Polfa i Omega

Polfa i Omega

W antyrosyjską histerię wpadli nie tylko młodzi, niedoświadczeni polscy redaktorzy, ale także redaktorzy szanujących się tytułów, takich jak "New York Times", "Financial Times" czy "Washington Post"
Sprawa jest przykra. Jerzy Engel i jego piłkarze w nieodpowiedzialny sposób naruszyli misternie konstruowane przez lata dobrosąsiedzkie stosunki między Ukrainą a Polską. Nie jest w naszym interesie zadawanie ciosów stawiającej pierwsze kroki ukraińskiej państwowości. Żeby to wiedzieć, nie trzeba być profesorem nauk politycznych. Rozumie to nawet pewien profesor prawa (choć ostatnio raczej lewa).
Engel złamał dane przed wyjazdem słowo. Miała być defensywa z pazurami, a zamiast tego była ofensywa ze szponami. Czy nie przyszło Engelowi do głowy, że nie wypada tak postępować akurat dwa dni po tym, gdy prezydent Kwaśniewski mówi, że z tą rurą nie zrobimy nic przeciw Ukraińcom? Tak mówi prezydent, a Engel jakby nigdy nic udaje w Kijowie Rydza-Śmigłego. To, co się stało, jest smutne, tym bardziej że stało się w dniu, w którym po raz pierwszy odśpiewany został na stadionie hymn ukraiński rozpoczynający się od słów... "Szcze ne wmerła Ukraina" (Jeszcze nie umarła Ukraina). Fakt, że śpiewał głównie jakiś baryton, a z ukraińskiej jedenastki tylko jeden piłkarz jakoś niewyraźnie ruszał wargami, ale nic to nie zmienia. Nie po to Polska pierwsza uznała nowe państwo ukraińskie, żeby teraz Engel wszystko psuł. Jakiś profesor prawa, choć - jak mówi - nie jest mędrcem w sprawach polityki (ach, skromniś z tego kochanego profesora i kokiet - wszyscy wiemy, że on mędrzec), wytłumaczyłby selekcjonerowi, że nie można prowokować rosyjskiego niedźwiedzia, ale też i z ukraińskim niedźwiadkiem trzeba być ostrożnym. Po co znowu w Kijowie mają mówić: "Z Lachem rozmawiaj, a kamień za pazuchą trzymaj".
Gdy już doszliśmy do kąsania niedźwiedzia, trzeba - niestety - z żalem odnotować niesłuszną reakcję nie tylko większości naszych mediów, ale i innych mediów, właściwie wszelkich mediów, z rosyjskimi włącznie, na tragedię okrętu "Kursk". W antyradziecką, tfu, antyrosyjską histerię wpadli nie tylko młodzi, niedoświadczeni polscy redaktorzy, ale także redaktorzy szanujących się i szanowanych tytułów, takich jak "New York Times", "Financial Times" czy "Washington Post". Nacechowane emocjami zgryźliwe komentarze, ton wzgardliwej wyższości w potępieniu Putina - nie, takie pisanie niczemu dobremu nie służy, a właśnie taki ton dominował w tych publikacjach. Redaktorzy powinni wiedzieć, co wyjaśniłby nam profesor prawnik, a od swej niedawnej wizyty w Moskwie gwiazda politologii, geopolityki i strategii, że nie tylko Warszawie, ale i Londynowi i Waszyngtonowi nie przystoi podszczypywanie niedźwiedzia, a już szczególnie szczekanie na niedźwiedzia. Gadanie o prawach człowieka i pogardliwym stosunku rosyjskich władz do swoich obywateli nic tu nie zmieni. Nie redaktorom oceniać, jaki jest ten stosunek. Ale niestety, redaktorzy uzurpatorzy, burki pospolite, już w sprawie Czeczenii zademonstrowali brak umiaru, bez opamiętania gardłując, że ktoś tam na Zakaukaziu zabija i gwałci. Podkreślam, nie służy to przyszłości, a dowodzi braku politycznego realizmu. By to zrozumieć, nie trzeba być profesorem politologii. Lepiej nawet nim nie być. Nie tylko taki Brzeziński czy Kissinger, ale także tacy Kostrzewa-Zorbas czy Magdziak-Miszewska poddają się, niestety, antyrosyjskiej histerii. A tu wystarczy wizyta w Moskwie, brak lepszych tematów do pogadania, poza mędrca, jego oko i szkiełko (albo dwa) i wszystko jest jasne. Była to chyba zresztą pierwsza wizyta naszego profesora w Moskwie, bo tak wybitnym specjalistą jest się tylko po pierwszej wizycie. Trzeba wszak docenić tę świeżą przenikliwość. Ci od politologii bez przerwy czytają, a wiadomo, że nadmiar wiedzy zakłóca jasność widzenia. A jak się wie niewiele, to i refleksja głęboka i myśl strzelista, i pomysł oryginalny, i pointa niebanalna. Jest się specjalistą i od kawy, i od geopolityki. Zakłada człowiek kamizelkę w kolorze khaki i już jest Hemingwayem. A właściwie lepiej niż Hemingwayem. Lepiej, bo nie pcha się na lwa, żeby pokazać, że jest macho, i nie maszeruje z widłami na niedźwiedzia. Nie maszeruje, bo wie, że na niedźwiedzia nie można z widłami, tak jak nie można na niego szczekać.
Trzeba oczywiście zapytać, dlaczego te proste prawdy pojmuje profesor prawa, a nie pojmuje ich pierwszy lepszy burek. Bo przecież z góry odrzucamy argument, że nasz kochany profesor, robiąc minę mędrca, zasłaniając się okularami i podpierając profesorskim tytułem, z braku laku plecie bzdury, bo terminy gonią, a z obowiązku nadesłania tekstu wywiązać się trzeba. Nie, takie myślenie odrzucamy jako mało konstruktywne, małostkowe i zawistne. Tak myśli tylko ktoś, kto zazdrości tytułu profesora, bo sam wie, że profesorem nigdy nie zostanie, a chciałby zostać, bo wie, że nawet jak walnie kulą w płot, nawet jak coś bredzi, nawet jak już zupełnie nic nie ma do powiedzenia, to przecież brednie profesorskie, to nie pierwsze lepsze brednie. A jak jeszcze człowiek zrobi mądrą minę i podeprze ciężką od mądrości głowę ręką, to jest cień szansy, że ktoś weźmie go poważnie. Mamy oto Leonarda naszych czasów, koryfeusza wszech nauk i nauczyciela narodu, znawcę kawy i geopolityki, tańca i psychoanalizy. Taki człowiek to dar niebios. Doceńmy go, słuchajmy go i nie pozwólmy, by jego spokojny, godny głos mędrca zagłuszyło ujadanie burków.
Więcej możesz przeczytać w 37/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0