Kierunek Berlin

Kierunek Berlin

Trzyipółmilionowy Berlin nie dorósł jeszcze do miana stolicy zjednoczonej Europy
Dziesięć lat po zjednoczeniu Berlin jest czymś więcej niż tylko największym placem budowy w Europie. Jest tyglem narodowej integracji. Mieszkańcom nie wystarcza miano stolicy wielkich zjednoczonych Niemiec, chcieliby, by ich miasto uchodziło za stolicę całej zjednoczonej Europy - do tego jednak jeszcze daleko.

Przeniesienie rządu i parlamentu nad Szprewę stanowi cezurę w dziejach Niemiec, jeżeli nie całej Europy. Odbudowa Reichstagu, siedziby Bundestagu, była gorąco komentowana na całym świecie. Krytycy straszyli upiorami przeszłości, zwolennicy akcentowali zmianę wizerunku - nie tylko tego gmachu. Powojenne pokolenia kojarzyły jego fasadę przede wszystkim z zatknięciem radzieckiej flagi nad ruinami Berlina i klęską hitleryzmu. Dopiero brytyjski architekt sir Norman Foster zdołał to zmienić. Dziś Reichstag jest największą atrakcją turystyczną miasta. Z jego szklanej kopuły roztacza się widok na najeżoną dźwigami stolicę, którą kanclerz Helmut Kohl zamierzał uczynić trzecim po Waszyngtonie i Moskwie centrum polityki światowej, a jego następca Gerhard Schröder obiecał "powrót do złotych lat dwudziestych", gdy miasto było jedną z najatrakcyjniejszych metropolii. Tylko czy atrakcyjność można zadekretować?
Okazuje się, że czasem łatwiej jest przebudować całe miasto, niż pozbyć się demonów przeszłości. Jedna z pierwszych uchwał Bundestagu w Reichstagu dotyczyła pomnika ofiar Holocaustu. Jego ideę zgłoszono w 1988 r., ale trzeba było serii demonstracji i napadów na cudzoziemców, żeby Helmut Kohl w 1993 r. postanowił pokazać światu, że Niemcy rządzone z Berlina nie zapomną o nazistowskich wynaturzeniach. Zgodnie z projektem nowojorczyka Petera Eisenmana, między Reichstagiem i Potsdamer Platz stanie 2700 obelisków przypominających kamienie nagrobne. Dziennik "Bonner Rundschau" obawia się, że będzie je musiał chronić kordon żołnierzy. Po ostatnich ekscesach przewodniczący Centralnej Rady Żydów Paul Spiegel ostrzegł, że jeśli agresja neonazistów się utrzyma, będzie namawiał członków swojej gminy do emigracji. Przed wojną w Berlinie żyło 170 tys. Żydów, dziś mieszka ich tam niespełna pięć tysięcy. Mają do dyspozycji aż trzy górujące nad miastem synagogi przy Oranienburger Straße, ale - jak twierdzą - dla nich historia niemieckiego antysemityzmu skończy się, gdy sprzed świątyni znikną policjanci.
To nie jest jedyny element berlińskiego pejzażu wyraźnie sprzeczny z wizerunkiem tolerancyjnej Europy. Wśród 3,4 mln mieszkańców miasta obcy paszport ma co siódma osoba. Największą grupę narodowościową stanowią Turcy (132 tys.), skupieni w dzielnicy Kreuzberg. Codziennie rano w stolicy otwieranych jest ponad pięć tysięcy tureckich sklepów i obiektów gastronomicznych. "Mamy swoje gazety, telewizję" - mówi Sahinder Öztek. W jego imbisie rozlega się muzyka miejscowej tureckojęzycznej rozgłośni Metropol FM. Coraz większej grupie Niemców zaczyna to przeszkadzać.
Wielomilionowe inwestycje miały zniwelować architektoniczny rozdźwięk między wschodnią a zachodnią częścią miasta, ale nie do końca się to udało. Gdy jesienią ubiegłego roku obchodzono rocznicę zburzenia muru, na wielkopłytowym budynku przy Alexander-Platz pojawił się wymowny transparent: "Byliśmy narodem", który miał zwrócić uwagę na frustrację Ossis, czujących się jak społeczeństwo drugiej klasy.
Podczas ostatniej wizyty w Niemczech Bill Clinton poprosił kanclerza, by pokazał mu pohoneckerowską część miasta. Gerhard Schröder zawiózł go do restauracji Gugelhof w dzielnicy Prenzlauer Berg. Po wyjeździe prezydenta USA do Gugelhofu ruszyła nawałnica turystów, pragnących skosztować podanego mu strudla z kwaśną kapustą i szparagów z mięsem. Jakież było ich zdziwienie, gdy zobaczyli przeciętną knajpę, obskurne domy z odpadającym tynkiem i bazgrołami sprayowców, wyboiste ulice i chodniki z psimi ekskrementami.
Na remonty wschodniej części miasta wydaje się w przeliczeniu na mieszkańca ponad połowę pieniędzy więcej niż w byłym Berlinie Zachodnim. Ponieważ jednak na dwa miliony stołecznych mieszkań większość stanowią lokale czynszowe, "front robót" zapewniony jest na długie lata. Sporo wody upłynie w Szprewie, zanim w scalanej stolicy znikną ostatnie ślady politycznego i materialnego ubóstwa, jak slumsy barakowozów nieopodal ul. Am Friedrichshain. Nie wynika to jednak z powolności działań, lecz ogromu zadań do wykonania. O remontowo-budowlanym rozmachu i pośpiechu świadczy fakt, że zapomniano nawet o zachowaniu dla potomnych kilku pamiątek z niemieckoniemieckiej granicy. Fragment pasa śmierci przy Bernauer Straße w Berlinie-Weddingu trzeba było zrekonstruować, tak samo jak część East-Side-Gallery z graffiti przedstawiającym pocałunek Breżniewa i Honeckera oraz trabanta, symbol triumfu enerdowskiej myśli technicznej nad zdrowym rozsądkiem. Miejsca te są magnesem dla zagranicznych wycieczek.
Nowy Berlin, aspirujący do roli europejskiego centrum, zaczyna się na śródmiejskim Potsdamer Platz, w pobliżu Bramy Brandenburskiej, gdzie nic już nie przypomina minionej epoki. Kanclerz Schröder otworzył tu szklano-aluminiowy kompleks sklepów, restauracji, kin i biur renomowanych firm. Obok siedziby koncernu Daimler-Benz, zaprojektowanej przez znanego architekta Renzo Piano, stanęła imponująca eurocentrala Sony. Ruchomy dach, iluminacja świetlna, ciągi wodne... - ten świat, którego twórcą jest Helmut Jahn, przyciągnął już rzesze turystów. Podobne centra powstają w innych kwartałach miasta. Nad zabudową pracuje 160 zagranicznych i niemieckich projektantów. Mimo dużej podaży powierzchni biurowej (prawie 9 proc. czeka na zagospodarowanie) cena wynajmu metra kwadratowego ciągle rośnie. Ale w porównaniu z innymi stolicami nadal jest znacznie niższa, co przyciąga inwestorów, zakładających tu bazy wypadowe na wschodnie rynki. Od 1990 r. przybyło w mieście pół tysiąca takich firm. To one właśnie mogą sprawić, że Berlin stanie się centrum Europy Środkowej. Wcześniej musi się jednak zmierzyć z Wiedniem.
Gwałtowny wzrost liczby gości odwiedzających miasto wymaga szybkiego rozwoju sieci hotelowej. W minionym półroczu w Berlinie zapłacono za 5,5 mln noclegów, co plasuje go na czwartym miejscu w Europie. Wkrótce oferta hotelowa stolicy poszerzy się o ekskluzywne obiekty w eksponowanych punktach miasta: Ritz Carlton, Swissotel, Domaquaree i Raffles. Tylko drogą lotniczą przybędzie w tym roku do Berlina 20 mln gości z kraju i zagranicy. Aby usprawnić komunikację, zaczęto modernizację i rozbudowę lotnisk, dworców i dróg szybkiego ruchu. Rząd federalny i senat Berlina dokładają starań, by przyspieszyć międzynarodowy awans nadszprewskiej metropolii.
W latach 20. Berlin był bez wątpienia najważniejszym ośrodkiem naukowym i kulturalnym Niemiec. Ukazywało się w nim 149 gazet, a w 1931 r. odbyła się tu światowa premiera telewizji. Tu pracowali najwybitniejsi naukowcy i twórcy kultury: Albert Einstein, Bertolt Brecht, Carl von Ossietzky czy Arnold Zweig. Dziś działają w Berlinie trzy uniwersytety, piętnaście szkół wyższych i 220 instytutów naukowych, a na jego ofertę kulturalną składają się programy trzech oper, 70 muzeów, 120 kin, 150 teatrów i 200 galerii. Volker Hassemer, przewodniczący zarządu Towarzystwa Promocji Stolicy, już teraz nazywa miasto kulturalną metropolią. Za granicą wysiłki polityczne i organizacyjne Niemców nie znalazły jednak powszechnego uznania. Przeciwnie, dziennik "The Times" nazwał Berlin "bańką mydlaną" i "martwym płodem bez oblicza". Według oceny Rogera Boyesa, aspiracje dorównania Nowemu Jorkowi, Paryżowi i Londynowi Niemcy mogą włożyć między bajki. Anglicy z ironią wypowiadają się o "bezsensownych i cyrkowych imprezach" (jak zorganizowana przez rząd międzynarodowa konferencja o współczesnych formach władzy), "publicznych pieszczotach pedałów i lesbijek" (Christopher Street Day) czy wyścigach słoni.
Komentarz londyńskiego dziennika wywołał niewybredne ataki lokalnych patriotów na Wielką Brytanię i... królową. Nie zmienia to faktu, że Berlin rzeczywiście nie ma charakteru i trudno przewidzieć, jaki obraz wyłoni się z mariażu zimnej, ciężkiej i pompatycznej pruskiej architektury z prostotą i lekkością nowej zabudowy. Prawdą jest też, że na razie głównymi atrakcjami stolicy są happeningi i masowe techno-party, a Berliński Festiwal Filmowy z samozwańczym europejskim Oscarem nie może przesłonić renomy Cannes. Idąc Strasse des 17 Juni w kierunku Bramy Brandenburskiej, można zobaczyć czołgi na postumentach, prostytutki, nowe siedziby dyplomatów, odmłodzony parlament, plac, na którym stanie pomnik Holocaustu, i rosyjskiego grajka żebraka na schodach Reichstagu. Charakter Berlina na razie określa przede wszystkim historia. Na zrealizowanie marzeń dwóch kanclerzy zjednoczonych Niemiec o europejskiej wielkości miasto nad Szprewą musi dopiero zapracować. 

Okładka tygodnika WPROST: 36/2000
Więcej możesz przeczytać w 36/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0