Wolne wnioski

Wolne wnioski

Zamiast pomników upamiętniających wydarzenia wojenne trzeba było pozostawić w Warszawie choć jedną ruinę krzyczącą do nieba o pamięć, że ludzie potrafią zniszczyć ludzki dorobek tak po prostu
1. Po ostatnich wyborach nasuwa się smutna refleksja, że obyczaje klasy politycznej niewiele się zmieniają nawet w samym centrum Warszawy. Prasa uraczyła nas w ostatnich dniach przed głosowaniem rozlicznymi przykładami nie wyjaśnionych afer i zwykłych kłamstw, jakich dopuszczali się kandydaci. Wyborca praktycznie nie ma wpływu, bo głosowanie na listy wielomandatowe rzeczywiście utrudnia eliminacje tego lub owej, nawet krzyżyk dla jednego kandydata zwiększa szanse pozostałych. Dotychczas nie traktowałem tego hasła poważnie, ale zacznę chyba wierzyć prof. Antoniemu Kamińskiemu, że jednomandatowe okręgi wyborcze są jedynym sposobem na to, żeby partie i inne komitety wyborcze zwróciły baczniejszą uwagę na to, kto w ich imieniu kandyduje.

2. Kampanii wyborczej towarzyszyła debata na temat odbudowy historycznych budynków przy placu Piłsudskiego. Patrząc na to, co stoi naprzeciwko opery warszawskiej, nie trudno sobie wyobrazić kicz, jaki powstanie z drugiej strony, kiedy już plan rekonstrukcji zostanie zrealizowany. Rozumiem jednak, że idea polega na tym, aby historycznymi budynkami dodać Warszawie nieco więcej poloru, żeby było co zwiedzać w stolicy. Przecież gmach opery też jest nowy, a wydaje się, że stoi od czasów Corazziego. Nie wiem jednak, czy jest to skuteczny pomysł. Z pamiątek historycznych brakuje mi tak naprawdę przynajmniej jednej ruiny, naocznego śladu stanu, w jakim okupanci pozostawili nasze miasto. Ilekroć czytam w prasie światowej o Warszawie jako jednym z najbrzydszych miast Europy, tylekroć żałuję, że zniknęły plansze ukazujące, jak to miasto wyglądało w 1945 r. Kto tego księżycowego krajobrazu ruin nie widział, ten nie zrozumie, że miasto to rzeczywiście urodziło się po raz drugi. Jeszcze najlepiej mogą to zrozumieć Niemcy, których miasta też w dużej części zostały obrócone w perzynę. Zamiast jednak tych licznych, a brzydkich pomników, które upamiętniają wydarzenia wojenne, trzeba było pozostawić przynajmniej jedną ruinę krzyczącą do nieba. Nie o pomstę, bo dzisiejsi Niemcy nie mają nic na sumieniu, ale o pamięć, że ludzie potrafią zniszczyć ludzki dorobek tak po prostu bez sensu. Nie łudźmy się jednak, że ludzie będą do Warszawy przyjeżdżać, aby oglądać zabytkowe miasto. Od tego jest Kraków. Warszawa ma szansę tylko jako miasto, w którym jest ruch, coś się dzieje. Musi przeskoczyć samą siebie jakimś fantastycznym projektem, zwracając na siebie uwagę tak, że wreszcie będzie obecna w spisie europejskich miast, do których trzeba pojechać. Jeśli twórca Muzeum Guggenheima w Bilbao ma jeszcze ochotę zrobić projekt dla Anny Rottenberg, byłaby to najlepsza inwestycja, bo takie obiekty ściągają tłumy. W końcu Bilbao jest jeszcze brzydsze niż Warszawa, a cudów sztuki wcale na ogół nie ma (poza Abakanowicz). Ważne jest opakowanie, a nie zawartość, a przy okazji może udałoby się np. zrobić coś nad Wisłą, aby miasto otworzyć na rzekę. I zamiast pieska, który waruje przed Guggenheimem w Bilbao, zrobić Syrenę wielką jak polskie blondyny i puścić na chwasty, żeby porosła tradycyjną zielenią miejską.

3. Nawołując do rekonstrukcji jakiejś efektownej ruiny, wcale nie występuję więc przeciwko dzisiejszym Niemcom. Wręcz przeciwnie, myślę, że im samym takie przemilczanie wydarzeń czasu wojny może się wydawać podejrzane i zatrącające tchórzliwym lizusostwem. Przyjaźń polsko-niemiecką trzeba rozwijać, nie przemilczając przeszłości, chociaż akurat "Krzyżacy", których wszyscy chcą sfilmować, może najmniej się do tego nadają. Najlepszym na razie wkładem polskiej kinematografii w sojusz polsko-niemiecki jest chyba jednak Hans Kloss, ideologicznie słuszny w każdej epoce. Hans Mikulski porywa serca kobiet i młodzieży, zgrabnie nosząc szykowny mundur oficera Wehrmachtu i udowadnia, że byli też "nasi Niemcy", w przeciwieństwie do Brunnera i wszelkich złowrogich formacji. Parę dni temu w Warszawie słuchałem bardzo sympatycznego Niemca, deputowanego Friedberta Pfluegera, który nawoływał do wspólnego niemiecko-polskiego działania w NATO, np. na rzecz rozszerzenia paktu na innych wschodnich kolegów. To jest pomysł.

4. W tejże Warszawie, w hotelu Sheraton, wcale nie historycznym, ale wygodnie położonym przy Trakcie Królewskim, oglądałem biznes polski zgromadzony z okazji dziesięciolecia pisma "Businessman". Bardzo to było budujące, zwłaszcza kiedy wśród nagrodzonych za biznes pojawiały się panie, mimo że pismo swym tytułem nawiązuje raczej do biznesu płci męskiej. Panie były urocze, choć wprawiły mnie nagle w zakłopotanie. Pani prof. Danuta Hübner wskazywała na wzrastającą rolę organizacji pozarządowych, które przejmują tradycyjne zadania związków zawodowych, na co pani prof. Hanna Gronkiewicz-Waltz żachnęła się i powiedziała, że organizacje te mogłyby się na miejscu dowiedzieć różnych rzeczy od niej, zamiast jechać do Pragi i demonstrować. Wtedy dopiero zrozumiałem, że chodzi o Piotra Ikonowicza, organizującego pielgrzymkę do Pragi, aby protestować przeciwko Bankowi Światowemu. Tyle że na ile znamy Ikonowicza, domyślamy się, że on wcale nie chce się czegoś dowiedzieć, tylko chce coś widocznego zrobić. Z kandydatów na prezydenta będzie w Pradze najbardziej brakować Leppera, zresztą kto go wie? Już raz przecież schował się za Olzą i stamtąd prowadził aktywną samoobronę. Cóż, z dwojga złego lepiej mieć jedno, tak jak lepiej mieć Ikonowicza lub Leppera poza rządem niż w środku.

5. Poza biznesem, który podkreślał konieczność podwyższenia wykształcenia Polaków, jeśli chcemy się rozwijać, obecni byli jednak inteligenci licznie podnoszący konieczność zwalczenia oporu tradycyjnych środowisk akademickich, zakrzepłych w konserwatyzmie i tak dalej. Już chciałem uciec ze wstydu, ale na szczęście odezwał się inny Jacek, prof. Rostowski, który podkreślił, że jest bezinteresowny, bo związany z uczelniami amerykańskimi, a nie krajowymi, a następnie spokojnie tłumaczył, że elastyczność elastycznością, ale trzeba też zachować pewien poziom, bo inaczej nie ma czego uczyć, a pozostaje tylko trening. Czym innym jest uniwersytet, na którym uprawiana jest nauka, a czym innym szkółka treningowa. Co dedykuję zwolennikom kasacji uniwersytetów.

Więcej możesz przeczytać w 40/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0