Popmizeria

Popmizeria

Dodano:   /  Zmieniono: 
Ostatnia dekada polskiego show-biznesu to tłuste lata dla światowych koncernów płytowych. Ich przedstawicielstwa zbudowały na przedmieściach Warszawy wystawne siedziby, a telewizja publiczna transmituje i retransmituje koncerty lansowanych przez nie rodzimych piosenkarzy. Wykonawcy ci nie odnotowali jednak ostatnio sukcesów. Mijający rok pod względem sprzedaży płyt był dla nich wielką porażką.


Ostatnie albumy Natalii Kukulskiej, Maryli Rodowicz, Andrzeja "Piaska" Piasecznego i Budki Suflera spotkały się z mizernym przyjęciem krytyki i publiczności. Dlaczego tak się stało? Przyczyn jest kilka. Przede wszystkim większość artystów zaoferowała towar wtórny nie tylko w porównaniu z produkcjami zachodnimi, lecz także swoimi dokonaniami.
Maryla Rodowicz wciąż śpiewa stare przeboje lub utwory bardzo do nich podobne. Natalia Kukulska wykonuje piosenki z repertuaru Anny Jantar, niestety, w dużo gorszych wersjach. Budka Suflera nie zaproponowała nic nowego i ostatnia jej płyta sprzedała się w nakładzie prawie pięciokrotnie niższym od poprzedniej - "Nic nie boli tak jak życie". Nie pomógł benefis zespołu na festiwalu opolskim ani powtarzanie teledysku "Bal wszystkich świętych" w obu programach telewizji publicznej.
Nie najlepiej powodzi się także tym, którzy próbują coś w swojej muzyce zmienić. Drugi album Piaska sprzedał się zaledwie w dwudziestu tysiącach egzemplarzy, choć wokalista przygotował dobrą płytę, mieszczącą się stylistycznie między wczesnym Steviem Wonderem a George’em Michaelem. Publiczność wolała jednak ludyczne piosenki z poprzedniego krążka. Kayah również postanowiła pokazać, że stać ją na więcej niż "Prawy do lewego", ale płyta "Jakajakayah" sprzedała się dotychczas w nakładzie dziesięciokrotnie niższym niż "Kayah & Bregović". Czyżby artyści stracili kontakt z publicznością? Wydaje się, że przyczyn niepowodzenia trzeba raczej szukać w źle zorganizowanej promocji. Polskim przedstawicielstwom światowych firm brakuje wyrazistej strategii marketingowej. Trudno przecież nazwać kampanią promocyjną chaotyczne wywieszanie plakatów, kilkakrotną prezentację teledysków i przypadkowe ukazywanie się w prasie wywiadów z artystami - jak było w wypadku płyty Kayah.
Brak sukcesów na rynku fonograficznym powoduje, że artyści biorą udział w reklamach i sponsorowanych koncertach, na których bawią się za darmo wielotysięczne tłumy. Największym powodzeniem cieszą się imprezy plenerowe i biesiadne - "Majówka z Radiem Zet", "Niebieska Maryla" i "Inwazja mocy". To jeszcze jedna z przyczyn zapaści polskiego popu. Po co wydawać pieniądze na koncert albo płytę artysty, którego właśnie podziwialiśmy na żywo gratis?
Bolączką polskiego przemysłu rozrywkowego jest też brak nowych twarzy. Firmy fonograficzne wciąż trzymają się kilku znanych nazwisk. Universal Music Polska sprzedaje Marylę Rodowicz i z umiarkowanym powodzeniem próbuje na nowo wypromować idoli RWPG, na przykład Helenę Vondrackovą. Pomaton EMI lansuje Ryszarda Rynkowskiego, Sony Music Polska - Zdzisławę Sośnicką i Małgorzatę Ostrowską, a firma BMG Polska podpisała kontrakt z Krzysztofem Krawczykiem. Planowana na maj wspólna płyta byłego członka Trubadurów i Gorana Bregovicia prawdopodobnie sprzeda się w milionowym nakładzie. Konkurować z nią mogą tylko albumy Brathanków, Arki Noego i przede wszystkim Golec uOrkiestry.
Sukces tych wykonawców to jedna z większych niespodzianek tego roku. Golcowie i Arka Noego wydają płyty własnym sumptem. Już sprzedając je wyłącznie "ze stolika", osiągali kilkunastotysięczne nakłady (dziś - kilkusettysięczne). Golec uOrkiestra zrobiła jeszcze więcej: wydała dwa nowe krążki, choć jej pierwsza płyta jeszcze znajdowała się na listach bestsellerów. Teraz trzy jej albumy należą do najchętniej kupowanych. Zespół z Beskidów, podobnie jak Brathanki przerabiający tematy folkowe w stylu pop, tworzy muzykę wyróżniającą się z banalnego tła. Arka Noego zaś ujęła słuchaczy bezpośredniością dziecięcego śpiewu. Powodzenie tych płyt dowiodło, że Polak radzi sobie bez ułatwień oferowanych przez fonograficznych gigantów.
Mimo wszystko wytwórnie twierdzą, że odnoszą sukces. To prawda, że sprzedaż płyt rośnie: w roku 1999 wzrosła prawie o 30 proc., w tym ma szansę skoczyć o 40 proc. Tyle że dotyczy to zespołów The Beatles, Pink Floyd, The Rolling Stones... Wpływy z ich sprzedaży rekompensują brak zysków z obrotu płytami polskich muzyków.

Więcej możesz przeczytać w 51/2000 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0