Paragraf 22

Paragraf 22

W porozumieniach sierpniowych było o skróceniu czasu pracy, a więc mogło być o skróceniu do czterdziestu godzin, a więc obiektywnie było o czterdziestu. Odrobina dialektyki i wszystko jest prostsze
Piszę ten tekst, bo "Solidarność" nie wywalczyła jeszcze czterdziestogodzinnego tygodnia pracy. Jak wywalczy, to wolne będę miał już w czwartek. Co z tego, że mnie ani - mam nadzieję także mojej firmy - na to nie stać. "Solidarność" mówi, że skrócenie było w porozumieniach sierpniowych, a skoro było, to nie ma znaczenia, czy ma teraz sens, czy nie.
Niczego tu nie zmyślam i niczego nikomu nie wkładam w usta. Staram się tylko niedołężnie podążać za tokiem myśli pana Śniadka, wiceprzewodniczącego "Solidarności". Powiedział on, że jako właściciel firmy zatrudniającej kilkanaście osób przyjąłby skrócenie czasu pracy z entuzjazmem. Dlaczego? No, mówię, bo skrócenie było w porozumieniach sierpniowych. Pan Śniadek jest oczywiście w komfortowej sytuacji, bo nie jest szefem firmy zatrudniającej kilkanaście osób. A dokładniej w komfortowej sytuacji jest tych kilkunastu ludzi, których szefem nie jest pan Śniadek. Bo gdyby był, to paru musiałoby pewnie w imię porozumień sierpniowych pójść na zieloną trawkę. Pan Śniadek może gadać, co mu przyjdzie do głowy, bo nie jest szefem małej firmy, tylko wiceszefem związku zawodowego. Ten związek ma ze związkiem z 1980 r. i 1981 r. tyle samo wspólnego, ile wspólnego z marksizmem mieli marksiści. To znaczy - ile? Tyle, ile kanciarze mieli wspólnego z Kantem. Nieistotne zresztą, że w 21. punkcie porozumień nie było nic o 40 godzinach. Było o skróceniu czasu pracy, a więc mogło być o skróceniu do czterdziestu godzin, a więc obiektywnie było o czterdziestu. Odrobina dialektyki i wszystko jest prostsze. Trochę jak z pojęciem obiektywnego agenta w czasach stalinowskich. Ktoś może nie był agentem, ale wszystko wskazywało na to, że mógł być, a skoro mógł być, obiektywnie był i jego miejsce było w pudle.
Słuchając pana Śniadka i innych działaczy "Solidarności", można dojść do wniosku, że w porozumieniach oprócz 21 punktów był jeszcze 22. paragraf: "Nie jest istotne, że realizacja tych postulatów w zupełnie innej sytuacji może być zaprzeczeniem ich sensu. Sens ten jest określony raz na zawsze". O cóż chodziło w tych wszystkich postulatach? O to, aby Polska była trochę bardziej demokratyczna i żeby - tak po prostu - było lepiej. No to trzeba teraz wytłumaczyć panu Śniadkowi, że od wprowadzenia w Polsce 40-godzinnego tygodnia pracy lepiej u nas nie będzie. Dlaczego? Bo nas kurczę na te 40 godzin pracy nie stać. Zresztą - mówię to państwu szeptem, żeby pan Śniadek nie słyszał - nie stać na to nawet takich Francuzów czy Niemców. W państwach tych koszty pracy już są takie, że w wyścigu z Amerykanami ani Francuzi, ani Niemcy nie mają szans. Tu parotygodniowy urlopik, tu wolna sobota, tu krótszy dzień pracy, a tam za oceanem - praca, praca, praca. A nim dogonimy Amerykę, trochę musimy się zbliżyć do krajów Unii Europejskiej, w których dochód na głowę jest średnio pięcio-, sześciokrotnie większy niż w Polsce. Możemy więc skorzystać z recepty pana Śniadka, ale niech będzie jasne, że wtedy za naszego życia zawsze będziemy europejskim biednym bratem. A rzecz w tym, żebyśmy byli może i biedniejszym, ale nie biednym. Zresztą, co tam Śniadek. Nie słychać przecież, by kandydaci na prezydenta głośno mówili, że nas na to skrócenie czasu pracy nie stać. Nie słychać, bo kandydaci wolą nie ryzykować i nie odwołują się do naszego poczucia odpowiedzialności. Czyż nie łatwiej się odwołać do naszego gniewu, frustracji, do naszych kompleksów, do naszego tandetnego poczucia egalitaryzmu, do naszej zawiści? Łatwiej, widać, że łatwiej. Powie ktoś, że Balcerowicz cały czas odwołuje się do naszego poczucia odpowiedzialności i gdzie dzisiaj jest. Cóż, z całym - naprawdę wielkim - szacunkiem dla Leszka Balcerowicza, nie idzie o to, by się odwoływać do naszej odpowiedzialności, jak robi to wielki księgowy, lecz tak, jak zrobiłby to mąż stanu.
Pamiętam, jak w 1980 r. poszedłem do kina na film "Robotnicy ’80". Ludziska miały przed seansem takie rozmarzone oblicza, że od razu czuło się w nich te solidarnościowe owce. W kinie było skupione milczenie owiec. Z jednym wyjątkiem. Sala ryknęła śmiechem, gdy Wałęsa mówił, że gdybyśmy się zabrali do roboty, bylibyśmy drugą Japonią. Do dziś się zastanawiam, czy tak zabawny był kontrast pustych półek z dostatnią Polską, czy rozbawienie wywoływała perspektywa wzięcia się przez nas wszystkich do roboty. Wałęsa oczywiście miał rację. Pozostaje jednak owe "gdybyśmy". Bo może lepiej "bez nerw", na luzie, po naszemu, spokojnie, średnio, w środku stawki. Może nie trzeba się stresować uczestnictwem w wyścigu. W porządku, jeśli tak, proszę bardzo, skracajmy tydzień pracy do trzydziestu godzin, tylko zaklinam, nie narzekajmy potem, że powinno być lepiej. Nie ma "powinno" - albo się zasuwa, albo nie. Oczywiście, my chcielibyśmy i tak, i tak - i skrócić, i mieć superdobrobyt. To taka nasza schizofrenia widoczna nawet na szczytach. Chłodna, racjonalna, zimna analiza, która każe stać z boku i nie poddać się owczemu pędowi. A jednocześnie skłonność do łez i wielkich wzruszeń, na przykład, no na przykład na widok pięknej ziemi kaliskiej. No to jak będzie, skracamy czas pracy czy się ścigamy? Cóż, jak powiedziałaby Scarlet... "pomyślę o tym jutro". Żeby tylko szansa nie przeminęła z wiatrem.

Tomasz Lis
Więcej możesz przeczytać w 40/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0