Pielęgnowanie trupa

Pielęgnowanie trupa

Dodano:   /  Zmieniono: 
Pielęgniarki są ofiarami chorej służby zdrowia

Gdyby służba zdrowia działała tak sprawnie, jak sprawnie pielęgniarki zorganizowały serię protestów, to z pewnością żadnej z nich nie widzielibyśmy dziś na drogach, torach kolejowych czy przejściach granicznych. Gdyby służba zdrowia działała wedle reguł rynkowych, dyrektorzy szpitali sami zadbaliby o to, by mieć jak najlepszy personel. Zostałby uruchomiony mechanizm pozytywnej selekcji i przy okazji wyszłoby na jaw, że wiele pielęgniarek nie ma odpowiednich kwalifikacji, nie dokształca się. W warunkach rynkowych nastąpiłoby duże zróżnicowanie zarobków. Czy wtedy gorzej zarabiające pielęgniarki protestowałyby przeciwko lepiej uposażonym koleżankom? A może godziłyby się na niskie zarobki, byleby zachować pracę?
Czy można sobie wyobrazić szpital bez pielęgniarek? Chyba prędzej - bez lekarzy. Przecież w innych krajach wiele czynności lekarzy potrafią wykonywać odpowiednio wyszkolone pielęgniarki. Dlatego najlepsze mogą zarobić nawet 100 tys. dolarów rocznie, jak zdarza się w USA. W Polsce pielęgniarki nie są tak dobrze przygotowane do zawodu, ale nawet gdyby były, to i tak w obecnym systemie zarabiałyby tyle, ile dotychczas.
Głównie dlatego, że ich umiejętności nie mogłyby być należycie wykorzystane. Dzięki zatrudnieniu wysoko wykwalifikowanej pielęgniarki, na przykład specjalistki w dziedzinie intensywnej opieki kardiologicznej czy anestezjologii, menedżer szpitala powinien oszczędzić na pozostałych etatach, w tym etatach lekarzy. W dodatku powinien mieć więcej pacjentów i wynegocjować lepszy kontrakt z kasą chorych. Nic takiego się nie dzieje, bowiem dyrektorzy wielu szpitali nadal nie działają na wolnym rynku. Pieniądze, które otrzymują, wcale "nie przychodzą razem z pacjentem". Przeciwnie, szpital dysponujący dobrą kadrą lekarsko-pielęgniarską, przyciągający więcej pacjentów, jest za to finansowo karany.
Bardzo często fikcją są też negocjacje wysokości kontraktu z kasą chorych. Rady kas wybierane są przez organy polityczne (sejmiki samorządowe), więc także decyzje zarządów kas mają kontekst - oględnie mówiąc - niemerytoryczny. W dodatku nie można się od tych decyzji nigdzie odwołać. Jak w takiej sytuacji dyrektorzy szpitali mają prowadzić działalność gospodarczą? Jak mają racjonalizować politykę zatrudnienia?
- Minister może zapisać w ustawie, że dyrektor szpitala powinien podwyższyć płace pielęgniarkom o 4 proc. powyżej realnego wzrostu wynagrodzeń. Z jakich środków mają jednak pochodzić pieniądze na podwyżki, skoro szpital nie dostaje więcej pieniędzy od kasy chorych, a wszystkie możliwe oszczędności zostały już poczynione - pyta retorycznie Jacek Profaska, dyrektor Samodzielnego ZOZ Opieki nad Matką i Dzieckiem w Poznaniu. - To tak, jakbyśmy w ustawie zapisali, że mamy być zdrowi, piękni i młodzi. Tyle że z takiego zapisu nic nie wynika.
Od dwóch lat pielęgniarki formalnie nie należą do sfery budżetowej, ale zachowują się tak, jakby nadal do niej należały - z postulatami płacowymi zwracają się przecież do ministerstwa i rządu. Przedstawiciele rządu odsyłają pielęgniarki do dyrektorów szpitali, twierdząc, że nie mogą dopuścić do "zamachu na budżet". Istotnie, gdyby 220 tys. pielęgniarek otrzymało po 500 zł podwyżki netto, to w budżecie musiałoby się znaleźć dodatkowo (tylko ze składką na ZUS, a bez innych pochodnych) 180 mln zł miesięcznie. W przyszłym roku byłyby to już prawie 3 mld zł. Takich pieniędzy w budżecie na cel nie przewidziano, a więc trzeba byłoby je zabrać jakiejś innej grupie zawodowej. Której?
Największym nieszczęściem służby zdrowia jest to, że reforma zatrzymała się w pół drogi. Przede wszystkim nie ma ustawy prywatyzacyjnej. Dyrektorzy placówek, których organem założycielskim jest samorząd, są w praktyce ubezwłasnowolnieni. - O akceptację wszystkich działań musimy się zwracać do samorządu albo do tzw. rady społecznej. Jeszcze niedawno zgoda taka była potrzebna, aby sprzedać stare krzesło. Jak w takich warunkach być menedżerem? - żali się dyrektor dużego szpitala w Warszawie.
Niby wprowadzono system rynkowy, ale w rzeczywistości kasy chorych zajmują się tylko redystrybucją otrzymywanych środków. Z ustawy ubezpieczeniowej wykreślono punkt przewidujący możliwość tworzenia prywatnych kas, a więc konkurencję odsunięto w bliżej nie określoną przyszłość. "Utrwala to monopolistyczną pozycję jednostek publicznych, nie pozwala na zaistnienie rynkowej regulacji płac" - przyznał 8 grudnia w Sejmie minister zdrowia Grzegorz Opala. Płacą za to m.in. pielęgniarki.

Więcej możesz przeczytać w 52/53/2000 wydaniu tygodnika Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

-
 0