Znikające miliony

Dodano:   /  Zmieniono: 
Chińska bomba demograficzna tyka coraz głośniej


Sto milionów obywateli ukrywa się w Chinach przed władzami. Ilu zatem ludzi żyje naprawdę w Chinach? Od 1,26 mld do 1,4 mld - to właściwa odpowiedź, a "błąd statystyczny" wynosi niemal tyle, ile ludność Francji i Polski razem wziętych.
Pięć milionów ankieterów, odwiedzających podczas narodowego spisu powszechnego 350 mln chińskich rodzin, próbowało zminimalizować rozmiary tego błędu. Mieli do wykonania karkołomne zadanie. Mimo że oficjalna propaganda od dawna przekonywała, iż "zachowana będzie pełna poufność danych, które zostaną użyte jedynie do celów statystycznych", wielu Chińczyków ma zbyt wiele do ukrycia i do stracenia, by się zdobyć na szczerość.
Ustawa zakazująca wychowywania więcej niż jednego dziecka w miastach i dwojga na wsi naruszana jest nagminnie. Nie pomagają restrykcje, czyli pozbawianie rodziców "ponadplanowego" potomstwa pomocy i zmuszanie ich do płacenia za opiekę medyczną. Dzieci i tak jest więcej, niż planowano. Dlatego pojawienie się ankieterów, którzy są traktowani niemal jak rządowi agenci, wywołuje często panikę. W mieście Shenzen pobito dwie ankieterki, ponieważ wpisały do formularzy przypadkowo wykryte "nielegalne" potomstwo kilku rodzin.
W Chinach na 100 dziewczynek przypada już 120 chłopców, traktowanych - zgodnie z chińską tradycją - jako uprzywilejowani spadkobiercy. Dysproporcja między męskim a żeńskim potomstwem Chińczyków wciąż rośnie. Na wsiach masowo dokonuje się aborcji, a nawet zabójstw noworodków, jeśli rodzą się dziewczynki. Pewną chłopkę z prowincji Jiangsu skazano na karę więzienia za utopienie w wiadrze wnuczki, jednak karanie dzieciobójstwa należy do rzadkości. Socjologowie ostrzegają, że za kilkanaście lat znalezienie życiowej partnerki stanie się w Chinach poważnym problemem społecznym. Tym bardziej że młodzi mężczyźni częściej niż kobiety decydują się na wewnętrzną migrację w poszukiwaniu lepszego życia.
W miastach mieszka nielegalnie od 80 mln do 120 mln przybyszów ze wsi. Stanowią oni rezerwuar taniej i posłusznej siły roboczej. Pracują od świtu do nocy w półlegalnych fabryczkach, w których pojęcie bezpieczeństwa pracy jest nieznane. Po tragicznym wypadku, podczas którego zginęło 60 górników, okazało się, że na południu kraju istnieją nawet nielegalne kopalnie. Tegoroczny spis powszechny (jego przybliżone rezultaty będą znane wiosną 2001 r., a dokładne wyniki w 2002 r.) ma choć w przybliżeniu określić skalę migracji wewnętrznej z zacofanych rolniczych prowincji na zachodzie i północy kraju do przemysłowych miast molochów na wschodzie i wybrzeżu.
Teoretycznie Chińczykom nie wolno się przesiedlać bez urzędowego zezwolenia, w praktyce jednak zakaz ten niewiele znaczy. W prowincji Hunan, mającej oficjalnie 65 mln mieszkańców, nie można się było doszukać 10 mln ludzi. W 36-milionowej prowincji Shanxi 2 mln osób nie odnaleziono w miejscu zamieszkania. Ich rzeszę powiększają zmarli, których zgon nie został zgłoszony do urzędów stanu cywilnego przez rodziny, które chciały jak najdłużej zachować prawo do pobierania należnych zmarłym świadczeń. Tylko w mieście Chunqing doliczono się 130 tys. takich zmarłych. Ujawnienie skali tych zjawisk wywołuje obawy lokalnych urzędników, których władze centralne mogą pociągnąć do odpowiedzialności za to, że nie potrafili skutecznie egzekwować zarządzeń Pekinu.
W 1949 r., kiedy powstała Chińska Republika Ludowa, ludność państwa oceniano na 542 mln osób. Według danych z ostatniego spisu powszechnego z 1990 r., w Chinach żyło już 1,13 mld obywateli. Czy dzisiaj Chińczyków jest rzeczywiście 1,26 mld, jak twierdzą władze? Rząd dowodzi, że program ograniczenia przyrostu naturalnego odniósł sukces, ale szacunki prowadzone przez organizacje międzynarodowe, na przykład UNICEF, na podstawie wyliczeń średniego spożycia zbóż, wskazują, że tak naprawdę Chińczyków może być znacznie więcej - 1,3 mld, a może nawet 1,4 mld. Władze Chin liczą, że przyrost ludności zostanie zahamowany około połowy przyszłego stulecia (w kraju tym będzie wówczas żyło około 1,6 mld ludzi), po czym liczba Chińczyków powinna zacząć się zmniejszać. Zagraniczni demografowie uważają jednak, że urzędowy optymizm Pekinu jest bezzasadny, i twierdzą, że na rozbrojenie chińskiej bomby demograficz-nej trzeba będzie poczekać znacznie dłużej.
Więcej możesz przeczytać w 51/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania tygodnika Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.