Gadanie na ekranie

Gadanie na ekranie

Jaką Polskę pokazują nam twórcy rodzimych talk-show?
Recydywiści, małżeństwa drukujące swoje akty w pismach pornograficznych, mistrz Europy w prowadzeniu tramwaju, samozwańczy car Rosji - to typowi goście telewizyjnych talk-show. Najpopularniejsze przyciągają przed ekrany 11 proc. widowni. Czy pokazują prawdziwe oblicze Polaków i ich zainteresowania, czy raczej je kreują?
- W tej paplaninie na ekranie nie odbija się życie, a jedynie ludzkie dążenie do życia w sąsiedztwie innych - twierdzi prof. Tomasz Goban-Klas z katedry Komunikowania i Mediów Społecznych Uniwersytetu Jagiellońskiego. - To zastępcza forma poznania sąsiada w akcji, gdy się przed nami obnaża. Ważne jest jedynie to, by był gawędziarski i mówił na każdy temat.

Oklaski na komendę, ustalone wcześniej "spontaniczne" pytania, wyostrzanie problemów - to rzeczywistość telewizyjnego talk-show. Atmosferę podkręca się tu przez rekwizyty (na przykład w programie "Pod napięciem" publiczność gromadzi się wokół ustawionych na planie szlabanów) czy reżyserowane okrzyki (m.in. "Rozmowy w toku"). Także publiczność jest często selekcjonowana: widownię programu z udziałem księży stanowią młodzi ludzie o zapędach anarchistycznych, zdradzający mężowie występują na tle młodych feministek etc. Wszystko po to, by odbiorca nie zmienił kanału. Niedawno głośnym echem odbiła się wieść o sposobie naboru statystów do produkowanych w Krakowie "Rozmów w toku" przez krakowskie agencje castingowe (pisała o tym m.in. "Gazeta Wyborcza"). Za godzinę nagrań można dostać kilkadziesiąt złotych. Statystą może zostać każdy. Wprawdzie trzeba mieć ukończone siedemnaście lat, ale nawet piętnastolatek zasiądzie na widowni, jeśli tylko wygląda dojrzale.
Uwagę widzów przed telewizorami przykuwa przede wszystkim dramatyczna narracja osoby prowadzącej i narastająca - jak u Hitchcocka - dramaturgia. Oczywiście, dobrze reżyserowana, bez miejsca na improwizację. - Przed nagraniem rzeczywiście ustalam z gościem, jakie mogę zadać pytania i które tematy wolno pogłębiać. Nie zaskakuję go. Wszystko jest wcześniej ustalone - przyznaje Mariusz Szczygieł, gospodarz talk-show "Na każdy temat". Bohaterów (takich jak czterdziestokilkuletnia Danuta, która przed kamerą opowiedziała o tym, jak w wieku 22 lat została zgwałcona) autorzy programu szukają przez taksówkarzy, barmanów, znajomych, psychoterapeutów, grupy wsparcia, policję, sąsiadów. Najdrobniejszy konflikt przy odpowiedniej inscenizacji i podrasowaniu może się stać wydarzeniem na skalę kraju. - Nie kreujemy ani bohaterów, ani spraw, którymi się zajmujemy. Mówimy o rzeczach z życia wziętych i bulwersujących, ale milczenie o nich byłoby niebezpieczne - nie zgadza się Marcin Wrona, prowadzący tzw. reality show "Pod napięciem".
W Ameryce kogoś, kto opowie w telewizji o wszystkim - o swoim pierwszym stosunku, o tym, że był maltretowany przez ojca i o spotkaniu z nieznaną cywilizacją - nazywa się "świnią medialną" (media pig). Również w Polsce zaczynają się pojawiać tacy, co za kilkaset złotych opowiedzą przed kamerą wszystko. - We wszystkich programach telewizyjnych goście dostają pieniądze za występ. Moi też, bo to dla nich stres i wysiłek - mówi Wojciech Jagielski, znany z zadawania niedyskretnych pytań ("Wieczór z Jagielskim").
- Bohaterowie, a są nimi zwykli ludzie, sami się do nas zgłaszają. Przysyłają listy z historiami lub dzwonią pod podany numer telefonu. Nasi współpracownicy zapisują wszystko i skrzętnie sprawdzają. Niczego nie reżyserujemy. Nasi goście są autentyczni. Gwiazdami w swych miejscowościach zostają po programie - mówi Anna Maruszeczko, gospodyni programu "Wybacz mi". Za pośrednictwem telewizji ludzie przepraszają w nim swych bliskich za wyrządzone krzywdy: mężowie, którzy porzucili rodziny i przez kilka lat nie dawali znaku życia; kobiety, które opuściły dzieci i przeszły przez piekło choroby alkoholowej. Ale nawet sami prowadzący przyznają, że w Polsce pojawił się już typ człowieka próbującego się dowartościować przez pokazanie się w telewizji. - Występowanie w telewizji w każdej formie jest nobilitacją. A "widowiska mówione" zapewniają łatwy dostęp do kamery i możliwość kontaktu z milionami osób - tłumaczy ten fenomen prof. Zbigniew Nęcki, psycholog z PAN. Ich wstrząsająco otwarci uczestnicy to ludzie dwojakiego rodzaju. - Nie tylko ci, którzy o swych najintymniejszych przeżyciach mówią z przekonania, by pomóc innym, ale i mitomani opowiadający nieprawdziwe historie, by wstrząsnąć swą osobą innych.
Programy typu talk-show ośmielają ludzi, uczą ich, że otwartość nie tylko nie zrujnuje kariery, ale wręcz przeciwnie - przysparza popularności, a nawet pieniędzy. Osoby, które jeszcze kilka lat temu nie przyznałyby się do sprzeczki rodzinnej, opowiadają dziś przed kamerą o swoich najintymniejszych problemach łóżkowych. Pod tym względem talk-show zapoczątkował rewolucję w psychice Polaków. Rewolucja, która rozpoczęła się w Ameryce 20-30 lat temu, teraz dociera do Polski. Czy zmieni również nas tak jak pierwsze tego typu widowiska telewizyjne odmieniły Amerykanów? Wszystko na to wskazuje. - Kilka lat temu, gdy zaczynałem prowadzić program, Polacy byli bardziej zamknięci i skrępowani - mówi Mariusz Szczygieł.
W dzisiejszych "tokszołach" - jak twierdzi Tomasz Raczek, niegdyś autor tego typu programu w Canal Plus - wszystko jest pozorem: pytania do znajomych i do zaproszonego gościa. Nie ma ani prawdy, ani nieprawdy. Nie ma nic poza rozrywkowym efektem A od samego gościa ważniejsze są niedyskrecje wydobyte przez współpracowników prowadzącego od przyjaciół zaproszonego. Technika jest prosta. Researcherki dzwonią do osób związanych z gościem i proszą, by ten opowiedział im coś zabawnego, zaskakującego na jego temat. A zwiedzeni nieformalnym trybem telefonicznej pogawędki rozmówcy opowiadają mniejsze lub większe niedyskrecje. Większość tych programów na polskim rynku to wyreżyserowane widowiska rozrywkowe. - Nie przedstawiają rzeczywistości, a są odmianą kabaretu - mówi Jacek Żakowski, były współprowadzący nie istniejącego już "Tok Szoku".
Skąd popularność talk-show? Czy lubimy oglądać wydumany i podkoloryzowany obraz świata? Prof. Aldona Jawłowska, socjolog z Polskiej Akademii Nauk: - Tego typu programy odwołują się do powszechnej potrzeby zdzierania zasłony prywatności. A my uwielbiamy podglądactwo i odsłanianie szczegółów intymnego życia innych. We współczesnej kulturze jest to coraz popularniejsze. Od wylewania intymności pęka prasa kobieca, a w programach młodzieżowych bez żenady opowiada się o inicjacji seksualnej.
Granica między życiem prywatnym a publicznym się zaciera. Ekshibicjonizm to dziś najlepsza rozrywka i jak to w świecie rozrywki bywa - czasem rzeczywistość trzeba upiększać. 


Okładka tygodnika WPROST: 45/2000
Więcej możesz przeczytać w 45/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0