Dwadzieścia lat później

Dwadzieścia lat później

Czym zajmują się dziś twórcy Niezależnego Zrzeszenia Studentów
Ludzie Niezależnego Zrzeszenia Studentów są jedynym pokoleniem, które zrobiło karierę w III RP i nie należało do kontrolowanych przez władze PRL organizacji młodzieżowych. Są pierwszym pokoleniem działającym w warunkach demokracji. W przeciwieństwie do środowisk ZSMP i SZSP założyciele NZS nie byli przygotowywani do sprawowania władzy, lecz sami ją zdobywali. Charakteryzuje ich też znacznie mniejsza koleżeńska solidarność, w przybudówkach PZPR posunięta wręcz do kumoterstwa. Po latach coraz więcej osób przyznaje się do swoich korzeni w "studenckiej 'Solidarności'". Co w dwudziestą rocznicę powstania organizacji łączy byłych członków NZS i jakie znaczenie ma dla nich wspólny rodowód?

Robert Smoktunowicz prowadzi kancelarię prawniczą, Grzegorz Schetyna jest posłem Unii Wolności i kieruje najlepszą drużyną koszykarską w kraju, Krzysztof Kwiatkowski jest asystentem premiera, Donald Tusk - wicemarszałkiem Senatu, Paweł Piskorski - prezydentem Warszawy, a Maciej Kuroń gotuje z pasją i sprzedaje agencjom reklamowym powierzchnię na swoim fartuchu. Zbigniew Nowek od trzech lat jest szefem Urzędu Ochrony Państwa. Wszystkich do kariery przygotowywała praca w Niezależnym Zrzeszeniu Studentów. - Dzięki NZS prawie 200 tys. osób nauczyło się obywatelskiej aktywności - mówi poseł Andrzej Anusz, działacz zrzeszenia. - Wspólnie łapaliśmy bakcyla polityki - wspomina Adam Pęzioł, wojewoda opolski.
Lista polityków, którzy zaczynali w NZS, jest długa: Ryszard Czarnecki, Jan Maria Rokita, Marek Jurek, Piotr Żak, Konstanty Miodowicz, Jerzy Widzyk, Waldemar Pawlak. NZS okazało się prawdziwą kuźnią kadr. Donald Tusk współtworzył je na Uniwersytecie Gdańskim wraz z obecnymi działaczami AWS - marszałkiem Sejmu Maciejem Płażyńskim i Jackiem Rybickim, do niedawna wiceprzewodniczącym AWS. Paweł Piskorski, prezydent Warszawy, polityk Unii Wolności, był szefem NZS na Uniwersytecie Warszawskim i przewodniczącym Krajowej Komisji Koordynacyjnej.
- Wówczas nie myślałem, że ta działalność będzie wstępem do polityki - wspomina Piskorski. Już w 1991 r. został posłem z listy Kongresu Liberalno-Demokratycznego. Dziś dawni koledzy zarzucają mu zawarcie w Warszawie koalicji z SLD. - Poszedłem na kompromis z winy podzielonej prawicy - broni się Piskorski.
- Wiele osób z NZS nie zrobiło kariery politycznej, wielu znalazło sobie miejsce gdzie indziej - mówi Jarosław Guzy, pierwszy przewodniczący zrzeszenia w latach 1980-1981. Guzy jest przekonany, że robienie kariery nie musiało oznaczać zrywania ze studenckimi ideami, ale przyznaje jednocześnie z żalem: - Gdzieś po drodze zgubiliśmy nasz świat wartości. Prawica nie jest wolna od korupcji, arogancji, lekceważenia zasad. Oczywiście na skalę chałupniczą. W skali przemysłowej postkomuniści są lepsi.
- Wszyscy jesteśmy trochę rozczarowani. Beneficjantami zmian zachodzących w Polsce są przede wszystkim ci, którzy nas kneblowali, a szefem partii uzyskującej największe poparcie jest Leszek Miller, były sekretarz KC PZPR. Boli też to, że wielu byłych działaczy NZS gdzieś po drodze się zagubiło - mówi Piotr Żak, poseł AWS z rekomendacji Stowarzyszenia Byłych Członków NZS. - Niektórym "wygięły się" kręgosłupy i właśnie w ich wypadku jest to najbardziej widoczne. "Oni" zawsze byli i będą garbaci - dodaje Jarosław Guzy.
- W szeregach działaczy NZS nie wytworzyły się tak silne więzi jak wśród aktywistów SZSP. Nie organizujemy rocznicowych wspominków i nie pomagamy kolegom wspinać się po szczeblach kariery - mówi Andrzej Zarębski, były członek Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, obecnie właściciel firmy konsultingowej. - Nie ma w naszym gronie ludzi, którzy dla "swoich" otwierają każde drzwi - zaznacza Mariusz Kamiński, poseł AWS.
- Zrzeszenie nigdy nie było kliką - dodaje Jarosław Guzy.
- Czasem, gdy w politycznych rozmowach na górze trwa impas, nam udaje się załatwić wiele spraw dzięki nieformalnym kontaktom ludzi z dawnego NZS - zdradza jednak Andrzej Anusz. Przykład podaje Mariusz Kamiński: - Namówiłem kiedyś Grzegorza Schetynę z Unii Wolności, aby ze względu na pamięć o dawnych latach wbrew swojej partii głosował za ustawą dekomunizacyjną. Miał potem nieprzyjemności.
NZS rozpoczęło działalność w Gdańsku. Pomysł jego powołania miał się zrodzić podczas sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej, gdzie pod bramą nr 2 spotkało się kilku studentów. - To była próba zaktywizowania środowiska akademickiego. Zrzeszenie miało być studencką częścią "Solidarności"- wspomina Donald Tusk. 27 sierpnia 1980 r. studenci z Gdańska ogłosili listę postulatów, wśród których jednym z podstawowych było żądanie utworzenia niezależnej organizacji studenckiej. 2 września powołano Tymczasowy Komitet Założycielski Niezależnego Zrzeszenia Studentów Polskich Uniwersytetu Gdańskiego. Podobne struktury powstały w innych ośrodkach akademickich. Już 18 i 19 października 1980 r. odbył się Zjazd Delegatów Komitetów Założycielskich Niezależnych Organizacji Studenckich. Wyłoniony Ogólnopolski Komitet Założycielski miał zarejestrować NZS. Proces ten przeciągał się, dlatego studenci z Łodzi rozpoczęli strajk. W końcu 17 lutego 1981 r. NZS zarejestrowano.
Na początku kwietnia w Krakowie odbył się pierwszy zjazd organizacji. Wzięło w nim udział 240 delegatów reprezentujących 66 z 89 istniejących wówczas uczelni. Uczestnicy następnego zjazdu, planowanego na grudzień, mieli się zająć sprawami programowymi. Od listopada 1981 r. w większości uczelni trwały strajki, które zakończono 9 grudnia, po apelu prymasa Stefan Wyszyńskiego. Po wprowadzeniu stanu wojennego wielu aktywistów internowano, działalność NZS została zawieszona, a potem zrzeszenie rozwiązano. Organizacja, choć rozproszona, funkcjonowała w podziemiu, a od roku akademickiego 1986/1987 zaczęła się konsolidować. W trakcie tajnego zjazdu w styczniu 1987 r. w akademiku Politechniki Warszawskiej wybrano "krajówkę", zwaną "drugim NZS". Pierwszą wielką demonstracją, w której wzięły udział ponad dwa tysiące osób, był pochód zorganizowany w 20. rocznicę wydarzeń marcowych. "Podczas wiecu ujawniono Komitet Założycielski NZS Uniwersytetu Warszawskiego" - przypomina w książce "NZS" Andrzej Anusz. Jednak dla bezpieczeństwa część działaczy pozostała w podziemiu.
NZS podejmowało też akcje solidarnościowe ze strajkującymi robotnikami. Przed "okrągłym stołem" drogi "Solidarności" i zrzeszenia zaczęły się rozchodzić. Przedstawiciele NZS brali udział w obradach, ale ponieważ nie uzyskali zapewnienia o reaktywowaniu organizacji, nie podpisali porozumienia. Rejestracja NZS nastąpiła dopiero po powołaniu na premiera Tadeusza Mazowieckiego. Rozpoczął się nowy etap działalności zrzeszenia, zwany trzecim.
Historycy i socjologowie są zgodni, że największe zasługi NZS dla odzyskania demokracji przypadły na koniec lat 80.
- To był czas marazmu i stagnacji. SB miała dobre rozpoznanie w środowiskach podziemnych i aresztowania były na porządku dziennym. Wielu dawnych działaczy wyemigrowało i wielu zamierzało to zrobić. A tu nagle w 1988 r., gdy osłabła wszelka walka przeciw totalitaryzmowi, zastrajkowali robotnicy i studenci - przypomina prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego. O zasługach tych prawie zapomniano podczas obrad "okrągłego stołu". "Nie ma sukcesu bez NZS-u" - skandowali studenci, domagając się legalizacji zrzeszenia.
- My zawsze pełniliśmy funkcje usługowe, najpierw wobec "Solidarności", potem komitetów obywatelskich i pierwszych partii prawicowych. To był nasz błąd - uważa Anusz. - Mieliśmy poczucie zmarnowanej szansy, ale nie było pomysłu, jak z NZS utworzyć bardziej zwarte środowisko. Dlatego, wykorzystując dawne kontakty, utworzyliśmy Ligę Republikańską - mówi Mariusz Kamiński. Dziś zrzeszenie jest jedną z wielu organizacji studenckich, która załatwia stypendia i organizuje obozy.
- Zrzeszenie zasłużyło na miejsce nie tylko w historii, ale także na uczelni i w życiu politycznym - sprzeciwia się marginalizacji organizacji Piotr Sulima, obecny przewodniczący NZS. Podkreśla, że nadal jest jedynym forum dyskusji pomiędzy centroprawicowymi młodzieżówkami. - Są u nas członkowie wszystkich prawicowych młodzieżówek. Niestety, wielu polityków wywodzących się z NZS wciąż traktuje nas jak kopciuszka. Zamiast inwestować w młodzież, ustawiają nas na półce historii - mówi Sulima.
- Nie chciałbym oceniać i wychwalać zasług "pierwszego NZS". Przestrzegam jedynie przed syndromem kapciowego, czyli drogą szybkiej kariery, w której podczepienie się pod znanego polityka zastępuje własny wysiłek i niezbędne doświadczenia - mówi Jarosław Guzy.
Więcej możesz przeczytać w 46/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0