Perły do lamusa?

Perły do lamusa?

Dodano:   /  Zmieniono: 
Powodem tragedii w "Co kryje prawda?" jest przelotna miłostka, która mogłaby nie mieć żadnego znaczenia
Tomasz Raczek: - Panie Zygmuncie, dawno nie rozmawialiśmy o thrillerze zrobionym według klasycznych hollywoodzkich zasad. Na ekranach mamy film "Co kryje prawda?" Roberta Zemeckisa z Michelle Pfeiffer i Harrisonem Fordem w rolach głównych, który oparty jest na suspensie. Zastanawiam się jednak, czy w tej dziedzinie można wymyślić coś lepszego niż filmy Hitchcocka?
Zygmunt Kałużyński: - Można próbować robić filmy w klasie Hitchcocka. Na moje wyczucie starego bywalca ten film nie jest gorszy niż te trzydzieści parę rzeczy, które Hitchcock zrobił jako swoją reprezentacyjną, profesjonalną produkcję. Mówię trzydzieści parę, bo pięć innych to są rzeczywiście arcydzieła, które byłoby trudno powtórzyć. Czyli w ramach hitchcockizmu na rok 2000 ten film zasługuje, żeby się nim zainteresować.
TR: - Zauważył pan, jak wielką rolę odgrywa w tym obrazie wanna? Przypomina mi to "Fatalne zauroczenie", które w sensie konstrukcyjnym wyraźnie kojarzy się z filmem "Co kryje prawda?". Jest podobny, ale czy nie zbyt podobny?
ZK: - Otóż w thrillerze jest zwykle jakaś ważna sprawa emocjonalna, wynikająca ze stosunków między ludźmi. Tutaj mamy temat występujący u Hitchcocka bodaj trzykrotnie, a w kinie amerykańskim bardzo często - podejrzliwość wobec najbliższej osoby, że nie jest ona tym, za kogo ją uważaliśmy. Na przykład w wybitnym filmie Hitchcocka "Notorious" Ingrid Bergman podejrzewała, że Cary Grant jest mordercą, i siedzieliśmy przez dwie godziny na brzegu krzesła w kinie, obserwując jej niepokój, niepewność i roztrzęsienie.
TR: - Ale tu jest inaczej, panie Zygmuncie. Michelle Pfeiffer nie wie, kogo należy podejrzewać o morderstwo, chociaż jest coraz bardziej pewna, że w jej domu doszło do zabójstwa. Coraz silniej też odczuwa, że sama jest związana z tą sytuacją.
ZK: - Przecież jedyną osobą, którą od początku można podejrzewać, jest mąż, ale ona sobie na to nie pozwala, bo jest to przecież człowiek, z którym żyje całe lata. Oglądając ten film, zastanawiałem się nad rodzinną tragedią psychologiczną...
TR: - A cóż to za tragedia - zdrada małżeńska? Takich tragedii świat jest pełen!
ZK: - W Ameryce to wygląda inaczej. Ciekawe, że w takich filmach, gdzie żona podejrzewa męża i rozpada się związek małżeński, wyspecjalizowała się właśnie kinematografia amerykańska. Bo tam stosunki rodzinne są inne niż u nas. Myślę, że żona europejska, gdyby się dowiedziała najgorszej rzeczy o swoim mężu, nie będzie niczego dochodziła ani szykowała się, żeby go zdradzić....
TR: - Dlaczego???? Skąd taka pewność? Uważa pan, że nieamerykańska żona pozbawiona jest instynktu samozachowawczego, dumy, honoru, poczucia upokorzenia, jakie wywołuje świadomość zdrady małżonka?
ZK: - Owszem, wszystko to może być. Idzie mi o to, jak się odnosimy w takim wypadku do osoby bliskiej. To nie jest jedyny przykład! Rodzina amerykańska jest inna niż na przykład nasza.
TR: - Z których seriali telewizyjnych czerpie pan taką wiedzę?
ZK: - Przede wszystkim z takich filmów jak ten, gdzie osoby sobie bliskie podejrzewają się, rozchodzą, a nawet mordują wzajemnie. Gdy byłem w Ameryce, co prawda niedługo, odczułem, że życie rodzinne jest tam bez porównania bardziej płynne, luźne i chwiejne. Opiera się nie tyle na emocji, uczuciu, ile na sentymentalizmie. Niech pan zwróci uwagę, że w filmach amerykańskich, gdy ktoś rozmawia przez telefon, to zwykle kończy rozmowę słowami: I love you.
TR: - Nie zawsze myśląc, a nawet rozumiejąc, co mówi. To jest formułka. Taka sama jak ta, która każe im na pytanie, jak się czujesz, zawsze odpowiadać, że świetnie.
ZK: - Panie Tomaszu, czy rozmawiając przez telefon z bliskimi osobami, powiedzmy z biura, pod koniec rozmowy mówi pan: "Kocham cię"?
TR: - Nie, nie mam tego zwyczaju.
ZK: - Ja też nie!
TR: - Może pan nie kocha, po prostu?
ZK: - A może pan też nie kocha? Ale myślę, że chodzi o coś innego. "Kocham" to jest bardzo mocne słowo. Tam nie ma ono takiego znaczenia jak u nas.
TR: - Nawet widokówkę podpisuje się "love" w znaczeniu naszego "uściski" czy "ucałowania".
ZK: - Jest więc coś, co można by nazwać powierzchnią emocjonalną, która tam funkcjonuje. Przyjęte jest na przykład, że się miało jedną,drugą, trzecią żonę i że dzieci z pierwszego małżeństwa spotykają się z dziećmi z drugiego, a żona z trzeciego z mężem z pierwszego...
TR: - To w takim razie, o co jest ten cały raban w tym filmie? Czego tak naprawdę boją się nasi bohaterowie, skoro powodem tragedii jest w zasadzie drobiazg, czyli przelotna miłostka, która mogłaby nie mieć żadnego znaczenia?
ZK: - Zdaje się, że miłostka to nie najważniejsza rzecz. Ale zbrodnia to w moralności amerykańskiej coś poważnego.
TR: - Tyle że zbrodnia pojawia się z powodu strachu przed wykryciem miłostki! Tak więc jednak chodzi o romans!
ZK: - Jest tu stopniowanie. Znaczna część filmu to niepokój, który i żona, i mąż tłumaczą faktem, że opuściła ich córka, która wyjechała na studia. Nagle żona, po dwudziestu latach spędzonych z dzieckiem, odczuwa pustkę. Punkt startowy filmu jest taki: żona, będąca na granicy wieku poważnego...
TR: – A jaka to granica?
ZK: – No, Michelle Pfeiffer wygląda na olśniewającą dwudziestolatkę, ale musimy wierzyć scenariuszowi – musi mieć już około czterdziestki. Nawet w tym wieku jest to cios emocjonalny. Dopiero po chwili okazuje się, że jej stan to nie tylko rezultat pustki uczuciowej; zaczynają się pojawiać wizje z zaświatów. Mamy tu więc specyficzny rodzaj thrillera, prezentujący nam dzieje niepokoju, w którym uczestniczymy. Gdzieś czytałem, że thriller może budzić trzy rodzaje uczucia: aprobatę, uznanie moralne albo uczucia negatywne, co polega na tym, że czerpiemy satysfakcję ze zła, jakie się dzieje w filmie (na przykład patrzymy z satysfakcją na tłuczone naczynia, bo sami czasem mamy ochotę to zrobić).
TR: - Kto w takim razie powinien pójść na ten film? W poszukiwaniu jakiej satysfakcji?
ZK: - No właśnie, nasi czytelnicy będą mieli tę negatywną satysfakcję: przyglądanie się osobie, która potwornie cierpi z powodu niepewności wręcz zagrażającej jej życiu. Przez półtorej godziny Michelle Pfeiffer nie schodzi z ekranu i trzęsie się z niepewności. Przypomina mi to sytuację Mii Farrow w "Dziecku Rosemary", niepokojącej się o to, czy nie została zapłodniona przez diabła. Nie bez powodu.
Więcej możesz przeczytać w 49/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0