Wyścig z czasem

Wyścig z czasem

Wojna o podatki, czyli o przetrwanie Sejmu, trwa


Co jest podmiotem, a co przedmiotem opodatkowania? Czym różni się zwrot "produkcja roślinna i zwierzęca" od zwrotu "produkcja roślinna lub zwierzęca"? No i kolejna, jakże fundamentalna dla ekonomicznych interesów państwa kwestia: czy nie należy wprowadzić rozróżnienia pomiędzy zwierzętami hodowanymi po to, aby je zjeść, a zwierzętami, które są karmione po to, by je obedrzeć z futra? Takie oto kwestie wyraźnie nurtowały i niepokoiły Macieja Manickiego, posła SLD, który dzielił się nimi z posłami z sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Wyraźnie poirytowany Henryk Goryszewski, przewodniczący komisji, wybuchnął: "Nie zajmujemy się losem zwierząt, tylko kieszenią ich hodowców". Jednak 600 wątpliwości zgłoszonych przez posła sojuszu mogło doprowadzić do storpedowania poselskiego projektu ustawy mającej umożliwić wprowadzenie nowych podatków. Wielce wątpliwe, aby poseł Manicki sam zdołał skonstruować setki antyustawowych blokad. Prawdopodobnie stał za nim sztab SLD-owskich fachowców. Ale też w miniony poniedziałek wieczorem obradujący w komisji posłowie SLD musieli, choć pewnie nie chcieli, głosować - wraz z deputowanymi koalicji - za unicestwieniem wysiłku, który firmował Manicki. Wojna o podatki, czyli o budżet, czyli o koalicję, czyli o przetrwanie Sejmu do końca kadencji, trwa.
- Komisja nie jest supermarketem, żeby pracować w niedzielę - drwił w ubiegłym tygodniu Marek Wagner, poseł SLD. Jednak członkowie Komisji Finansów Publicznych zaakceptowali propozycję jej przewodniczącego, aby pracować zarówno w sobotę, jak i niedzielę. Toteż w niedzielę nie próżnował również Leszek Miller, partyjny przywódca Manickiego i Wagnera. Publicznie przyznał, że opozycja zrobi wszystko, aby nie dopuścić do uchwalenia ustaw podatkowych. Innymi słowy - nie chodzi o poprawianie. Chodzi o to, aby nie było czego poprawiać.
Z niedzieli na poniedziałek aż do rana w koalicji trwały gorączkowe narady i spory o to, jak uruchomić zablokowany przez SLD mechanizm wprowadzania nowych podatków. W poniedziałek wieczorem okazało się, że kto procedurą wojuje, ten od procedury może polec. Stanisław Kracik, poseł UW, zgłosił wniosek o odrzucenie poselskiego projektu nowelizacji ustawy podatkowej - czyli odrzucenie tego, co zaproponowała koalicja. Cóż mogła uczynić opozycja, jeśli nie przyłączyć się do wniosku posła Kracika? Wniosek przeszedł, a 600 poprawek Manickiego odpadło. Dalszy plan koalicji zakładał, że we wtorek Sejm - głosami koalicji - odrzuci stanowisko komisji, co na powrót pozwoli reanimować poselski projekt ustawy. Równocześnie z powodów proceduralnych możliwość powtórnego zgłoszenia setek poprawek może zostać ograniczona. Tak oto demokracja pokazuje swój urok - można głosować przeciw własnym propozycjom i w ten sposób spowodować, że zostaną one przyjęte. Pod warunkiem, że zachowa się orientację, po co i w jakiej sprawie się głosuje. A z tym ostatnio u posłów koalicji nie było najlepiej.


Demokracja pokazuje swój urok - można głosować przeciw własnym propozycjom i w ten sposób spowodować, że zostaną one przyjęte

Nie tylko zachowanie opozycji przyczyniło się do ewentualnego niepowodzenia reformy podatkowej. Najpierw brak kworum, potem mgła nad Wrocławiem i Gdańskiem, uniemożliwiająca przylot dolnośląskich posłów, skutecznie zahamowały prace nad projektami. Henryk Goryszewski, przewodniczący sejmowej Komisji Finansów Publicznych, który jeszcze w sobotę przekonywał dziennikarzy słowami: "Niech żywi nie tracą nadziei", w poniedziałek rano w Radiu Zet nie chciał wyraźnie stwierdzić, czy on sam popiera proponowaną reformę podatków. To tak się "nie traci nadziei"? Tymczasem Manicki walczył. Już w niedzielę było oczywiste, że gra na czas może przynieść korzyści. Gdyby Sejm pracował przez 12 godzin dziennie, to na każdą poprawkę mógłby przeznaczyć mniej niż trzy minuty. Gwoli sprawiedliwości - nie wszystkie poprawki posła SLD dotyczyły spójników, przecinków i synonimów. Jego doradcy znaleźli kilka rzeczywistych sprzeczności i luk. Gdyby jednak dyskusja skoncentrowała się tylko na tych kilku istotnych sprawach, problem wyścigu z czasem by nie istniał. Przedłużające się prace nad ustawami podatkowymi powodują, że coraz realniejszy jest czarny scenariusz. Oto on: Sejm nie uchwali nowego prawa podatkowego; Leszek Balcerowicz, wicepremier i minister finansów, poda się do dymisji, a Unia Wolności opuści koalicję; w rezultacie konieczne będą przedterminowe wybory parlamentarne. Czy taki scenariusz jest możliwy? Jeszcze w ostatni piątek wydawało się, że nie, ale kiedy w niedzielę posłowie przedyskutowali zaledwie 6 z 54 artykułów ustawy o podatku dochodowym od osób prywatnych, pesymizm wzrósł. Oczywiście, pesymizm posłów koalicji. Teraz znów wszystko zależy od zgodnego stanowiska polityków AWS i UW. Alicja Grześkowiak, marszałek Senatu, deklaruje, że wyższa izba parlamentu potrzebuje tygodnia na przeanalizowanie projektów ustaw. Ile czasu potrzebuje prezydent? Zgodnie z konstytucją, ma na to 21 dni, jednak prof. Marek Belka, szef zespołu doradców prezydenta, przekonuje, że Aleksandrowi Kwaśniewskiemu potrzeba tylko kilku niezbędnych informacji dotyczących przejrzystości finansów państwa, aby podpisać ustawę.
- Nie będzie żadnego czarnego scenariusza. Balcerowicz szantażuje, że odejdzie z rządu i gospodarka na tym straci. Między "pierwszym" i "drugim" Balcerowiczem było ośmiu ministrów finansów. I gospodarka się nie rozpadła. Tak będzie i teraz. Jestem poza tym pewien, że wicepremier powie, że nie może zostawić gospodarki bez opieki - twierdzi Marek Wagner, poseł SLD. - Kilka dni temu byłam w Irlandii. Nie pytano mnie wówczas o podatki, tylko o to, czy wicepremier Balcerowicz pozostanie w rządzie - podkreśla tymczasem Henryka Bochniarz, prezes Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych. Warto też przypomnieć, że na przełomie października i listopada w wyniku nerwowej reakcji zachodniego kapitału na możliwość złożenia dymisji przez ministra finansów nastąpił gwałtowny spadek notowań złotego. Na notowania naszej waluty może ten wpłynąć obecny podatkowy pat. Posłowie stosunkowo szybko osiągnęli kompromis w sprawie podatku od osób prawnych (CIT). W przyszłym roku przedsiębiorstwa zapłacą podatek w wysokości 30 proc., a w 2004 r. - 22 proc. Dzięki temu Polska dołączy w Europie do grona państw o najniższych obciążeniach fiskalnych firm. W 1998 r. podatek CIT płaciło ok. 126 tys. przedsiębiorstw (w Polsce jest ponad 2 mln firm), największych pracodawców. Ciężary podatkowe, jakie nakłada na nie państwo, mają istotne znaczenie dla tworzenia nowych miejsc pracy. Niewiele ponad 22 tys. przedsiębiorstw płacących podatek dochodowy zatrudniało w ubiegłym roku ponad 4,3 mln pracowników.
Znacznie więcej kontrowersji wywołują stawki podatku od osób fizycznych oraz zakres likwidacji ulg. Posłowie proponują wprowadzenie w przyszłym roku trzech stawek podatkowych (19 proc., 29 proc., 36 proc.) i dopiero dwa lata później - stawek zaproponowanych przez wicepremiera Balcerowicza (18 proc. i 28 proc.). Z szacunków Ministerstwa Finansów wynika, że likwidacja większości ulg podatkowych nie zrekompensuje strat budżetu z tytułu ulgi prorodzinnej. Ulga ta będzie kosztowała prawie 1,35 mld zł. Z prognozy Ministerstwa Finansów wynika też, że nowy system podatkowy przyniesie korzyści budżetowe dopiero w 2001 r., kiedy państwowa kasa zarobi 838 mln zł. Dane o ubiegłorocznych podatkach zaprzeczają tezie głoszonej przez opozycję, że reforma podatkowa - obniżenie najwyższej stawki i likwidacja ulg - jest korzystna dla najbogatszych. Właśnie najbogatsi w największym stopniu korzystali z ulg podatkowych; ich likwidacja spowoduje, że wzrosną rzeczywiste obciążenia podatkowe w tej grupie. Lewica o tym wie, ale jak zwykle głosi coś innego.

Okładka tygodnika WPROST: 47/1999
Więcej możesz przeczytać w 47/1999 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0