Wolność na smyczy

Wolność na smyczy

Jerzy Stuhr wygrał z polską prowincją. "Duże zwierzę" w jego reżyserii to pojemna przypowieść o tolerancji, która dotyka jednego z najbardziej bolesnych problemów współczesnej Europy.
Polska prowincja, która od dziesięciu lat figuruje na naszych ekranach jako rezerwuar biedy i bandytyzmu, posłużyła za budulec dla globalnej metafory.
Intryga startuje od sytuacji absurdalnej: przed furtką skromnej małomiasteczkowej posesji zatrzymuje się wielbłąd, którego przygarnia małżeństwo bezdzietnych mieszczuchów. Najpierw zostaje na kolacji, a później na stałe. Skromny urzędnik bankowy bierze zwierzaka na sznurek jak psa i prowadzi na spacer ulicami miasteczka. Absurd się nasila: dostojne zwierzę płynie majestatycznie po bruku, a obok człapie poczciwy grubasek w prochowcu i berecie nasuniętym na zaniedbaną fryzurę. Okręt pustyni za tło ma klockowate domki, ponure fasady urzędów, chłopskie furmanki ciągnące na targ, wysłużone samochody. Mieszkańcy, często podpici już od rana, witają go wesołym gulgotem jako jednodniową atrakcję. Szybko okazuje się jednak, że żyjące od dziesięcioleci w niezmiennym rytuale miasteczko nie umie wchłonąć egzotycznego przybysza.
Mieszkańcy usiłują wcisnąć go w ramy własnej wizji świata. Fotograf zaakceptowałby zwierzę, ale tylko w roli żywej dekoracji. Strażak widzi w nim jedynie wełnę, której starczyłoby na dwa eleganckie płaszcze. Lokalna telewizja oswoiłaby się z wielbłądem, gdyby wystąpił w reklamie napoju chłodzącego. Rada miejska ma mnóstwo pomysłów na to, jak wykorzystać dziwnego gościa w roli atrakcji turystycznej. Tymczasem właściciel oprowadza podopiecznego na linewce jak dawniej, bez żadnego pomysłu. "Lepiej niż w cyrku, co? To jest wolność, bracie..." - objaśnia dwugarbnemu przyjacielowi.
Miasteczko jednak tej wolności zostawia wielbłądowi i jego panu coraz mniej. Nie tyle nawet z zawiści, ile z powodu fundamentalnej niemożliwości zaakceptowania zjawiska, które przerasta jego skromną zbiorową wyobraźnię. I wielbłąd wraz z właścicielem stają się obiektem rutynowych posunięć urzędniczych, którymi najwidoczniej od wielu pokoleń pacyfikowano w mieście wszystko, co wyrastało ponad poziom. Zwierzęcia nie może zaakceptować urząd weterynaryjny, ponieważ w jego spisie pod literą "w" figurują tylko wieprze i warchlaki. Murarze wzdragają się przed postawieniem obórki, gdyż mają swój honor i nawet za pieniądze nie są skłonni pracować dla klienta, który składa tak nietypowe zamówienie.
Ludzka niegodziwość sięga dalej. Zazdrośnicy rozpuszczają wiadomość, jakoby wielbłąd przywlókł z Afryki szczególnie groźną odmianę choroby wenerycznej. Żona właściciela traci pracę w przedszkolu, ponieważ matki nie życzą sobie, aby głaskała wielbłąda i ich dzieci. Sam urzędnik bankowy, który od lat grywał w orkiestrze na klarnecie, raptem staje się w zespole niepotrzebny. Do urzędów przychodzą donosy, których autorzy stwierdzają, że wielbłąd jest nieużyteczny i jako taki niepotrzebny. "Pańska postawa, kolego Sawicki, nie bardzo nam się podoba" - słyszy właściciel zwierzęcia z ust przewodniczącego miejskiej rady narodowej. Więcej - mieszkańcy, którzy kilka miesięcy wcześniej poklepywali dobrodusznie zwierzę po garbie, teraz mruczą pod nosem: "Nie będą mi tu pustyni robić! Tu jest Polska!". Przed furtką spontanicznie zbierają się mieszkańcy z transparentem "Precz". Gęstniejącą atmosferę najszybciej wyczuwa zresztą wielbłąd, który pewnej nocy po prostu znika. A skromny urzędnik bankowy, pozbawiony egzotycznego towarzysza, na powrót staje się akceptowaną częścią miasteczka, które - odetchnąwszy z ulgą - wraca do swych odwiecznych rytuałów. Tyle że powrót nie jest już możliwy. Urzędnik nie umie wytrzymać w swojej skostniałej egzystencji. Na ryneczku spotyka dziewczynkę, która konspiracyjnie pokazuje mu figurkę wielbłąda. Bakcyl wolności działa. Stuhr przeniósł na ekran kawałek peerelowskiej prowincji, do której ogromne wyczucie miał Kazimierz Orłoś, autor opowiadania będącego podstawą scenariusza. Ale też mocno ten PRL sfunkcjonalizował. Przypowiastka o braku tolerancji dla odmienności sfilmowana została na taśmie czarno-białej. Dialogi przejął Stuhr od Kieślowskiego, autora scenariusza, w bardzo okrojonej formie. Postacie są zaledwie zarysowane. Rzecz może się wydarzyć wszędzie. Skromny film (kosztował zaledwie 400 tys. USD) spodobał się zarówno na festiwalu w Karlowych Warach, jak i Kazimierzu nad Wisłą. Niebawem odbędzie się jego projekcja na festiwalu w Los Angeles. Nie po raz pierwszy okazuje się, że nawet zapyziałe polskie miasteczko może zainteresować świat, jeżeli artyście uda się z niego wydobyć metaforę uniwersalną.
Okładka tygodnika WPROST: 36/2000
Więcej możesz przeczytać w 36/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej: