Strażnicy kasy

Strażnicy kasy

Zgodnie z teorią Monteskiusza o trójpodziale władzy parlament tworzy prawo, rząd je wykonuje, a sąd sprawdza, czy obydwa wcześniej wymienione podmioty za bardzo nie oszukują.
Niektórzy sądzą również, że istnieje czwarta władza - media. Rzeczywistym, najsilniejszym czwartym do brydża, jest jednak władza monetarna. Ten czwarty, ale rozdający karty, to Rada Polityki Pieniężnej, bo to ona decyduje, ile pieniędzy mogą zmarnotrawić politycy.
W czasach "gold standardu" władza taka była zbędna, o podaży pieniądza decydowały bowiem zasoby złota. A ponieważ były one ograniczone, nikomu nie przychodziły do głowy pomysły wydawania nie istniejących pieniędzy. Tak zwana zasada budżetowa, głosząca, że państwo może wydać tylko tyle pieniędzy, ile zagarnie z podatków, była niepodważalnym prawem. Niestety, rozwój demokracji sprawił, że politycy nie mogli się oprzeć pokusie kokietowania wyborców. A najlepiej do tego nadaje się rozdawanie pieniędzy. Aby ich do rozdawania było więcej, świat odszedł od złotej waluty. Maszyny drukarskie ruszyły i rządy zaczęły zarządzać popytem, czyli finansować swoje wydatki deficytem budżetowym. Ceny nie chciały jednak słuchać ustaw parlamentarnych. Inflacja, zjawisko przedtem nie znane normalnym gospodarkom, zagościła na stałe w domach i zagrodach.
Wypowiedzenie wojny inflacji wymagało powołania niezależnych organów władzy, które mogłyby wyhamować wzrost cen. Polska dziesięcioosobowa RPP, na której czele stoi prezes NBP, jest rzeczywiście niezależna od rządu, Sejmu i prezydenta, a kadencja członków (mogą być nimi "osoby wyróżniające się wiedzą z zakresu finansów" i "nie prowadzące działalności publicznej") trwa sześć lat.
W ramach swojej niezależności 23 września 1998 r. rada uchwaliła średniookresową strategię pieniężną. Przyjęto w niej, że będzie wyznaczany bezpośredni cel inflacyjny, by utrzymać stabilny poziom cen. Przewidziano, że przez pięć lat, czyli do roku 2003, "celem średniookresowym polityki pieniężnej jest obniżenie inflacji poniżej 4 proc.". Jednocześnie przyjęto, że celem krótkookresowym na koniec 1998 r. jest osiągnięcie wskaźnika wzrostu cen towarów i usług konsumpcyjnych (CPI) na poziomie 9,5 proc.
I ten cel, co prawda wyznaczony trzy miesiące przed końcem roku, był jedynym do tej pory, który udało się osiągnąć. Faktyczna inflacja roczna wyniosła bowiem w 1998 r. 8,6 proc. Potem było już znacznie gorzej, co jest pewną rysą na idealnym wręcz obrazie RPP. Przyjmując strategię na 1999 r., planowano najpierw, że inflacja wyniesie 8-8,5 proc., by w marcu podjąć decyzję o obniżeniu celu inflacyjnego do 6,6-7,8 proc. Rzeczywistość okazała się gorsza zarówno od optymistycznej, jak i pesymistycznej wizji. Ceny wzrosły bowiem aż o 9,8 proc. Jeszcze gorzej zapowiada się ten rok, w którym bezpośredni cel inflacyjny ustalono w przedziale 5,4-6,8 proc., a więc o 4-5 punktów procentowych poniżej faktycznego wzrostu cen.
Nie może zatem specjalnie dziwić ocena znanego analityka, Krzysztofa Rybińskiego, że "próba trafienia w cel krótkoterminowy przypomina próbę ustrzelenia zająca przez krótkowidza bez okularów w gęstym zagajniku w środku nocy. Przy szczęśliwym zbiegu okoliczności takie trafienie jest możliwe, lecz próba budowania wiarygodności banku centralnego na 'szczęśliwych zbiegach okoliczności' nie jest chyba najlepszym pomysłem".
W toczącej się dyskusji o tym, dlaczego RPP nie może bez okularów trafić w środku nocy w zająca buszującego w gęstym zagajniku, wypowiadane są poglądy dotyczące zarówno wyboru celu polityki pieniężnej, jak i określenia jego miernika. Ważne, metodologiczne kwestie, odgrywają tu jednak mniej ważną rolę. Większe znaczenie ma to, że RPP może kontrolować jeden z trzech zasadniczych czynników inflacjogennych. Może mieć więc duży - poprzez ustalanie stóp procentowych i skalę operacji otwartego rynku - wpływ na wielkość kredytów oraz ilość pieniądza w obiegu. Nie ma natomiast większego wpływu na emisję pieniądza krajowego wynikającą z wymiany walut pochodzących z eksportu i inwestycji zagranicznych oraz żadnego wpływu na deficyt finansów publicznych.
W takiej sytuacji o skuteczności walki z inflacją decydują współpraca władz monetarnych i fiskalnych, czyli RPP i MF, oraz determinacja rady i jej odporność na naciski polityczne. Z tym drugim jest średnio, z tym pierwszym - raczej źle. Mimo ciągłego doskonalenia regulacji ustawowych dotyczących finansów publicznych, znacznej części wydatków sektora publicznego nie kontroluje w Polsce nikt. Prawdą jest również to, że parlament, uchwalając budżet, stara się maksymalnie powiększyć jego deficyt, a Ministerstwo Finansów utrzymuje jedynie bardzo umiarkowaną dyscyplinę jego realizacji. W tej sytuacji cały niemal ciężar walki z inflacją spada na RPP. I choć mogłaby ona sprawić, żeby inflacja mieściła się w wyznaczonym przez cel przedziale, musiałaby jednak jeszcze częściej i w sposób jeszcze bardziej zdecydowany sięgać po swój główny instrument kontroli podaży pieniądza, czyli stopy procentowe. Stosowanie tego środka ma jednak swoje granice. Hamuje on wzrost gospodarczy, a każda podwyżka stóp wywołuje falę ataków na RPP i falę nacisków na obniżenie stóp. I choć - w myśl ustawy - członkowie rady to "osoby nie prowadzące działalności publicznej", to z nieba nie spadli i pewien związek z partiami mają.
Uwzględniając te wszystkie ograniczenia, trwającą dziewięćset osiemdziesiąt trzy dni pracę rady pod kierownictwem prezes Hanny Gronkiewicz-Waltz trzeba ocenić pozytywnie. Politykom tak całkiem gospodarki nie udało się rozwalić, a inflacja, choć przestała spadać, to przynajmniej nie rośnie. Celowo podkreślam wkład w te skromne osiągnięcia pani prezes, bo bezdyskusyjną jej zasługą było to, że potrafiła wykreować image rady i NBP jako instytucji politycznie niezależnych.
Tysiąc dni mija i pani prezes odchodzi. W historii RPP rozpocznie się nowy okres. Kogo na jej miejsce desygnuje prezydent i kogo przyklepie Sejm, nie wiadomo. Na wszelki jednak wypadek warto zmówić paciorek, dopraszając się łaski, by nie był to nikt bardziej podatny na naciski polityków. Politycy bowiem zawsze chcą dobrze i chcąc sprawić, aby każdy skosztował owoców wzrostu, chętnie obdarowują wszystkich nie istniejącymi pieniędzmi.
I wszyscy chętnie je biorą. A potem i ci, którzy dają, i ci, którzy biorą, dziwią się, że inflacja zjadła (z kośćmi) nie tylko jego owoce, ale i cały wzrost gospodarczy.

Więcej możesz przeczytać w 46/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0