Gastronomia i okolice

Gastronomia i okolice

Wydaje mi się, że Polacy i Europejczycy starają się wykorzystać liberalizację rynku do zróżnicowania i zindywidualizowania oferty, a Amerykanom wychodzi daleko posunięta uniformizacja
Pani Agnieszka Gmys-Wiktor pisze (nr 34) w liście ze Stanów Zjednoczonych, że zgadza się z niektórymi moimi uwagami na temat żywności w tym kraju, ale - jej zdaniem - w amerykańskich restauracjach jada się znacznie lepiej niż na przykład w warszawskich. Nie chciałbym rozwijać debaty na tematy gastronomiczne, bo w liście tym zainteresowało mnie coś innego, więc powiem tylko szybciutko, że z tym jedzeniem, to jak zwykle zależy. Zależy, gdzie i co się je. W hotelu Paris w Las Vegas można zjeść bajecznie, ale w felietonie skoncentrowałem się na konsumpcji zwykłego śmiertelnika, poruszającego się głównymi trasami turystycznymi na prowincji i jedzącego niejako razem z miejscowymi w tych samych lokalach i sklepach. A żeby było już maksymalnie konkretnie i precyzyjnie - w czterech stanach zachodnich: Kalifornii, Nevadzie, Arizonie i Utah (na wschodnim wybrzeżu bywa podobno lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o wybór towarów w sklepach). No i nie przekona mnie pani Agnieszka, że jest w tamtejszych restauracjach znacznie lepiej niż w Europie czy choćby tylko w Polsce, o Francji nie wspominając.
Najzabawniejsze jest to, że - jak słusznie zauważa autorka listu - restauracje typu fast food wymyślili Amerykanie, ale na przykład pizze w sieci Pizza Hut oraz buły w McDonald’s są nieporównanie smaczniejsze we Francji niż w USA, a w dodatku europejskie lokale są generalnie znacznie czystsze! Dajmy na to Pizza Hut przy Times Square w Nowym Jorku to prawdziwy horror gastronomiczno-higieniczny w porównaniu z jej europejskimi odpowiednikami. Co do Polski polecam artykuł Marcina Klimkowskiego "Kuchnia w trasie", który ukazał się w tym samym wydaniu "Wprost" co list pani Agnieszki. Sam zresztą kilka lat temu pisałem o - wówczas kiełkujących, ale już zauważalnych - rewelacyjnych zmianach w polskiej gastronomii przydrożnej. Odnoszę wrażenie, że Polacy - i w ogóle Europejczycy - starają się wykorzystać liberalizację rynku do zróżnicowania i zindywidualizowania oferty, a Amerykanom wychodzi daleko posunięta uniformizacja. W każdym razie w tej dziedzinie na pewno.
Opuśćmy już jednak kuchnię, by zająć się ciekawszą sprawą, poruszoną przez panią Agnieszkę. Pyta ona, po co Europejczycy porównują się z Amerykanami, i odpowiada pytaniem: "Żeby przekonać samych siebie?". Ha! To już dla Europejczyka prawdziwe wyzwanie, bo w tym pytaniu kryje się sugestia, że tak w głębi duszy wie on, iż Amerykanin nad nim góruje, więc ma z tego powodu kompleksy i czepia się hamburgerów, żeby poprawić sobie samopoczucie. Otóż myślę, że niezupełnie tak jest. Myślę, że kompleksy i powody do dumy mają obie strony, tylko w innej sprawie.
Mam wrażenie, że Europejczycy przyjeżdżający do USA dzielą się na dwie kategorie i rzadko kto przyjmuje postawę zniuansowaną. Na ogół wszyscy przybywają z nastawieniem, że oto zobaczą wielki, silny kraj, bądź co bądź supermocarstwo, który zapewne w środku wygląda równie imponująco jak (zasłużenie) na zewnątrz. Podział na dwie kategorie następuje później. Jedni zachłystują się tym, że skoro Ameryka jest najsilniejsza, to znaczy, iż jest we wszystkim najlepsza i trzeba brać z niej wzór. Drudzy wpadają w rozterkę: "Może nie dalibyśmy sobie bez Amerykanów rady, ale to kraj zwyczajny jak każdy, a na co dzień bym u nich nie wytrzymał, bo u siebie mam lepiej, ciekawiej, smaczniej, milej, a nawet jakoś tak normalniej". To nie tylko kwestia dłuższych urlopów i innych udogodnień dodających życiu barwy. To także - czego nigdy bym nie przypuszczał - szybsze we Francji niż w USA upowszechnianie nowoczesnych technologii ułatwiających życie. We Francji już od dawna pensje wypłacane są przelewem elektronicznym bezpośrednio na konto bankowe. W kalifornijskiej Dolinie Krzemowej nawet największym firmom zdarza się wypłacać je czekami. We Francji w wielu sklepach przy kasach są maszyny do automatycznego wypełniania czeków; w Kalifornii dopiero zaczyna się je wprowadzać. Nie występuję oczywiście z groteskową tezą, że Stany Zjednoczone są zacofane w stosunku do Europy. Tylko że czasami ma się poczucie, iż ich przewaga technologiczna jest mniej odczuwalna w życiu codziennym. Europejczycy w wielu kwestiach nie mają powodów do kompleksów.
Amerykanie zresztą też miewają kompleksy - przede wszystkim w sprawie jakości życia i "długości historii". Dlatego do przyjezdnych odnoszą się czasami tak, jakby chcieli dać dobrotliwie do zrozumienia, że w Europie zapewne jeździ się jeszcze dyliżansami. Jedni i drudzy ciągle się porównują. Po co? Na szczęście także po to, żeby podpatrzeć u drugiego to, co najlepsze, i spróbować powtórzyć u siebie. I oby tak dalej - aż wszyscy będziemy zadowoleni.
Okładka tygodnika WPROST: 36/2000
Więcej możesz przeczytać w 36/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 1
  • Jacek Sage IP
    Moze pani Agnieszka powiada po prostu ze nie ma sensu porownywac bo: 1. Wlasciwie nie prowadzi to do zadnych uzytecznych wnioskow poza tymi ze kazda strona z reguly dojdzie do wniosku ze jest lepsza. 2. Wiekszosc Amerykanow nie podrozuje po swiecie, nie ma paszportu, mieszka w jakiejs dziurze i nie widzi poza nia swiata. Ergo: przecietny Amerykanin nawet jesli od czasu do czasu przypomina sobie o istnieniu zewnetrznego swiata to ma go raczej w nosie. No i wie z gory, ze Amaryka jest \"najlepsza\".
    A mnie sie wydaje ze kazdy kraj jest zlepkiem roznych swiatow. Wiec bedziemy mieli w USA garstke uniwersytetow, instytutow badawczych etc. z \"minus pierwszego swiata\", pare wielkich lub srednich miast z pierwszego swiata i reszte zarowno technologicznie jak i mentalnie - trzeci swiat. Ja to widze w kazdym kraju w ktorym mieszkalem po kilka lat (Japonia, Australia, Nowa Zelandia etc.) - roznia sie tylko proporcje i to co dany kraj eksportuje. Wiec nikogo nie powinno zdziwic ze do niedawna w Japonii nie mozna bylo uzywac obcych kart kredytowych, a wymienienie 100 USD w miedzynarodowym japonskim banku w duzym miescie zajelo pol godziny (banknot i formularz wedrowal z jednego biurka do drugiego zbierajac pieczatki i ani sladu komputera)...