Afgańska dżuma

Afgańska dżuma

Rosja i Stany Zjednoczone wspólnie przeciwko talibom


Stany Zjednoczone, Rosja i Uzbekistan zamierzają wspólnie uderzyć na położone w Afganistanie bazy międzynarodówki terrorystycznej - twierdzi doradca Ahmeda Szacha Masuda, przywódcy afgańskiego ugrupowania zwalczającego talibów. Amerykanie chcą się pozbyć terrorysty Osama bin Ladena, Rosjanie - szkolonych przez niego bojowników czeczeńskich, Uzbecy zaś - opozycji, która z Afganistanu nęka taszkencki reżim Islama Karimowa. Afganistan, wydawałoby się skazany na zapomnienie zakątek środkowej Azji, z jednego powodu ciągle liczy się w globalnej grze - wywołuje strach. Państwo to wyrosło na centrum międzynarodowego terroryzmu. Stało się również największym producentem opium - pochodzi stąd trzy czwarte narkotyku szmuglowanego do Rosji i Europy Zachodniej. Trzech na czterech Afgańczyków cierpi z powodu głodu lub niedożywienia. Prawie tyle samo jest analfabetami. Mężczyźni żyją średnio zaledwie 45 lat, a kobiety - rok dłużej. Nie ma wątpliwości: Afganistan to jeden z najbiedniejszych i dających obywatelom najmniej nadziei na odmianę losu krajów. Ani trwająca od dwudziestu lat wojna, ani najgorsza od trzydziestu lat susza, która dotknęła południową część państwa, ściągając nieszczęście na dwanaście milionów ludzi (kraj ma 22 mln mieszkańców), ani publiczne egzekucje, ani nawet ćwiartowanie ofiar (ordynowane przez sprawujących władzę islamskich radykałów, zwanych talibami) czy wreszcie los kobiet, trzymanych na siłę w domach (obowiązuje tutaj zakaz podejmowania przez nie pracy i chodzenia do szkół), nie byłyby źródłem tak wielkiej troski świata. Jeśli o Afganistanie nie sposób zapomnieć, to przypisać to należy legionowi straceńców, którzy prowadzą dżihad - globalną wojnę z "niewiernymi" (głównie z USA) - oraz producentom i handlarzom narkotyków.
Po niedawnym ataku bombowym na amerykański okręt "Cole" u wybrzeży Jemenu pojawił się w tym kraju książę Turki bin al-Fajsal, od wielu lat szef saudyjskiego wywiadu. Któż lepiej nadawałby się do tropienia drugiego prominentnego Saudyjczyka, w dodatku zaprzysięgłego wroga rządzącej w Arabii Saudyjskiej dynastii, Osamy bin Ladena? Obaj pamiętają czasy afgańskiego "legionu arabskiego". Książę oraz finansista bin Laden odegrali wielką rolę w rekrutowaniu i szkoleniu w Afganistanie arabskich ochotników do walki przeciwko ZSRR, co finansowały CIA i służby pakistańskie. Dziś stoją po przeciwnych stronach barykady. Amerykanów kąsa dziś wąż, którego wyhodowali na własnej piersi. W 1998 r. bin Laden ogłosił dżihad przeciwko Stanom Zjednoczonym. Jest uważany za organizatora ataków bombowych na gmach World Trade Center oraz ambasady amerykańskie w Kenii i Tanzanii. Kampania terroru przyniosła bin Ladenowi miano wroga publicznego numer jeden USA, zarezerwowane niegdyś dla Palestyńczyka Abu Nidala.
Pod koniec wojny afgańskiej bin Laden miał pod komendą około pięciu tysięcy bojowników gotowych do walki wszędzie tam, gdzie można było znaleźć "wrogów islamu". Walczyli potem w Bośni, Kosowie, Czeczenii i Dagestanie, w całej środkowej Azji, także w Chinach i na Filipinach. Mieli bazy w Afganistanie, Sudanie i Jemenie. Wspierają walkę o obalenie "antyislamskich" proamerykańskich władz w Egipcie i Arabii Saudyjskiej. Bojownicy przetrzymujący przez ponad miesiąc zachodnich turystów na filipińskiej wyspie Jolo żądali nie tylko niepodległości dla regionu Mindanao, ale i wypuszczenia jednego z uczestników zamachu na WTC, który walczył razem z nimi w Afganistanie i na Filipinach. Gdy Amerykanie wystrzelili rakiety na obóz w Afganistanie (w odwecie za ataki na swoje ambasady), okazało się, że trafili w separatystów kaszmirskich, przygotowujących się do walki z Indiami.
Inwazji islamskich komand najbardziej obawiają się bezpośredni sąsiedzi Afganistanu - byłe republiki ZSRR. Nie śpi spokojnie także Iran (rok temu znalazł się na krawędzi wojny z Afganistanem, gdy zamordowano tam irańskich dyplomatów; na granicy trwa wojna z przemytnikami narkotyków - w ciągu pół roku zastrzelono 350 osób), a nawet Chiny (islamscy bojownicy wspierają separatystów ujgurskich). Serdecznie dość kłopotów z sąsiadem ma Pakistan - choć popiera reżim talibów. Pozostaje głuchy na wezwania ONZ i nie chce otworzyć zamk-niętej niedawno granicy z Afganistanem, uznając, że liczba uchodźców z tego kraju przekracza już jego możliwości. W samych obozach dla uchodźców jest ich ponad milion.
Duch Osamy bin Ladena straszy w górach środkowej Azji z większą mocą niż w bazach wojskowych i ambasadach USA, rozsianych w krajach Trzeciego Świata. Latem grupy bojowników islamskich kilkakrotnie przenikały do Uzbekistanu i Kirgistanu, gdzie dochodziło do starć z oddziałami rządowymi. Nie brak opinii, że dotychczasowe ataki miały tylko charakter rekonesansowy. Zdaniem Askara Akajewa, prezydenta Kirgistanu, ponad tysiąc bojowników czeka tylko na sygnał, by uderzyć na jego kraj z Tadżykistanu. Władze postsowieckich krajów środkowej Azji uznają, że bazą wypadową bojowników jest właśnie Tadżykistan, a talibowie ich finansują i szkolą. Celem ich działań ma być zdestabilizowanie sytuacji w tej części kontynentu i obrona interesów przemytników narkotyków. Prezydent Kazachstanu Nursułtan Nazarbajew sugerował, że w ramach porozumienia o zbiorowym bezpieczeństwie (Kazachstan, Tadżykistan, Kirgistan, Rosja, Białoruś i Armenia) jeszcze przed latem przyszłego roku powinny powstać wspólne siły szybkiego reagowania. W końcu sam zdecydował się na rolę regionalnego żandarma, obok Rosji. Parlament kazachski zgodził się na zaoferowanie krajom sąsiednim pomocy militarnej w wypadku prośby prezydentów o interwencję.
Paradoksalnie, straszak w postaci Afganistanu stał się zaczynem regionalnej współpracy, a nawet prób integracji krajów, które zaledwie niecałe dziesięć lat temu walczyły o niepodległość i manifestowały swoją odrębność. Eksportujący przemoc i narkotyki Afganistan uzmysłowił im, że niektórych problemów nie da się rozwiązać samodzielnie. Próbują więc wspólnie stawić im czoło. Z kolei Rosja wykorzystuje strach przed Afganistanem do utrzymania swych wpływów w regionie (na przykład wojsk w Tadżykistanie).
W całym regionie panuje antyislamska histeria. Jedyna nadzieja dla przestraszonych sąsiadów to napływające z Kabulu sygnały, że również reżim talibów (cztery lata po zajęciu przez nich stolicy Afganistanu) zaczyna ulegać erozji. Afgańczycy mają dość odcięcia od świata (talibów uznają jedynie Pakistan, Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie), biedy i ruiny gospodarczej. Sygnałem desperacji było porwanie samolotu z Kabulu do Londynu, gdzie porywacze prosili o azyl. Susza odbiła się na plonach opium, redukując wpływy do budżetu talibów. Przyciskani do muru talibowie coraz łatwiej idą na ustępstwa. "Najwyższy lider" mułła Omar postanowił w lipcu zakazać upraw maku i wezwał zagranicę do udzielenia pomocy w walce z produkcją narkotyków. Zezwolono też kobietom na wykonywanie zawodu pielęgniarki oraz pracę na lotniskach.
Talibowie zaczynają mieć dość wojowania ze wszystkimi. Próbują zastąpić brudne zyski z handlu narkotykami i pobierania myta za międzynarodowe przewozy drogowe dochodami legalnymi i bardziej pewnymi - z tranzytu ropy naftowej i gazu ziemnego. Łaknące dobrobytu Turkmenistan i Uzbekistan chciałyby posyłać swoje nie zagospodarowane jeszcze złoża gazu przez terytorium Afganistanu do cierpiącej na deficyt surowców energetycznych Azji Południowej. USA przede wszystkim ze względu na Osamę bin Ladena nie chcą słyszeć o tej trasie. Ucha nadstawiają za to Francuzi, którzy już wcześniej, mając na uwadze zyski z kontraktów biznesowych, wyprzedzali Amerykanów w odmrażaniu kontaktów z Iranem i Irakiem. Nieprzejednane stanowisko prezentuje Moskwa, wzywając do obłożenia sankcjami talibów, a także tych, którzy im pomagają. Siergiej Iwanow, przedstawiciel Rosji i doradca Putina do spraw bezpieczeństwa, odrzuca twierdzenie, że talibowie zaprowadzili porządek w Afganistanie: "Spowodowali tylko wzrost produkcji narkotyków i powrót do średniowiecza".

Okładka tygodnika WPROST: 50/2000
Więcej możesz przeczytać w 50/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0