Duma prezydenta

Duma prezydenta

Ile znaczy władza rosyjskiego parlamentu
Telekiller" kosztuje 150 tys. dolarów tygodniowo. Jest mężczyzną koło czterdziestki. Na ekranach pojawia się raz w tygodniu. Rzuca oskarżenia, zwykle bez udokumentowania, wyszukuje fizyczne defekty przeciwnika, wyszydza wiek, choroby. Robi to inteligentnie, z wdziękiem i niezwykle skutecznie. Do końca kampanii wyborczej, tej ważniejszej - prezydenckiej, ma rzekomo zarobić 5 mln USD. "Telekiller" to Siergiej Dorienko, najbardziej skandalizujący z grona rosyjskich telewizyjnych komentatorów politycznych.
W roli płatnika występuje finansowy magnat Borys Bieriezowski. Człowiek, który kontroluje telewizję ORT, kanał o największym w Rosji zasięgu i największej oglądalności. Zadanie Dorienki i jemu podobnych na innych kanałach podporządkowanych ludziom Kremla, czyli tzw. rodzinie, polegało na unicestwieniu najniebezpieczniejszego dla klanu rządzącego Rosją ruchu politycznego o nazwie Ojczyzna-Cała Rosja. Dorienko zadanie wypełnił. Od chwili, kiedy przystąpił do dzieła, notowania OCR zaczęły systematycznie spadać. Dwaj przywódcy bloku, były premier Jewgienij Primakow i burmistrz Moskwy Jurij Łużkow, bezsilnie obserwowali, jak tracą popularność, a zarazem obiecywaną przez pierwsze przedwyborcze sondaże parlamentarną większość. Nie wiadomo, ile naprawdę Bieriezowski obiecał zapłacić Dorience. Pewne jest tylko, że jeśli w czerwcu przyszłego roku wybory wygra człowiek "klanu", a jeżeli nic się nie zmieni, będzie nim Władimir Putin, to Dorience nigdy już nie będzie groziła bieda.
Duma nie ma większego wpływu na rządzenie państwem. Władzę sprawuje prezydent. On mianuje premiera, czyli faktycznie tworzy rząd i może rozwiązać parlament. Ale nie zawsze. Duma pozostaje nietykalna w pierwszym roku po wyborach. Wtedy prezydent może być bezsilny wobec działań parlamentarnej większości. Oczywiście Duma nie może szefa państwa odsunąć od władzy, ale jest w stanie prowadzić politykę dyskredytującą jego samego i jego politycznych sojuszników. Niższa izba parlamentu może uchwalić wotum nieufności dla rządu. A to nie jest potrzebne ani Borysowi Jelcynowi, ani też namaszczonemu przez niego oficjalnie na "carstwo" Władimirowi Putinowi.
Na Kremlu wiedzą, czym może się skończyć bunt parlamentu. Jelcyn pamięta chwile upokorzeń w październiku 1993. Musiał wtedy prosić ministra obrony o przysłanie kilku czołgów, które przechyliłyby na jego korzyść szalę zwycięstwa w starciu z Radą Najwyższą. Wkrótce potem przyjęto nową konstytucję. Rosja stała się republiką prezydencką z wielce okrojonymi prerogatywami władzy ustawodawczej. Ale to nie znaczy, że Duma nie może pokrzyżować prezydentowi szyków. To właśnie dlatego kremlowscy stratedzy przywiązywali tak wielką wagę do wyników wyborów do niższej izby parlamentu. Wyborcze technologie służyły jednemu celowi - neutralizacji tych ugrupowań, których liderzy mają szanse na sukces w wyborach prezydenckich. Głównym przeciwnikiem Kremla stał się więc blok popularnego Jewgienija Primakowa OCR. Komuniści natomiast już od dawna pełnią raczej funkcję straszaka niż siły politycznej. "To taka kieszonkowa opozycja" - mówią na Kremlu. Zresztą sama nazwa partii, nosząca w sobie określenie "komunistyczna", niewiele ma już wspólnego z historycznymi i ideologicznymi odnośnikami. Współcześni rosyjscy komuniści nie negują prywatnej własności, nie chcą wprowadzać monopolu państwa na handel zagraniczny i nie domagają się wykluczenia z obiegu dolara.
Koniec stulecia zaciera w Rosji różnice pomiędzy partiami reprezentującymi przeciwne bieguny polityki. U komunistów można znaleźć elementy programów liberalnych, liberałowie nie odżegnują się od rozmów z komunistami. Pod koniec wieku w Rosji ginie już chyba podział zrodzony jeszcze w 1917 r. - na "białych" i "czerwonych". Na jego miejscu rysuje się cywilizowana konfiguracja politycznej sceny z prawicą, centrum i lewicą, właściwa dla demokratycznego świata. Ruch Łużkowa i Primakowa będzie w nowej Dumie najprawdopodobniej współdziałał z komunistami Ziuganowa. Stworzą wspólny front do walki z politycznym przeciwnikiem, a więc partiami sprzyjającymi kremlowskiemu kandydatowi na prezydenta - premierowi Putinowi. Po drugiej stronie jest "Niedźwiedź", czyli ugrupowanie ministra do spraw sytuacji nadzwyczajnych Siergieja Szojgu, noszące oficjalną nazwę Jedność, a także Sojusz Prawicy i frakcja Żyrinowskiego. Problem Rosji jest dzisiaj taki sam jak dwieście lat temu - "samodzierżawie". Polega on na tym, że krajem rządzi w sposób absolutny jeden człowiek i zachowanie jego władzy staje się głównym celem, któremu podporządkowane są nawet interesy państwa. Przy obecnej konstytucji demokracja stała się w Rosji czymś wielce umownym. "Obecną władzę trzeba zmienić. Społeczeństwo utraciło nad nią wszelkie panowanie. Ta władza jak wściekły pies wyzwoliła się spod kontroli. Jest nawet gorzej niż w czasach radzieckich, bo wtedy można się było przynajmniej poskarżyć w komitecie partyjnym" - były sekretarz generalny KPZR Michaił Gorbaczow idealizuje minioną epokę, ale opinia ta nie kłóci z trafną oceną obecnej. Jeśli Rosja chce przetrwać w kształcie obecnej federacji, musi zbudować nową ideologię władzy. "To my jesteśmy partią przyszłości" - mówi Anatolij Czubajs, główny ideolog Sojuszu Prawicy. Dla Czubajsa komuniści personifikują władzę minioną, OCR i Jedność to z kolei dwa bieguny władzy obecnej. Liberałowie skupieni wokół Grigorija Jawlińskiego, czyli Jabłoko, tworzą natomiast - zdaniem Czubajsa - polityczną konstrukcję nie nadającą się do sprawowania władzy: "Oni pełnią inną ważną funkcję. Obserwują działania władzy i pokazują, co jest słuszne, a co błędne". Sojusz Prawicy zrzesza młodych, prężnych i z reguły świetnie wykształconych polityków. Oni najgłośniej popierają Władimira Putina, który daje im gwarancje udziału we władzy. Nowy szef państwa będzie potrzebował Czubajsa, Kirijenki i jemu podobnych, by postawić państwo na nogi, a zarówno dawna komunistyczna, jak i jelcynowska nomenklatura okazały się do tego niezdolne. Do wyborów prezydenckich pozostało jeszcze pół roku. Władimira Putina czeka jeszcze ostateczne rozwiązanie problemu czeczeńskiego i udowodnienie najsłabszym ekonomicznie warstwom społecznym, że jest w stanie skutecznie radzić sobie również z problemami gospodarczymi. Ale nawet gdyby spotkały go jakieś niepowodzenia, Putin straci niewiele. Wszystko wskazuje na to, że ludzie skupieni wokół Kremla i władzy wykonawczej swojego wyboru już dokonali. Zmęczeni niestabilnością czasów Jelcyna i zmiennością, a zatem niezdecydowaniem prezydenta, postawili na premiera. "Cały aparat kremlowski przestraja się pod Putina - mówią ludzie znający panujące na szczycie władzy obyczaje. - Nawet gdyby sam Jelcyn chciał go wysadzić z siodła, czyli odwołać ze stanowiska premiera, kraj może się nigdy nie dowiedzieć, że był taki dekret prezydenta".


Więcej możesz przeczytać w 52/1999 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0