Złoty środek

Złoty środek

Dodano:   /  Zmieniono: 
Rozmowa z ANDRZEJEM OLECHOWSKIM
"Wprost": - Zostawił pan na lodzie trzy miliony ludzi.
Andrzej Olechowski: - Nieprawda. Zaufanie wyborców odczytuję jako aprobatę dla programu i stylu uprawiania polityki, który prezentowałem, natomiast nie znajduję wśród swych zwolenników zachęty do założenia partii albo prowadzenia własnej działalności parlamentarnej. Tylko głuchy i niewidomy nie mógł nie zauważyć, że podkreślałem, iż nie jestem politykiem partyjnym, że nie będę tworzyć partii i nie zamierzam uczestniczyć w polityce parlamentarnej.
- Brzmi to jak dyplomatyczny wykręt od odpowiedzialności.
- Jeżeli proponuję swoją pomoc w tworzeniu silnej reprezentacji środka, to naprawdę nie rozumiem, jak to może być odczytywane jako opuszczanie elektoratu. Oto stała się wielka rzecz - środek sceny politycznej, rzekomo zgniatany i eliminowany przez lewicę i prawicę, okazał się znacząco większy. Przed takimi politykami jak ja pojawia się teraz zadanie, by tej grupie wyborców pomóc zdefiniować tożsamość, wykształcić poczucie odrębności i dostarczyć własnej reprezentacji politycznej. Tak, by nie byli skazani na wybór pomiędzy AWS a SLD.
- Na czym konkretnie ma polegać pańska pomoc?
- Zaproponowałem UW i SKL, czyli dwóm partiom, które chcą reprezentować taki środek, aby stworzyły do najbliższych wyborów parlamentarnych koalicję.
- Ma pan zatem coś do zaproponowania nie tyle wyborcom, ile partiom?
- Moja propozycja ma przede wszystkim na względzie interes wyborców. Oni potrzebują sprawnej, kompetentnej, mówiącej zrozumiałym językiem reprezentacji politycznej. Dlatego ja i moi współpracownicy chcemy pomóc w zawarciu porozumienia i być pomocni w czasie kampanii wyborczej do parlamentu.
- Czy to znaczy, że jednak będzie pan kandydował w wyborach parlamentarnych?
- Są ludzie, którzy wykonują zawód szewca, i są ludzie, którzy wykonują zawód krawca. Ja zawsze podkreślałem, że nie potrafię dobrze uprawiać polityki parlamentarnej.
- Zyskując tak duże poparcie w wyborach, stał się pan jednym z potencjalnych przywódców, a nie partyjnym pomocnikiem.
- Chciałbym być liderem ruchu na rzecz skoordynowania reprezentacji politycznej ludzi środka, zdefiniowania jej programu politycznego i tembru głosu, którym będzie się posługiwać. Zamierzam też utworzyć porządną, pozapartyjną, pozarządową organizację. Będzie się ona zajmowała promowaniem programu, który przedstawiłem w kampanii.
- Pozapartyjną czy też ponadideologiczną? Niemal wszystkie ugrupowania wyciągają rękę w pańskim kierunku - od Kwaśniewskiego, przez UW, po część AWS - jakby wszyscy mogli się podpisać pod tym programem.
- W czasie wyborów konkurowaliśmy z panem Krzaklewskim różnym widzeniem rzeczywistości. Wedle pana Krzaklewskiego, podział na postsolidarność i postkomunę nadal ma podstawowe znaczenie dla obywateli. Moim zdaniem, podział ten ma znaczenie na poziomie wartości, kultury, często na gruncie towarzyskim, jednak już nie w sferze dokonywania wyborów politycznych. Innymi słowy, skończył się czas, że nieważne "co", ale "kto" mówi, skąd przychodzi. Teraz już jest mniej ważne, skąd kto przychodzi, lecz ważne, co mówi. I często ludzie przywiązani do wartości sierpniowych nie mieli ochoty głosować na pana Krzaklewskiego - wybrali mnie, a nawet pana Kwaśniewskiego.
- Zwłaszcza że nie mieli kandydata Unii Wolności.
- Oczywiście, jednak zwracam uwagę, że najlepszy wynik, jaki osiągnęła unia, to 1,7 mln głosów. Jeśli nawet dodać do tego trudny do oszacowania elektorat SKL, to głosowanie na mnie ujawniło grupę środka większą mniej więcej o milion osób. I większą o pół miliona osób od wyborców Tadeusza Mazowieckiego w wyborach prezydenckich 1990 r. Ujawnił się duży elektorat, który powinniśmy w istocie dopiero poznać i o który trzeba zadbać.
- Nie obawia się pan, że elektorat środka może już wkrótce zostać rozszarpany między lewicę i prawicę?
- Dlatego mówię o szansie, wyzwaniu - obywatele, którzy nosili w klapie znaczek "głosowałem na Olechowskiego", powinni teraz wpiąć znaczek "jestem człowiekiem środka". Do takiej zmiany znaczków trzeba ich jednak przekonać. Dlatego nakłaniam liderów obu partii do pracy nad umocnieniem i rozszerzeniem środka. Bo nie uważam, żeby ograniczał się on do trzech milionów osób. Przecież wielu głosujących na pana Kwaśniewskiego nie będzie głosować na SLD, zarazem będzie im bardzo daleko do AWS.
- Czy należy rozpisać przedterminowe wybory?
- W świetle wyników wyborów prezydenckich nie mogę inaczej odpowiedzieć niż "tak". Na pewno dzisiejszy układ parlamentarny nie odzwierciedla układu preferencji społecznych. Czy w związku z opowiedzeniem się za przyspieszeniem wyborów skazuję samego siebie na scenariusz zwycięstwa lewicy i dominacji jednej opcji? Otóż nie - wybory przyspieszone odbędą się nie wcześniej niż za pół roku. Dziś jeszcze wielu obywateli przejawia wyjątkowo duże zainteresowanie polityką. Można więc skutecznie zrealizować ideę środka i przeciwstawić się dominacji SLD. Ale należy kuć żelazo, póki gorące i do kampanii parlamentarnej przystąpić już teraz.
- Wystosowywanie samych apeli to mało skuteczna metoda powstrzymywania SLD. Czy swoją inicjatywę już pan spisał na straty?
- Absolutnie nie. Dyskusje i oświadczenia podejmowane i w UW, i w SKL dobrze jej rokują.
- Polityk, który chce uchodzić za poważnego, powinien zawsze mieć plan rezerwowy. Jeżeli mimo wszystko nie dojdzie do zbliżenia między UW i SKL, co pan powie swoim wyborcom?
- Nie jestem czarodziejem, nie mogę spowodować deszczu. Jeśli te partie nie zdecydują się na współpracę, ja ich nie zastąpię. Nadal jednak będę uczestniczyć w debacie publicznej.

 
Więcej możesz przeczytać w 43/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0