Wirtualna rewolucja

Wirtualna rewolucja

Rocznicę rewolucji październikowej za święto uznaje 14 procent Rosjan. Tyle samo obchodzi walentynki
Tydzień przed obchodami 83. rocznicy Wielkiego Października rosyjskie służby specjalne ogłosiły sensacyjny komunikat. Ujawniono działalność terrorystycznej organizacji, której celem było przejęcie władzy. Liderem buntowników miał być 21-letni piekarz Andriej Sokołow. Razem z nim oskarżono dziewięć osób, członków organizacji Oddział Terrorystyczny, która chciała powrotu komunizmu w Rosji. Według FSB, terroryści planowali - wzorem Lenina i Trockiego - rewolucyjny zamach stanu. Jak jednak zauważa moskiewska prasa, część z nich w momencie oskarżenia właśnie przebywała w areszcie. Zdaniem politologa Pawła Popowa, Oddział Terrorystyczny po prostu nie istnieje, a cała afera została wymyślona przez służby specjalne realizujące własne cele.
- Nie ma żadnej możliwości odrodzenia komunizmu w Rosji - uważa Popow. - Ani Giennadij Ziuganow, ani żaden inny lider nigdy nie wygra wyborów prezydenckich, czyli nie zdobędzie władzy, a gdyby nawet tak się stało, wcale nie oznacza to wprowadzenia systemu komunistycznego.
Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej - spadkobierczyni Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego - nadal pozostaje największą organizacją odwołującą się do ideologii komunistycznej. W swych założeniach programowych żąda "anulowania umowy białowieskiej, która doprowadziła do rozpadu Związku Radzieckiego", "oddania zrabowanego majątku narodowego w powtórne władanie proletariatu", czyli nacjonalizacji przemysłu i handlu oraz stworzenia gospodarki opartej na centralnym planowaniu. Zatrzymany przez tajną policję piekarz Andriej Sokołow wsławił się tym, że obrzucił zgniłymi pomidorami Giennadija Ziuganowa, oskarżając go o zdradę proletariatu.
- Cechą rosyjskich komunistów jest między innymi to, że co innego mówią, a co innego robią - uważa Marina Łatyszewa z tygodnika "Wersja". W deklaracjach są nieprzejednani i ortodoksyjni, w praktyce zaś robią to, czego chce Kreml. Domagali się dwukrotnego wzrostu świadczeń socjalnych, a poparli liberalny budżet rządu Kasjanowa. Zarzucali prezydentowi wprowadzanie dyktatury, a poparli wszystkie ustawy wzmacniające władzę centralną.
Już w czasie wyborów prezydenckich w 1995 r., kiedy pierwszy i jedyny raz Ziuganow miał szansę zostać prezydentem Rosji, liczni przeciwnicy zarzucali mu, że tak naprawdę nie chce władzy i sam nie wierzy we własne slogany. Podczas ostatnich wyborów w marcu zeszłego roku, gdy jego przeciwnikiem był Władimir Putin, Ziuganow był już tylko ozdobą jego kampanii.
Giennadij Ziuganow nie miał wyjścia - partia staczała się po równi pochyłej, a jego przywództwo było zagrożone. Receptą na to stało się całkowite podporządkowanie się Kremlowi. W zamian Ziuganow zdecydowanie częściej pojawia się w państwowych mediach, a co najważniejsze - otrzymał gwarancje nietykalności; przewrotu pałacowego, który miał się dokonać w obozie komunistycznym, zapewne nie będzie.
Drużyna z Petersburga po dojściu do władzy stwierdziła, że Rosji potrzebny jest system dwupartyjny, ale brakowało "lewej nogi". Chodziło o to, by powstała partia, która odbierze elektorat komunistom, a jednocześnie będzie popierała Kreml. Misję jej utworzenia otrzymał działacz komunistyczny od dawna posłuszny władzy - Giennadij Sieliezniow. Przez dwie kadencje pełniący funkcję przewodniczącego Dumy nazywany jest żartobliwie "czerwonym Gieną".
Sieliezniow od razu chciał wypełnić swoje zadanie. Zapowiedział na grudzień zjazd założycielski Ruchu Rossija, który miał być kontrpropozycją dla "grzęznącej w historii" KPRF. Bardzo szybko okazało się jednak, że rzeczywistość go przerosła. Wobec posłusznej postawy "starych" komunistów władzy przestała być potrzebna nowa partia. Rolę "lewej nogi" doskonale odgrywa KPRF, a jej liderem pozostaje Ziuganow.
Pierwszym rezultatem zjazdu było to, że pozycja Giennadija Ziuganowa jako lidera pozostała nie zagrożona. Oprócz posłuszeństwa władzy oznacza to zachowanie linii ideowej. Ziuganow jest zwolennikiem połączenia idei komunistycznych i nacjonalistycznych. Pod jego wpływem partia zerwała z internacjonalizmem, a hasło "Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się" nie pojawia się już na jej manifestacjach. Marina Łatyszewa uważa, że dzisiejszy rosyjski komunista składa kwiaty zarówno pod pomnikiem Lenina, jak i u stóp Piotra Wielkiego. Jego bohaterami są już nie tylko byli sekretarze KPZR, ale także Katarzyna II czy marszałek Suworow. Komunista dziś martwi się tym, że podli imperialiści robią niewolników z narodu rosyjskiego. I każdy, kto uważa podobnie, jest jego sojusznikiem, nawet jeśli są to przedstawiciele Cerkwi.
Ostatni zjazd pokazał, że w partii jest opozycja. Jej liderem jest Giennadij Siemigin, 40-letni biznesmen, który wbrew woli szefa partii został przewodniczącym zarządu Narodowo-Patriotycznego Sojuszu Rosji. Frakcję Semigina nazywa się "malinową" (od koloru ich luksusowych garniturów). W przeciwieństwie do "czerwonych" zwolenników Ziuganowa "malinowi" zdają się nie mieć żadnej ideologii. Są to przedstawiciele tej części KPZR, której udało się uwłaszczyć, i teraz mają własne przedsiębiorstwa, ale równocześnie czują silną nostalgię za ZSRR. Zwolennicy Semigina chcą po prostu, aby partia była zapleczem władzy i miała - jak wszystkie partie w Rosji - silny własny koncern prasowy, banki i przedsiębiorstwa.
Ideowy komunista Wiktor Ampiłow, przywódca organizacji Robotnicza Rosja (Trudowaja Rossija), uważa jednak, że na razie walka między obiema frakcjami toczy się o to, kto będzie miał lepszy dostęp do Kremla i kto zdobędzie większe zaufanie ludzi prezydenta.
Oczywiście dla Robotniczej Rosji Ziuganow, a tym bardziej Siemigin, nie są komunistami, ale "politycznymi sprzedawczykami", którzy oszukują ludzi wierzących w komunistyczne ideały. Robotnicza Rosja jest najgłośniejszym z setek drobnych ugrupowań komunistycznych starających się być alternatywą dla KPRF. Na razie wszystkie stanowią margines sceny politycznej, nie mają szans nawet na przekroczenie progu wyborczego. Działalność takich grup ujawnia się jedynie dwa razy w roku - 1 maja i 7 listopada. Z badań Fundacji Opinii Publicznej wynika jednak, że dzień rewolucji za święto uznaje 14 proc. Rosjan. Dokładnie tyle samo obchodzi walentynki. Aktywiści Robotniczej Rosji to głównie ludzie starzy, emeryci.
Jak twierdzą niektórzy, "wirtualna" organizacja przyznała się do organizowania zamachów bombowych - przed siedzibą Związków Zawodowych, w budynku Prokuratury Generalnej i przed budynkiem Federalnej Służby Bezpieczeństwa. Nikomu nie udowodniono przynależności do NRA. Aresztowano za to ludzi z innych lewackich grup. Zdaniem Łatyszewej, dzisiejsi rosyjscy radykałowie nie prowadzą takiej działalności. Ich protoplastą jest raczej Jurij Dokukin, a nie Trocki. Dokukin, uczeń szkoły w Murmańsku, na początku lat 80. napisał list do miejscowego sekretarza partii: "Za gnębienie ludu pracującego nasza organizacja skazuje cię, psie, na karę śmierci". - Takie działania mają więcej z happeningu niż terroryzmu politycznego - uważa Łatyszewa. - Ciągłe zagrożenie lewicową ekstremą jest potrzebne Federalnej Służbie Bezpieczeństwa. W Dumie czeka projekt ustawy "O politycznym ekstremizmie", umożliwiającej wsadzania do więzień niewygodnych osób.
Dla dzisiejszych Rosjan komunizm nie jest żadną alternatywą. Nostalgia za starym systemem, żywa u ogromnej większości społeczeństwa i elit nie należących do "kompartii", nie oznacza bynajmniej chęci wprowadzenia go w życie. Dzisiejsi komuniści Giennadija Ziuganowa myślą o stanowiskach ministerialnych, a nie o rewolucji. A zastąpić ich - przynajmniej na razie - nie ma kto.
Więcej możesz przeczytać w 47/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0