Dogmat Ratzingera

Dogmat Ratzingera

Dodano:   /  Zmieniono: 
W Watykanie rozpoczęło się "długie konklawe"
W styczniu Jan Paweł II otworzył święte drzwi bazyliki św. Pawła wespół z patriarchą prawosławnym i arcybiskupem anglikańskim. W lutym odwiedził w Kairze wielkiego szejka Al-Azharu imama Mohameda Sajeda Tantauiego oraz Szenudę III, papieża Kościoła koptyjskiego. W marcu przekroczył progi Chehal Szlomo, głównej synagogi judaizmu, a przed meczetem Al-Aksa spotkał się z wielkim muftim Jerozolimy. Na Wielkanoc wygłosił "mea culpa" za grzechy Kościoła: antysemityzm, schizmatyzm, inkwizycję. Wszystkich, którzy sądzili, że dzięki tym gestom Kościół wypełnił wreszcie postanowienia soboru watykańskiego II, czekało rozczarowanie.
Oto bowiem w lipcu Watykan wykluczył możliwość udzielania komunii rozwiedzionym. Dzień później, ogłaszając tekst trzeciej tajemnicy fatimskiej, kardynał Ratzinger stwierdził, że choć papież wierzy w prawdziwość portugalskich objawień, to Kościół nie zamierza ich potwierdzać. W sierpniu w tajnym liście do biskupów tenże kardynał, prefekt Kongregacji Doktryny Wiary, zabronił nazywania innych kościołów chrześcijańskich "bratnimi". 3 września beatyfikowany został papież Pius IX - symbol reakcji i zamknięcia Kościoła na świat, a dzień później kardynał Ratzinger ogłosił dokument "Dominus Iesus", którym Watykan przekreśla osiągnięcia 30 lat dialogu ekumenicznego i międzyreligijnego, pisząc, że zbawienia mogą dostąpić wyłącznie wyznawcy Kościoła katolickiego i dzieląc Kościoły chrześcijańskie na lepsze i gorsze.
Dla watykanologów wydarzenia drugiej połowy roku jubileuszowego nie stanowiły szczególnego zaskoczenia. Wiedzieli, że w kwestiach otwarcia na islam i judaizm, a zwłaszcza w kwestii "mea culpa" Jan Paweł II miał przeciw sobie większość kolegium kardynalskiego. Zaskakiwał raczej tak długotrwały brak jego reakcji na ostatnie posunięcia papieża.
Dlaczego kardynał Joseph Ratzinger zdecydował się opublikować "Dominus Iesus"? Zdania są podzielone. Wyważony zwykle komentator "La Stampa" Marco Tosatti twierdzi, że był to akt wymierzony w zdobywających coraz większą popularność "teologów pluralizmu religijnego". Dobitniej tłumaczy to odstający zazwyczaj od chóru watykanolog dziennika "la Repubblica" Marco Politi, tytułując swój komentarz do dokumentu Ratzingera wymownym "Długie konklawe".
U schyłku każdego pontyfikatu za Spiżową Bramą rozpoczyna się cicha, lecz twarda batalia. W Kurii Rzymskiej panuje obawa, że papieski "rzut na taśmę", czyli ostatnie, niemal rewolucyjne otwarcie na świat, na inne religie i - zwłaszcza - na młodzież z jej nie kontrolowanym ładunkiem panreligijnego entuzjazmu mogą spowodować, że w kolegium kardynalskim przewagę zdobędą zwolennicy tej właśnie linii. Gdyby następca Jana Pawła II chciał kontynuować rozpoczęte przezeń dzieło otwierania Kościoła na współczesny świat, to bez wątpienia doprowadziłby do Nowej Reformy, w której mogłyby zaniknąć różnice pomiędzy poszczególnymi obrządkami.
Kardynał Ratzinger - uważany za lojalnego współpracownika Jana Pawła II, choć jego systematycznej duszy nie zawsze odpowiadały "zrywy" słowiańskiego papieża - zdecydował się stanąć na czele opozycji przeciwko owej Nowej Reformie. Przeciwko sobie ma nieliczną grupę najwierniejszych współpracowników papieża z kardynałem Rogerem Etchegerayem na czele, mającym doskonałe stosunki z kościołami wschodnimi, z prawosławiem i z innymi kościołami chrześcijańskimi, organizatorem Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 i autorem triumfu sierpniowych Dni Młodzieży. Ci dwaj kardynałowie reprezentują dzisiaj dwie dusze współczesnego Kościoła.
Pierwszy nurt jest w pewnej mierze wynikiem niepewności; paradoksalnie - niewiary w moc chrześcijańskiego credo i w charyzmat Kościoła katolickiego. Jego przedstawiciele sądzą, że jedynie surowością, doktrynalną czystością i obroną przed nieustannym "oblężeniem" zeświecczonego społeczeństwa i innych religii można uchronić Kościół przed rozmyciem. Zwolennicy drugiego nurtu, ufni w moc Chrystusowego przekazu, wierzą, że otwarta konfrontacja ze światem może tylko Kościół wzmocnić. Pierwsi twierdzą, że to właśnie złagodzenie rygorów doktrynalnych doprowadziło do sekularyzacji społeczeństw i obojętności na religię. Drudzy - że mimo pozornego zeświecczenia, przekaz Chrystusa jest żywszy niż kiedykolwiek, o czym świadczą zloty młodzieży, pełnej entuzjazmu, ale i gotowej do refleksji i modlitwy.
Dokument "Dominus Iesus" został zatwierdzony przez papieża szczególną formułą: certa scientia et apostolica auctoritate, czyli "bezpośrednia znajomość i autorytet apostolski", co oznacza, że papież zgadza się z zawartością dokumentu. Jak to możliwe, że papież zgadza się z dokumentem tak jednoznacznie antyekumenicznym? Chodzi o to, że - jak sądzi większość watykanologów - batalia między dwiema duszami Kościoła rozgrywa się również w duszy samego papieża.
Podpisany przez prefekta Kongregacji Doktryny Wiary dokument "Dominus Iesus" z wielu względów pozostaje niezrozumiały. Po co został opublikowany? Dlaczego właśnie teraz, pod koniec roku jubileuszowego, obfitującego w bezprecedensowe sukcesy Kościoła, kiedy katolicyzm - jak nigdy przedtem - jest "newsem" eksponowanym przez wszystkie media świata? Kongregacja na 36 stronach atakuje bliżej nie określonych teologów uważających, że wszystkie religie są równie wartościowe.
Dziennikarzom udało się zadać kardynałowi kilka pytań: "A co z Żydami?". "Zbawienie Izraela to wielki problem - westchnął w odpowiedzi Ratzinger. - Zachowuje wartość to, co powiedział św. Paweł: Izrael zostanie zbawiony, ponieważ na koniec czasów uzna w Jezusie Syna Bożego. Jeśli zaś chodzi o poszczególnych Żydów, to oczywiście nie jest konieczne, by uznali Chrystusa, i nie należy do naszych kompetencji zastanawiać się, jak mogą dostąpić zbawienia". "A luteranin? Czy musi powrócić na łono Kościoła katolickiego?" - nalegali dziennikarze. "Wszyscy uznajemy, że Kościół powinien być zjednoczony - odpowiedział kardynał. - Jeśli poszczególne osoby będą decydowały, które części Kościoła bardziej im się podobają, stracimy aspekt powszechności".
Sam dokument i późniejsze oświadczenia kardynała Ratzingera podziałały jak kij wsadzony w mrowisko. Pierwszy zareagował arcybiskup Canterbury George Carey, przełożony Kościoła anglikańskiego: "Założenie, że anglikanizm i protestantyzm nie są prawdziwymi Kościołami, stawia pod znakiem zapytania istotne sukcesy ekumeniczne osiągnięte w ciągu trzydziestu lat cierpliwego dialogu".
"Nikt nie upoważnił Ratzingera do analizowania mojego zbawienia - oświadczył z kolei Amos Luzzato, przewodniczący Włoskiego Związku Gmin Żydowskich. - Kardynał może wyczyniać wszystkie akrobacje werbalne, na jakie ma ochotę, ale z tego, co mówi, jednoznacznie wynika, że dla Kościoła Żydzi nadal są ludźmi do nawracania. W Watykanie są tacy, którzy myślą, że papież zrobił zbyt wiele dla Izraela, i chcą ze wszystkich sił zapobiec dalszemu zbliżeniu".
"Dla muzułmanów - stwierdził wielki mufti Włoch Hamza Piccardo - zachowuje wartość werset Koranu, który mówi, że dostąpi zbawienia, kto wierzy w Allaha i w proroków, z których jednym jest Jezus. Cały projekt boży kończy się na Mahomecie". Z kolei Tom Best z Kościelnej Rady Ekumenicznej, skupiającej 337 kościołów protestanckich, stwierdził, że wszyscy chrześcijanie zyskali na niedawnym wejściu katolików do ruchu ekumenicznego. "Byłoby wielką stratą, gdyby dialogowi temu zaszkodził niewłaściwy ton niektórych wystąpień".
Z Moskwy nadeszła zaskakująco wyważona odpowiedź patriarchatu: "Katolicy i prawosławni mają odmienne wizje powszechności Kościoła - stwierdził rzecznik Aleksego II. - Niestety, to pozostaje sednem problemu. Dla nas istnieje jedność duchowa, w której uczestniczy 15 narodowych kościołów prawosławnych. Dla katolików powszechność Kościoła zakłada podporządkowanie papieżowi".
Negatywne reakcje na dokument Ratzingera nadeszły od protestantów francuskich i szwajcarskich, włoskich waldensów i niemieckich ewangelików. Wszyscy wskazują na zawartą w "Dominus Iesus" specyficzną koncepcję ekumenizmu: zostanie on osiągnięty dopiero wówczas, gdy inne Kościoły wyrzekną się swoich tradycji i powrócą na łono Kościoła rzymskokatolickiego.
Innego zdania jest ks. prof. Tomasz Węcławski, dziekan Wydziału Teologicznego UAM: - Po uważnym przeczytaniu tej deklaracji, a takiego należy oczekiwać od Rady Ekumenicznej, nie znajdzie się w niej niczego, co wbrew intencjom jej twórców można by zinterpretować jako zagrożenie dla dialogu między religiami. Takiego uważnego i wnikliwego odczytania należy oczekiwać także od niekatolików.
Również ks. prof. Roman Rogowski z Papieskiego Fakultetu Teologicznego we Wrocławiu uważa, że dokument kardynała Ratzingera nie zagraża dialogowi z innymi religiami i wyznaniami.
- Każdy dialog musi być prowadzony z jasno określonych pozycji. Tymczasem obecnie obserwujemy zjawisko "rozmywania się" chrześcijaństwa. Obowiązek poszanowania religii bliźniego nie oznacza przyzwolenia na stawianie znaku równości między religiami. W przeciwnym razie groziłaby nam eskalacja procesu konwergencji między religiami, będącego znakiem naszych czasów. Dziwię się, że dokument wywołał tak wielki odzew. Dowodzi to, że Ratzinger uderzył w miejsce, w które należało uderzyć.
W gronie włoskich watykanologów pada pytanie: dlaczego dokument Ratzingera został opublikowany właśnie teraz? Kto wie, czy odpowiedź na to pytanie nie tkwi w następującym jego passusie: "Fakt, że relatywizm prezentuje się jako prawdziwa filozofia, prowadzi do postępującej marginalizacji tych, którzy bronią tożsamości chrześcijańskiej". Czytaj: Kongregacji Doktryny Wiary.



Więcej możesz przeczytać w 38/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0