy, m.in. Lidia Chojecka (biegi na 1500 m) i Małgorzata Sobańska (maraton). Świetnie radzą sobie kolarze. Potrafią wykorzystać kontakty, jakie nawiązali podczas startów. Ryszard Szurkowski, mistrz świata i wicemistrz olimpijski (za zwycięstwo w Wyścigu Pokoju przed trzydziestu laty dostał cztery średnie pensje krajowe), dziś prowadzi specjalistyczny sklep dla tych - jak mówi - którzy znają się na rowerach, a nie dla tych, co chcą mieć rower. Zenon Jaskuła (przejechał prawie pół miliona kilometrów) zatrudnia 28 osób, sprzedaje produkty chemii budowlanej (ma w ofercie 150 artykułów). Na pierwszy transport towaru do Polski wydał 100 tys. USD. - Stałem się pracoholikiem. Nasze produkty są dziś obecne na każdej budowie w Warszawie. O kolarstwie i rowerze nie mam czasu nawet pomyśleć - mówi bez żalu. Leszek Piasecki, były szosowy mistrz świata, stworzył polsko-włoską spółkę produkującą sztućce i ekspresy do kawy. Zaczynał w 1991 r., dziś zatrudnia 240 osób i jest drugim producentem sztućców w kraju. Czesław Lang (pierwszy polski kolarz, który zdecydował się na podpisanie zawodowego kontraktu) zrezygnował z handlu rowerami i prowadzenia restauracji w Teatrze Wielkim w Warszawie. Założył salon kosmetyczny, reprezentuje włoską firmę produkującą blachy powlekane plastikiem, ale o kolarstwie nie zapomniał. Z upadającego wyścigu Tour de Pologne stworzył marketingową machinę. Czy na późniejsze życie sportowców i ich status materialny ma jakiś wpływ dyscyplina, jaką uprawiają? Zbigniew Pietrzykowski (były bokser i poseł, obecnie członek zarządu fundacji Gloria Victis) uważa, że większe znaczenie mają cechy charakteru i środowisko, z jakiego zawodnik się wywodzi. Pietrzykowski, czterokrotny mistrz Europy i wicemistrz olimpijski, jako jeden z pierwszych "przeszedł" ze sportu do biznesu. Miał kawiarnię w Bielsku-Białej i naprawiał kominy. Dziś przyznaje, że pięściarzom często trudno znaleźć sobie miejsce po zakończeniu kariery. Jerzy Kulej szukał go kilkanaście lat. - Walcząc dość często, zarabiałem, odnosiłem sukcesy i miałem etat w milicji. Po zerwaniu z wyczynowym sportem założyłem z żoną lokal gastronomiczny "Ring" na rogu Piwnej i Piekarskiej w Warszawie. Wpakowałem w niego wszystkie oszczędności, pamiątki, medale, biżuterię. To był niemal gwóźdź do trumny - mówi Kulej. - "Ring" działał półtora roku. Wszystko straciłem po zmianie właściciela lokalu. Później było coraz gorzej. Zabrali auto, etat w milicji, zaplombowali lodówkę. Przyszedł kryzys, rozpad rodziny, wrócili starzy kumple i alkohol. Chciałem się ulotnić. Dryfowałem przez ładnych kilka lat. W Polsce pracowałem dorywczo za grosze, lepiej wiodło się na budowach w Hamburgu i Londynie. Tam poznałem boks zawodowy. Zarobione pieniądze zainwestowałem w galę bokserską z udziałem Przemysława Salety. Był 1991 r., straciłem 15 tys. dolarów. Dziś dwukrotny mistrz olimpijski ma się lepiej. Jest wiceprezesem Związku Boksu Zawodowego w Polsce, komentuje walki w komercyjnej stacji telewizyjnej (za dzień pobytu w londyńskim studiu otrzymuje 100 funtów). - Z inicjatywy prezydenta Kwaśniewskiego uznano w końcu, że należy mi się milicyjna renta. Jako dowódca plutonu w stopniu kapitana dostaję dziś 11 mln starych złotych na rączkę - zdradza Kulej.
Okładka tygodnika WPROST: 48/1999
Więcej możesz przeczytać w 48/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0