Kampania gwiazd

Kampania gwiazd

Dodano:   /  Zmieniono: 
Zwykle sztywny i nieco nadęty wiceprezydent USA i kandydat demokratów Al Gore promieniał, gdy podczas wyborczego wiecu jego partii słynna wokalistka Cher objęła go w iście filmowym stylu.
Cher nie była jedyną gwiazdą show-biznesu manifestującą swoje przekonania polityczne podczas tegorocznej kampanii prezydenckiej. Wykorzystywanie przez kandydatów poparcia znanych i lubianych gwiazd filmu oraz muzyki było stałym elementem gry wyborczej.

Mistrzem w pozyskiwaniu sympatii gwiazd i podpieraniu się nimi był Bill Clinton, a przed nim John Fitzgerald Kennedy. Za czasów Kennedy’ego w Białym Domu często gościł Frank Sinatra, a kochankami prezydenta były między innymi Marilyn Monroe oraz - jak wynika z niedawno opublikowanych pamiętników - znacznie od niego starsza Greta Garbo. "Happy Birthday", niezwykle sugestywnie zaśpiewane prezydentowi przez Monroe w nowojorskiej Carnegie Hall, przeszło do historii polityki i show-biznesu.
Pierwszym prezydentem, któremu muzycy rockowi pomogli zdobyć urząd, był Jimmy Carter. Jeszcze jako gubernator Georgii nie krył sympatii dla miejscowej, wówczas bardzo popularnej bluesowej grupy The Allman Brothers Band. Muzycy początkowo uważali sny Cartera o prezydenturze za mrzonki, ale bardzo go polubili, więc znacznie podreperowali jego skromny budżet na kampanię, przekazując mu dochód z pięciu dużych koncertów zagranych w 1975 r. - niemal 200 tys. USD. Przyjaźń Cartera z zespołem była często krytykowana ze względu na nie najlepszą reputację muzyków (problemy z narkotykami i alkoholem). Atakowany przez dziennikarza, Carter odparł: "Kto nie chce prezydenta, któremu podoba się taka muzyka i który jest dumny z przyjaźni z tworzącymi ją artystami, może zagłosować na innego kandydata". Gdy w roku 1979 został wybrany na urząd, podczas inauguracji nie zabrakło miejsca na występ The Allman Brothers Band, z którymi pozostał na przyjacielskiej stopie. Ten sam zespół uświetnił czternaście lat później inaugurację innego demokraty - Billa Clintona.
Gwiazdy rocka zawsze chętnie popierały kandydatów Partii Demokratycznej. Tu znajdowały więcej zrozumienia nie tylko dla swego swobodnego stylu życia, ale przede wszystkim dla swojej twórczości, niejednokrotnie kłócącej się z zasadami moralnymi konserwatystów. Wielką popularnością wśród kalifornijskiej braci rockowej cieszył się w latach 80. i na początku 90. tamtejszy senator, demokrata Jerry Brown. Otwarcie i gorąco wspierali go muzycy z legendarnych grup The Eagles oraz Crosby, Stills, Nash & Young - zarówno urządzając koncerty, jak i wpłacając pieniądze. Zbyt liberalne poglądy na temat legalizacji palenia marihuany uniemożliwiły Brownowi zdobycie fotela prezydenta USA. Clinton z racji wieku i upodobania do gry na saksofonie stał się najbardziej rockowym prezydentem w historii USA. Jego pierwsza kampania w 1992 r. odbywała się w rytmie przeboju grupy Fleetwood Mac "Dont Stop". W czasie dwóch kadencji Clinton przyjął w Białym Domu więcej gwiazd rocka niż prezydentów innych krajów. Odwiedzali go przedstawiciele różnych gatunków muzyki - od rockowego intelektualisty Lou Reeda po hałaśliwego i kontrowersyjnego rapera Kida Rocka. Zdjęcia Clintona z artystami pojawiają się regularnie w amerykańskiej prasie, a przygoda z panną Lewinsky spotkała się ze zrozumieniem rockmanów. W tegorocznej kampanii kandydat demokratów tradycyjnie cieszył się dużą sympatią przedstawicieli show-biznesu. Fakt, że Gore zyskał tak duże poparcie muzyków rockowych, świadczy o tym, iż większość z nich puściła w niepamięć działalność jego żony w latach 80. w organizacji dążącej do cenzurowania tekstów piosenek i oznaczania płyt ostrzegawczymi nalepkami. Wielkim moralistą jest również Joseph Lieberman - kandydat Gore’a na wiceprezydenta. Kilka miesięcy temu, kiedy komisja senacka zarzuciła wytwórniom filmowym (m.in. DreamWorks, Sony i Warner), że większość brutalnych scen kręcona jest pod gusta nieletnich widzów, Liberman milczał jednak, dając do zrozumienia, iż Hollywood nie musi się obawiać rządów demokratów.
Gwiazdy estrady i ekranu wydały na sponsorowanie kandydatów 24 mln USD. Po 1000 USD wpłacili na Gore’a między innymi muzycy grupy The Eagles, wokalistki: Barbra Streisand, Sheryl Crow, Lisa Loeb i Nancy Sinatra, dzieci słynnego Franka Zappy oraz jazzmani Herbie Hancock i Quincy Jones. Streisand zasiliła Krajowy Komitet Demokratów 20 tys. USD; Quincy Jones i Sheryl Crow dali po 5 tys. USD. Zdecydowanie hojniejsi byli właściciele znanych wytwórni płytowych Berry Gordy (Motown) i David Geffen (Geffen), którzy wpłacili po 100 tys. USD. To samo źródło podaje, że George W. Bush otrzymał tylko 900 USD od weterana Pata Boone’a i 2 tys. USD od wokalistki country Loretty Lynn.
Gore przyznał w wywiadzie, że jego ulubionym artystą jest Bob Dylan. Piosenkarz ten przyjął kiedyś zaproszenie Cartera, lecz - biorąc pod uwagę, jak bardzo artysta oddalił się w ostatnich czasach od polityki - jego spotkanie z Gore’em jest mało prawdopodobne. Gore jak Clinton wybrał muzyczny temat przewodni dla swojej kampanii: nagranie Fat Boya Slima "Praise You". Jego film reklamowy stworzył autor wideoklipów grupy Beastie Boys, reżyser Spike Jonez. Gore nie miał szans, by zyskać taką popularność wśród muzyków jak Clinton. Niektórzy nie kryli, że wspierają go z... niechęci do Busha. Aktor Richard Gere posunął się nawet dalej, stwierdzając publicznie: "Obawiam się Busha, więc na milion procent popieram Gore’a". Wspomniany Lou Reed stwierdził, że obaj kandydaci są niezdolni do piastowania urzędu prezydenta. W Europie odpowiednikiem saksofonisty Clintona jest premier Wielkiej Brytanii Tony Blair, który gra na gitarze i czasami przyjmuje gwiazdy rocka w swoim biurze przy Downing Street 10. Blair zyskał pozytywną ocenę między innymi wokalisty U2 Bono i gitarzysty grupy Oasis Noela Gallaghera. Wielką estymą z racji swoich pisarskich osiągnięć cieszy się wśród rockmanów czeski prezydent Vaclav Havel. O spotkanie z nim zabiegali sami The Rolling Stones (którzy notabene odmówili swego czasu spotkania z prezydentem Geraldem Fordem), cenił go nieżyjący już Frank Zappa. Warto przypomnieć, że to Havel ukuł termin "aksamitna rewolucja", nawiązując do nazwy swego ulubionego zespołu Velvet Underground, w którym grał i śpiewał Lou Reed. Natomiast Lou Reed cenił czeskiego prezydenta do tego stopnia, że odwiedził go kiedyś jako... dziennikarz, by przeprowadzić z nim wywiad na tematy polityczne.
Jeszcze lepsze notowania wśród gwiazd muzyki pop ma papież Jan Paweł II, dla którego corocznie w grudniu występuje w Watykanie wielu artystów. Urzeczeni nim są między innymi Bono z U2 (podarował papieżowi okulary, które Ojciec Święty natychmiast przymierzył), wokalistka Gloria Estefan i Jean-Michel Jarre. Polski prezydent też lubi muzykę rock-ową (kilka lat temu spotkał się w Warszawie ze Stingiem), ale przegrywa w tej konkurencji z żoną, która gościła m.in. Robina Gibba z Bee Gees, Enrique Iglesiasa czy Michaela Jacksona. Dla polityków możliwość pochwalenia się znajomością z gwiazdami to niewątpliwy splendor i okazja do pokazania się w nowym świetle. Według George’a Stephanopoulosa, byłego doradcy Clintona, poparcie największych sław Hollywood pozwoliło prezydentowi w 1996 r. o połowę zmniejszyć nakłady na kampanię wyborczą w Kalifornii. Co powoduje artystami wspierającymi polityków? Niewątpliwie chęć dodania idei do zdobytego rozgłosu. Jedni osiągają to, działając na rzecz ochrony zwierząt, inni walcząc z dziurą ozonową czy pomagając afrykańskim sierotom. Nic jednak nie zwraca takiej uwagi, jak zdjęcie z prezydentem czy choćby kandydatem na prezydenta. Od pewnego czasu amerykańscy aktorzy zaczynają się zachowywać jak wytrawni lobbyści, oferując swoje poparcie politykom nie tylko w zamian za wspólne zdjęcie, ale przede wszystkim ochronę interesów koncernów rozrywkowych.

Więcej możesz przeczytać w 48/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0