Dowód absurdu

Dowód absurdu

Zamiast wymieniać dowody osobiste, powinno się je zlikwidować

Minister spraw wewnętrznych ostentacyjnie podarł swój dowód osobisty, uznając legitymowanie się nim za akt bezprawny i upokarzający. Posłowie zgotowali mu owację. Niestety, nie chodzi tu o szefa MSWiA Marka Biernackiego i polskich parlamentarzystów. Zdarzyło się to w Wielkiej Brytanii prawie 50 lat temu. Zlikwidowano wtedy dowody - jak tłumaczono - kojarzone z dyktaturą i wszechwładzą państwa; dokumenty, których używanie jest uzasadnione co najwyżej podczas wojny lub klęski żywiołowej. Dlaczego polskie państwo nie może zrezygnować z roli Orwellowskiego Wielkiego Brata, który o obywatelach chce wiedzieć wszystko, a nawet najdrobniejsze informacje o sobie skrywa za parawanem ustaw o tajemnicy państwowej i służbowej?
W Polsce nie zanosi się ani na wojnę, ani na trzęsienie ziemi, ani tym bardziej na wprowadzenie dyktatury. Mimo to MSWiA upiera się przy projekcie wydawania nowych dowodów, zamiast je po prostu zlikwidować. Sens miałoby ewentualnie przygotowanie dokumentów tożsamości dla osób, które nie mają prawa jazdy, paszportu lub legitymacji ubezpieczeniowej. Wymiana jest niepotrzebna choćby ze względu na absurdalnie wysoki koszt - ponad 770 mln zł. Nikt nie wie, jak do końca 2007 r. uda się wydać 34 mln nowych dowodów. Tym bardziej że równocześnie trzeba będzie wymienić używane obecnie paszporty.
"Koszty są znaczne, ale niezbędne" - twierdził dwa lata temu Janusz Tomaszewski, ówczesny szef MSWiA. Dlaczego są niezbędne, tego już opinia publiczna nie usłyszała. Ani wtedy, ani teraz nie mówi się głośno, że za całą operację zapłacą obywatele. Na razie koszt wymiany jednego dowodu szacuje się na 20-30 zł, lecz doświadczenia Australii pokazują, że może on być dwukrotnie wyższy. Państwo chce zarobić nawet na niepełnoletnich (powyżej trzynastego roku życia), dla których dokument nie będzie miał żadnego praktycznego znaczenia, ponieważ wystarczą im posiadane dotychczas legitymacje szkolne.
Przetarg na wykonawcę nowych dowodów przeprowadzony został z naruszeniem ustawy o zamówieniach publicznych. Wygrało go węgierskie konsorcjum Multipolaris (niektórzy jego udziałowcy byli pracownikami służby bezpieczeństwa). Zgodnie z kontraktem wartym ponad 1,1 mld zł węgierska firma jest odpowiedzialna za wyposażenie i uruchomienie centrum personalizacji, terminale w gminach i łączność między nimi. Baza danych będzie natomiast własnością MSWiA, które w ten sposób otrzyma centralny bank informacji o obywatelach, również nastoletnich. Po co MSWiA kolejna centralna baza danych, skoro dysponuje już systemem PESEL?
Kilkuletnie opóźnienie we wprowadzaniu nowych dokumentów tłumaczono między innymi tym, że Unia Europejska nie zaakceptowała stosownego wzoru. Tymczasem w Europie nie ma jednolitych zasad w kwestii tak zwanych kart identyfikacyjnych. W większości krajów wystarcza - zamiennie - ubezpieczenie, prawo jazdy lub dokument upoważniający do korzystania z opieki społecznej. Podobnie jest w Stanach Zjednoczonych.
Warto przypomnieć, że dowody osobiste we współczesnym znaczeniu wprowadzili francuscy rewolucjoniści jako narzędzie kontroli nad obywatelami. Pomysł podchwycili i rozwinęli bolszewicy w Rosji, wprowadzając propiskę (meldunek) i paszport wewnętrzny (dowód), by uniemożliwić nie kontrolowane wewnętrzne migracje oraz powrót w strony rodzinne osobom przymusowo przesiedlonym. Na terenach okupowanych przez hitlerowską Trzecią Rzeszę obowiązywały z kolei tak zwane kennkarty, również ograniczające ich posiadaczom swobodę ruchów.
Zwolennicy kart identyfikacyjnych twierdzą, że pomagają one zmniejszyć skalę nadużyć podatkowych, a także ułatwiają pracę policji. W raporcie ACPO, międzynarodowej organizacji skupiającej szefów policji, możemy tymczasem przeczytać: "Największym problemem w zwalczaniu przestępczości są trudności w zbieraniu materiału dowodowego i opieszałość w wymierzaniu kary, a nie problemy z identyfikacją". Podobnie jest z nieuczciwymi podatnikami: jedynie 0,6 proc. nadużyć wiąże się wykorzystywaniem fałszywej tożsamości.
Przedstawiciele MSWiA dużo mówią o tym, jak praktyczne i trwałe będą nowe karty identyfikacyjne. Nie wspominają o tym, że ich utrzymanie będzie dla policji - tak jak dotychczas - pretekstem do bezpodstawnego legitymowania obywateli. W jednej z kampanii przeciwko dowodom stwierdzono, że dokument ten jest traktowany jak licencja na życie (licence to live). Wcale nie ułatwia dostępu do instytucji państwowych, daje natomiast państwu niczym nie uzasadnioną przewagę nad obywatelami. Tymczasem w demokratycznych krajach wierzy się, że obywatel jest tym, za kogo się podaje, i sprawdza się go dopiero wtedy, kiedy chodzi o pieniądze bądź w wypadku przestępstwa. Dlaczego nie może tak być również w Polsce?

Okładka tygodnika WPROST: 50/2000
Więcej możesz przeczytać w 50/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0