Szabla Kmicica

Szabla Kmicica

Spotkanie internetowe z DANIELEM OLBRYCHSKIM
Aleksander Kropiwnicki: - Ostatnio mówi się mniej o pana rolach, a więcej o pana akcji w Zachęcie. Czy to pana nie martwi?
Daniel Olbrychski: - Wydaje mi się, że o Zachęcie niedługo przestanie się mówić. Co najwyżej będą się tym zajmować prawnicy. A ja dalej uprawiam swój zawód. I to jest dla mnie ważniejsze niż moja reakcja na wystawę - reakcja gwałtowna, bo gwałtownie obrażono moje poczucie sprawiedliwości.
Neex: - Czy przed incydentem zwracał się pan o usunięcie swojego zdjęcia z wystawy pana Uklańskiego?
- Nie mam kontaktu z panem Uklańskim, nie wiem, kim on jest. Wiem tyle, że jest autorem tego pomysłu. Każdy może ofiarować muzeum cokolwiek, na przykład własne majtki, ale to dyrekcja decyduje, co pokaże na wystawie. A tu pokazano twarze wybitnych aktorów. I wystawa nosi tytuł "Naziści", a nie "Aktorzy grający nazistów". Wszystkie filmy, z których pochodzą te zdjęcia, miały antynazistowską wymowę. Pan Uklański nie dokonał tu żadnego wyczynu artystycznego. Po prostu powiększył zdjęcia z klatek filmów. Moim zdaniem, chciał pokazać, że wielcy aktorzy firmują nazizm. Mój protest wyraził się porąbaniem twarzy mojej i tych kolegów, którzy wyrazili na to zgodę.
Andrzej: - Popieram ułańską fantazję i gorącą głowę pana Olbrychskiego. Ale czy wyrzucenie człowieka z pracy to nie za wysoka cena?
- Nie wiedziałem, że człowiek, który niczemu nie zawinił, zostanie wyrzucony. On tylko powiedział: proszę zdjąć płaszcz. A ja zdjąć płaszcza nie mogłem, bo pod nim miałem szablę. Skoro pani dyrektor postanowiła ukarać nie mnie - procesem - tylko Bogu ducha winnego pracownika, to ja stanę w jego obronie. Zresztą Maciej Englert, dyrektor Teatru Współczesnego, od razu zaproponował temu panu podobną pracę u siebie.
Jeszcze jedno: chciałbym, żeby ten wywiad nie był kojarzony z aktem w Zachęcie. Żeby nie wyglądało na to, że ja w ten sposób chciałem zwiększyć swoją popularność. Bo ja już jestem wystarczająco popularny. To był akt pragmatyczny. Protest zawodowy.
Mauser: - W czym pan teraz zagra?
- Skończyłem właśnie zdjęcia do filmu "Przedwiośnie" w reżyserii Filipa Bajona; zagrałem rolę Gajowca. Dodam, że po nakręceniu "Popiołów", w których grałem Rafała Olbromskiego, Andrzej Wajda chciał od razu robić "Przedwiośnie", a ja miałem być Baryką. Miałem wtedy tyle lat, ile teraz ma wybitny młody aktor Mateusz Damięcki. Patrzyłem ze wzruszeniem, jak pięknie gra tę rolę. Jest dla mnie ogromnie wzruszające, że po tylu latach do tematu "Przedwiośnia" powrócił Filip Bajon, a ja mogłem uczestniczyć w tym przedsięwzięciu.
Marian75: - Która rola filmowa była dla pana najtrudniejsza?
- Grając Kmicica, każdego dnia mogłem skręcić kark. Ale nie tego rodzaju role - Kmicic, bokser - były najtrudniejsze. Być może najtrudniejsza była rola w "Krajobrazie po bitwie". Tam musiałem sobie wyobrazić - ja, kaskader, sportowiec - że przeżyłem obóz oświęcimski; musiałem pokazać to przed kamerą. To było najcięższe zadanie zawodowe w moim życiu.
Spec: - A z jakim reżyserem pracowało się najlepiej?
- Najważniejszym reżyserem filmowym był dla mnie Andrzej Wajda, a teatralnym Adam Hanuszkiewicz, ale od każdego reżysera wiele się nauczyłem. Ze wszystkimi - podkreślam, ze wszystkimi - pracowało mi się dobrze.
Emeryt: - Czy uważa się pan za aktora komercyjnego?
- To ogromny komplement. "Komercyjny" znaczy, że ludzie chcą chodzić na jakiś film czy przedstawienie. Komercyjny był mój Hamlet w Teatrze Narodowym w reżyserii Adama Hanuszkiewicza. Przez cztery lata sala była pełna. Komercyjne są filmy Wajdy, bo zapełniają sale, i to nie tylko polskie, ale także europejskie, a czasami nawet amerykańskie. Bardzo bym chciał jeszcze zagrać w przedstawieniu komercyjnym, na które przyjdzie tłum. A jeśli to będzie Szekspir, Czechow czy Słowacki, to tym lepiej.
Neex: - Woli pan występować na planie filmowym czy na scenie?
- Od wielu lat odpowiadam, że to jak z porami roku. Gdy sobie jeżdżę na rowerze czy pływam kajakiem, to bardzo to kocham, lecz marzę, żeby zagrać w hokeja na lodzie. I odwrotnie, zimą myślę o sportach letnich. Gdy gram w teatrze, tęsknię za czymś nieoczekiwanym w filmie. A gdy gram w filmie, to brakuje mi publiczności i wielkiej literatury. Dlatego aktor polski ma lepiej niż jego kolega w Hollywood, skazany na kino. My gramy i tu, i tu.
Więcej możesz przeczytać w 49/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0