Pułapka Laffera

Pułapka Laffera

Dodano:   /  Zmieniono: 
Dalsze podwyżki podatków w Polsce nie przyniosą budżetowi żadnych korzyści
W 1974 r. trzydziestoletni Arthur Laffer, wtedy zaledwie asystent na uniwersytecie w Chicago, podczas rozmowy ze starszym o 23 lata Ronaldem Reaganem, znanym aktorem i działaczem związkowym, wówczas gubernatorem stanu Kalifornia, narysował w kawiarni na serwetce wykres. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że w tym momencie narodziła się ekonomika podaży. Podważyła ona obowiązujące od 40 lat reguły keynesowskiej ekonomiki popytowej i utorowała Reaganowi drogę do fotela prezydenckiego. A Stanom Zjednoczonym po latach recesyjnej zadyszki zapewniła "siedem lat tłustych".
Ekonomia popytowa opierała się na zasadzie pobudzania koniunktury przez powiększanie popytu wydatkami rządowymi. Państwo, aby wydawać pieniądze, musiało je jednak uprzednio zagrabić obywatelom. Naturalną konsekwencją "zarządzania popytem" było więc wywindowanie stóp podatkowych na niebotyczny poziom. A przecież, argumentował Laffer, dochody podatkowe nie rosną w nieskończoność. Nie są także obojętne dla zachowań przedsiębiorców. Przypuśćmy, że po raz pierwszy wprowadzamy system podatkowy i opodatkowujemy wszystkie dochody stopą wynoszącą 10 proc. Ile uzyska budżet? Oczywiście równowartość 10 proc. PKB. Co stanie się, gdy podatki zwiększymy do 30 proc., 40 proc., 100 proc.? Tutaj pojawia się wiele wątpliwości i tylko jeden pewnik. W chwili, gdy podatki wyniosą 100 proc. dochodów, do budżetu nie wpłynie złamany cent. Po prostu, na świecie nie urodził się jeszcze taki dureń, który pracowałby ciężko, aby jak najwięcej zarobić i po opłaceniu podatków stwierdzić, że jego portfel zionie pustką. A zatem logiczne jest stwierdzenie, że w miarę wzrostu opodatkowania dochody budżetu zwiększają się coraz wolniej, aż dochodzą do punktu, w którym krzywa przestaje rosnąć.
Wiele wskazuje na to, że Polska Anno Domini 2000 przypomina Stany Zjednoczone z roku 1974, gdy dalsze zwiększanie podatków zaczęło wywoływać zmniejszanie dochodów państwa. Jest bardzo prawdopodobne, że całkowite opodatkowanie obywateli Polski jest już tak duże, iż jego powiększanie nie przyniesie budżetowi korzyści. Pośrednim dowodem na to jest wysoki, bo szacowany na 20 proc. i stale rosnący udział szarej strefy w gospodarce. Jest już tak najpewniej w wypadku podatku akcyzowego na podstawowe produkty monopolowe: alkohol i papierosy. Wraz z podniesieniem akcyzy na paliwa rosną koszty wytwarzania wszystkich niemal towarów, a to przekłada się na hamowanie wzrostu produkcji i powiększanie inflacji. Wobec zwiększenia się akcyzy część potencjalnych nabywców samochodów uznaje, że nie są one im niezbędne i z zakupu rezygnuje. Stąd przy tegorocznej podwyżce akcyzy z 2 do 6 proc. wartości auta odnotowano od stycznia do lipca (w porównaniu z analogicznym okresem 1999 r.) spadek sprzedaży samochodów produkcji krajowej aż o 28,3 proc. Bardzo wątpliwe jest zatem osiągnięcie planowanego sześćsetmilionowego przyrostu dochodów z akcyzy. Więcej niż pewne natomiast jest to, że parę tysięcy osób straci pracę w fabrykach samochodów i przemysłach kooperujących.
Alternatywą dla nazbyt drogich, oklejonych banderolą papierosów i alkoholu jest produkcja własna, rozkwitająca zwłaszcza na wsi, a także przemyt, czemu nie należy się dziwić, bo wódka jest w Polsce o 30 proc. droższa niż w Niemczech, dwukrotnie droższa niż w Czechach, na Słowacji czy Litwie, nie mówiąc o sprzedawanych za bezcen alkoholach z Rosji lub Ukrainy. Efekt osiemdziesięcioprocentowego (łącznie z VAT-em) opodatkowania wyrobów spirytusowych jest taki, że przemysł krajowy, pracujący przed laty na granicy wytrzymałości aparatów destylujących, wykorzystuje dzisiaj jedną czwartą swoich możliwości produkcyjnych. Z 21 przedsiębiorstw tej szlachetnej branży tylko trzy osiągają zyski, a jedenaście jest trwale deficytowych; łączna rentowność Polmosów spadła poniżej 1 proc. Natomiast budżet z tego wszystkiego - poza spadkiem dochodów z podatku dochodowego płaconego przez firmy - ma tyle, że od trzech lat osiąga dochody monopolowe mniejsze od zaplanowanych. Sekcja Krajowa Przemysłu Spirytusowego i Drożdżowego NSZZ "Solidarność" szacuje, że na polski rynek trafia w ciągu roku nielegalnie od 110 mln do 135 mln butelek. Po przemnożeniu przez wynoszącą ok. 15 zł. kwotę akcyzy, daje to ubytek dochodów budżetowych w wysokości 1,6-2,1 mld zł.
Wartość przemyconych do Polski papierosów przekroczyła 1 mld zł, a ubytki podatkowe z tym związane wyniosły 730 mln zł - ocenił przed rokiem Jan Adamski, prezes Związku Pracodawców Przedsiębiorstw Dystrybucyjnych. Ten rok przyniesie niewątpliwie dalszy postęp w tej dziedzinie. Niemal co tydzień PAP donosi o padających rekordach. 1 sierpnia celnicy w Budzisku wykryli w kontrolowanej ciężarówce 167 tys. paczek papierosów o wartości przekraczającej 750 mln zł. Cztery tygodnie później na tym samym przejściu udaremniono przewóz 400 tys. paczek (o wartości 2 mld zł). Łącznie w ciągu ośmiu miesięcy Urząd Celny w Białymstoku zatrzymał papierosową kontrabandę dwukrotnie większą niż w całym ubiegłym roku. Nawet zakładając pewien wzrost wykrywalności, śmiało można przyjąć, że liczba nielegalnie wwiezionych do Polski papierosów w tym roku się podwoiła. Potwierdzają to prowadzone przez instytuty Pentor i Almares badania dotyczące konsumpcji papierosów sprowadzonych do Polski bez cła. Wynika z nich, że w kraju co szósty wypalany papieros (15,9 proc.) pochodził od przemytników. Na terenach tzw. ściany wschodniej jest to jednak już co drugi papieros (49,8 proc.), a w takich miastach, jak Bartoszyce, Sejny czy Terespol, wyroby tytoniowe w kioskach kupują tylko zdezorientowani przyjezdni. Udział papierosów pochodzących z przemytu wynosi tam bowiem prawie 90 proc.
Prawdą jest, że w wypadku opodatkowania papierosów Polska jest w trudnej sytuacji ze względu na znaczący nacisk Unii Europejskiej. Wyroby te w Polsce są (jeszcze) tańsze niż na Zachodzie, co w powiązaniu z możliwością rekontrabandy, czyli przemycania na Zachód papierosów przemyconych do Polski, sprawia, że jesteśmy poważnym zagrożeniem dla tamtejszych rynków. I nie jest to tylko zagrożenie teoretyczne. Świadczą o tym wykrywane próby takiego przemytu. Przypadek sprawił, że tego samego dnia (28 sierpnia), kiedy w Budzisku litewski kierowca bił rekord przemytu wwozowego, celnicy w bazie kontenerowej w Gdyni wykryli próbę szmuglu 400 tys. paczek papierosów z Polski do Wielkiej Brytanii.
Sytuacja jest trudna, a dodatkowo komplikuje ją typowa w ostatnim czasie "motyla konsekwencja" naszych władz. Można bowiem albo nie ulegać naciskom i domagać się okresu karencyjnego w podnoszeniu akcyzy, albo podnosić akcyzę i uszczelnić granicę. Pomijając już jednak przemyt na skalę masową i związane z nim krążące po Polsce legendy, nie robi się nic, aby ukrócić obecnie całkowicie legalne funkcjonowanie "mrówek". Zgodnie z prawem, do Polski wwieźć można bez cła na własne potrzeby 250 sztuk papierosów. A ze wschodniej, "papierosowej strony" przekracza granicę rocznie niemal 100 mln osób. Ponieważ nie sposób uwierzyć, że ktoś nie przewozi wyrobów tytoniowych, oznacza to, że tolerujemy wwóz 25 mld papierosów (czy - jak kto woli - 1,25 mld paczek). A ponad miliard paczek papierosów daje ubytek dochodów podatkowych w wysokości 5-7 mld zł.
Nie jest to jedyna niespójność naszego prawa podatkowego. W wypadku podatku dochodowego od osób fizycznych (PIT) i firm (CIT) przed przekroczeniem granicznego punktu na krzywej Laffera broni nas wyrafinowany system ulg. To on sprawia, że przy krańcowych stopach równych 40 proc., przeciętna efektywna stopa podatkowa wynosi 15,5 proc. Ludzie bowiem uczą się liczyć i w roku ubiegłym już połowa podatników skorzystała z ulg i odpisów. W sumie odpisali oni ok. 12,5 mld zł, czyli więcej niż połowę osiągniętych przez budżet dochodów z PIT-u.
Chcemy czy nie, pytania o wysokość podatków, zasadność ulg i tolerowanie nieszczelności systemu podatkowego będą do nas wracać. W istocie są to pytania o to, czy jesteśmy zwolennikami takiej gospodarki, w której niski stopień fiskalizmu pobudza przedsiębiorczość (ekonomika podażowa), czy też takiej, w której obywatele mają dostarczać pieniądze państwu kreującemu popyt (keynesowskie zarządzanie popytem). Jest to, oczywiście, stary problem kury, która albo może znosić jaja, albo (ale tylko raz) zamienić się w rosół.
Pytanie "jaja czy rosół" jest tym bardziej zasadne, że obecnie dryfujemy w stronę gospodarki, w której wysokimi podatkami niszczymy przedsiębiorców, a jednocześnie środki gromadzone przez budżet są w znacznym stopniu bezproduktywnie marnotrawione. Jesteśmy zatem na najlepszej drodze do potłuczenia jajek i przegonienia kur do rajów podatkowych. A to znaczyłoby, że naszym twórczym wkładem w prezentowany dyskurs byłoby wymyślenie "ekonomiki antypodaży".

Więcej możesz przeczytać w 41/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0