Indywidualista w Ameryce

Indywidualista w Ameryce

W "Ghost Dog" skompromitowano nie tylko życie mafijne, ale też podstawowe prądy kulturowe w Ameryce, z poprawnością polityczną włącznie
Tomasz Raczek:- I znowu mamy na ekranach wybitny film. Tym razem jest to wyreżyserowany przez Jima Jarmuscha "Ghost Dog". A może powie pan, że panu się on nie podobał?
Zygmunt Kałużyński: - Bardzo mi się podobał, tym bardziej że gdy taki film dociera do nas z Ameryki, jest podwójnym, a nawet więcej niż podwójnym - wielokrotnie oryginalnym zjawiskiem.
TR: - Przecież powinniśmy się spodziewać, że jeśli coś firmowane jest nazwiskiem Jarmuscha, na pewno będzie daleko wykraczało poza schemat hollywoodzki.
ZK: - Ale dlaczego, panie Tomaszu? Ponieważ jest to - zaryzykuję takie stwierdzenie - najbardziej jaskrawy, krańcowy indywidualista w kinie amerykańskim. Silnie powiedziane, zważywszy, że to jest kino zmierzające do generalności, powszechności, ogólników, nawet do schematów i stanowiące tak silną organizację zbiorową, że wyłamać się z niej jest trudno. To, co nazywamy awangardą, niezależnością, indywidualizmem, w Ameryce jest wielokrotnie bardziej oryginalne, twórcze i rzucające się w oczy.
TR: - Moim zdaniem, "Ghost Dog" może się podobać i panu, i mnie. Mnie dlatego, że jest groteskowy - parodiuje gatunek, a panu dlatego, że chodzi o pański ulubiony gatunek, czyli czarny kryminał, opowieść mafijną.
ZK: - Tyle że parodie nie są bynajmniej rzadkością w kinie amerykańskim. My tutaj mamy coś jeszcze bardziej wyjątkowego. Jarmusch demonstracyjnie buntuje się przeciwko wszystkiemu, co reprezentuje tamtejsze kino, a więc kręci z uporem filmy czarno-białe, gdy panuje moda na Digital Dolby, gamę kolorów i trzy wymiary. Posługuje się aktorami mało znanymi albo wręcz amatorami. Kręci na ulicy, w toalecie, w pokoju z kuchnią, byle gdzie, co jest demonstracją przeciwko wielkiej, popisowej technice kina amerykańskiego.
TR: - Ależ w tym filmie mamy i kolor, i znanego aktora, Foresta Whitakera, w roli głównej, i dużo plenerów. Czyli żadna z tych cech, o których pan mówił, tu się nie potwierdza.
ZK: - Owszem, bo jest jeszcze jedna cecha Jarmuscha, o wiele ważniejsza niż technika - jego jaskrawy, wyzywający i ostateczny indywidualizm.
TR: - Ów indywidualizm prowadzi do tego, że parodię Jarmusch zamienia w... poezję. W kinie, jeśli już sięga się po parodię, zwykle służy ona śmiechowi; u Jarmuscha bynajmniej. Ja bym nawet porównał "Ghost Dog" z "Pulp Fiction", jeśli idzie o sposób przetworzenia materiału, tylko Jarmusch tym się różni od Tarantino, że nie ma w nim ani okrucieństwa, ani postmodernistycznej mozaikowej mentalności.
ZK: - "Pulp Fiction" ciągle jeszcze operuje wewnątrz sprawy, wewnątrz kina amerykańskiego, wewnątrz jego techniki i doskonałości, wprowadzając tam tylko wzbogacony punkt widzenia. Tymczasem "Ghost Dog" patrzy z zupełnie innej strony, z odległości indywidualizmu. Widzi pan, Jarmuscha usiłowano kiedyś zestawiać z hipisami i bitnikami, co jest niesłuszne, dlatego że oni w gruncie rzeczy kierowali się stadowością. W Ameryce bardzo trudno jest uniknąć stadowości. Ludzie nabierają swoich przyzwyczajeń, swojego sposobu ubierania się i rodzi się nowa konwencja. Jarmusch jest jeszcze gdzie indziej. Jest to tak dziki, wyłamujący się indywidualista, że jego bohaterowie są osobistościami kompletnie wyłączonymi. Można by go w takim razie zestawić z europejskimi indywidualistami, jak Greenaway na przykład, ale jednak nie! Bo przy tym wszystkim on jest szalenie amerykański! Ci jego maniacy, dziwacy, te rarogi odbijają typowe środowiska amerykańskie bądź też one same się w nich odbijają. Niech pan weźmie film "Truposz". Tam ta dziwaczna postać, grana przez Deppa, rzucona nagle w świat Dzikiego Zachodu skompromitowała ten świat.
TR: - Tak samo jest w "Ghost Dog". Mamy tu kompromitację za kompromitacją - nie tylko życia mafijnego, ale także wszystkich podstawowych prądów kulturowych w Ameryce, z poprawnością polityczną włącznie. Choćby ów przegląd rasistowskich zachowań wobec Indianina i Latynosów, dokonany w sposób wyrafinowanie kpiący.
ZK: - Wszystkie typowe amerykańskie sprawy załamują się w tym filmie jak w krzywym zwierciadle za sprawą dziwacznego charakteru owego zwalistego Murzyna, który jest maniakiem japońszczyzny.
TR: - Co jest dość perwersyjne, jeśli weźmiemy pod uwagę historię Stanów Zjednoczonych...
ZK: - Pod każdym względem! On nawet przyswoił sobie kodeks samurajski, który mówi, że służy się wiernie swojemu panu, narażając się na śmierć i umiejąc w każdej chwili ją przyjąć. Kiedyś, kiedy napastnik chciał zabić młodego Murzyna, uratował go przypadkowo przechodzący ulicą gangster i ten doszedł do wniosku, że będzie u niego samurajem. Tu zaczyna się najbardziej gryząca, ironiczna parodia gangsteryzmu amerykańskiego, dokonana przez indywidualistę, który - wydawałoby się - nie może mieć nic wspólnego z całym tym światem: Murzyn na zamówienie owego gangstera, który go kiedyś ocalił, morduje kogo tylko mu tamten wskaże.
TR: - Czyli staje się mordercą na zlecenie, chociaż tak w ogóle zajmuje się hodowlą gołębi.
ZK: - Tak, ale on za ich pośrednictwem otrzymuje zamówienia na morderstwo. Jego pan nawet nie wie, gdzie on mieszka, bo kontaktuje się z nim tylko za pośrednictwem gołębi pocztowych. Zdarzyło się jednak, że ofiarą padł gangster zbyt wpływowy...
TR: - W dodatku jest świadek morderstwa.
ZK: - O to chodzi. I za to odpowiedzialny jest i nasz Ghost Dog, i jego pan. Kiedy nasz Murzyn orientuje się w sytuacji, zaczyna mordować na prawo i lewo wszystkie bandy mogące zagrozić jego panu i jemu. Tu już jest otwarta satyra ze strony Jarmuscha. Są na przykład takie sceny, jak nasz Ghost Dog zabija szefa bandy, strzelając do niego poprzez wylot hydrauliczny, gdy tamten myje się nad umywalką. Albo w momencie, gdy nasz Ghost Dog celuje, żeby zgładzić jakiegoś innego bandziora, siada mu ptaszek na wizjerze karabinu i... jego to rozczula.
TR: - Czy nie uważa pan, że chwilami przypomina to poetykę Buńuela?
ZK: - Tak. Jest tu analogia. Postaci Buńuela są właśnie takimi absolutnie indywidualistami, poprzez których Buńuel krytykuje, kompromituje, ośmiesza wszystkie zasady, całą konieczną obyczajowość cywilizacji. Tylko robić to w Europie, to regularna tradycja. Właściwie każdy z wielkich pisarzy naszej części świata dokonywał podobnej krytyki, ale podejmować się tego w Ameryce, tak jak to robi Jarmusch, to naprawdę osobliwość, która zwraca uwagę na ten film, jeden z najbardziej oryginalnych w sezonie.

Okładka tygodnika WPROST: 9/2000
Więcej możesz przeczytać w 9/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0