Nasze winy

Nasze winy

- Czy można reformować siebie, nie przeprowadzając rachunku sumienia? - pyta prof. Henryk Samsonowicz. - Demokracja potrzebuje pamięci o tym, z czego sama wyrasta, i o tym, co w przeszłości było przeciw niej - mówi prof. Andrzej Paczkowski. - Wskutek fałszowania i przemilczania prawdy niemal cała nasza wiedza o czasach PRL jest zmitologizowana.
"Chrystus narodów" często występował w roli kata

- Czy można reformować siebie, nie przeprowadzając rachunku sumienia? - pyta prof. Henryk Samsonowicz. - Demokracja potrzebuje pamięci o tym, z czego sama wyrasta, i o tym, co w przeszłości było przeciw niej - mówi prof. Andrzej Paczkowski. - Wskutek fałszowania i przemilczania prawdy niemal cała nasza wiedza o czasach PRL jest zmitologizowana.


Nie tylko o tych czasach. Pielęgnujemy zbiorowe przeświadczenie, że byliśmy heroicznymi ofiarami procesów dziejowych: wojen, agresji sąsiadów, spisków wielkich mocarstw i zdrady sojuszników. Jak inne nacje idealizujemy przeszłość, a przecież "Chrystus narodów" nader często występował w roli kata.

Mit pierwszy: tolerancja
Kresy Wschodnie, zamieszkane głównie przez ludność niepolską i niekatolicką, traktowane były jak kolonia. W 1930 r. rząd zastosował terror w 16 powiatach galicyjskich. W 1937 r. na Chełmszczyźnie wojsko zburzyło 127 cerkwi prawosławnych. Rok później generał Paszkiewicz przeprowadził brutalną pacyfikację w województwie tarnopolskim. - Do wrogiej wobec Polski i Polaków postawy Ukraińców w latach okupacji najbardziej przyczyniły się właśnie te, podjęte tuż przed wojną, akcje represyjne - uważa prof. Andrzej Friszke, historyk.
"Ostatecznego rozwiązania kwestii ukraińskiej" dokonały władze Polski Ludowej. Nie wystarczyło to, że od października 1944 r. do sierpnia 1946 r. ze wschodnich terenów kraju wysiedlono prawie pół miliona Ukraińców. Dzieła dopełniła akcja "Wisła". Deportowano i rozproszono po ziemiach odzyskanych 150 tys. Ukraińców i Łemków, a prawie 4 tys. osadzono w obozie w Jaworznie. Odebrano im 700 tys. ha gruntów, spalono kilka tysięcy zabudowań i ponad sto cerkwi. Polska do dziś nie wynagrodziła krzywd ofiarom.
Niepodległa Rzeczpospolita odradzała się w pożodze pogromów, urządzanych m.in. przez przybyłą z Francji "błękitną armię" Hallera. Przekształceniu antysemityzmu w oficjalną doktrynę zapobiegło mianowanie naczelnikiem państwa Litwina - Józefa Piłsudskiego. Dzwony obwieszczające jego śmierć stały się dla Żydów dzwonami na trwogę. W latach 1935-1937 doszło do 150 pogromów. Tworzeniu gett podczas II wojny światowej sprzyjały prowokowane zajścia antyżydowskie w pierwszych latach okupacji. Bez niczyjej pomocy Polacy wymordowali swych żydowskich sąsiadów w Jedwabnem i Radziłowie, a po wojnie - w Kielcach.
PRL próbowała kilkakrotnie rozwiązać "kwestię żydowską". Dekretem z 8 marca 1946 r. mienie pożydowskie zrównano z poniemieckim. Po przygrywkach w Rzeszowie, Krakowie i na Podkarpaciu nastąpił pogrom w Kielcach, po którym około 200 tys. Żydów opuściło Polskę. Pozostało jednak jeszcze kilkadziesiąt tysięcy. Większość z nich opuściła Polskę po marcu 1968 r. W tropieniu i piętnowaniu "syjonistów" wzięły wtedy udział tysiące gorliwych ochotników, również przedstawiciele elit intelektualnych. Ofiarami rasizmu firmowanego przez władze państwa stali się też polscy Romowie, których represjonowano i upokarzano, by zmusić do zaprzestania życia w taborach, co było najważniejszym składnikiem ich tożsamości kulturowej. Charakter czystki etnicznej nosiła powojenna, obfitująca w akty okrucieństwa, deportacja Niemców. Ofiarą tego aktu odpowiedzialności zbiorowej były głównie dzieci, starcy, inwalidzi i kobiety. W obozach przejściowych w Łambinowicach, Potulicach, Mysłowicach, Świętochłowicach, Sikawie i Blachowni osadzeni marli z głodu. Ponadto stawali się ofiarami przestępstw popełnianych przez polskich strażników. Na przykład w Łambinowicach, gdzie zgromadzono całe wioski z Opolszczyzny, spalono żywcem 48 osób. Ksenofobia i nietolerancja wciąż pozostają cechami wielu Polaków. Nie lubimy Romów, Żydów, Niemców, Ukraińców, a także homoseksualistów i świadków Jehowy. Wpływy endeckiej, hitlerowskiej i komunistycznej propagandy okazują się bardzo silne.

Mit drugi: naród bez Quislinga
- W świadomości potocznej Polaków II wojna światowa została sprowadzona do dwóch rodzajów narracji historycznej: heroizacji i martyrologii. Wizja kraju bohaterskiego i umęczonego wykluczała krytycyzm - zauważa Tomasz Kranz, szef działu naukowego Muzeum na Majdanku. Zgodnie z tą wizją cały naród walczył z okupantem, nielicznych kolaborantów likwidował ruch oporu, Polska ucierpiała najbardziej spośród wszystkich państw biorących udział w wojnie, a zbrodni wojennych dopuszczali się Niemcy, Sowieci, Ukraińcy, litewscy szaulisi, tylko nie Polacy. Aż 40 proc. ankietowanych przez Demoskop twierdziło, że Polacy cierpieli tak samo jak Żydzi, a jedynie 28 proc. było zdania, że jednak Żydzi ucierpieli więcej.
To, że w okupowanej Polsce nie utworzono rządu kolaboracyjnego, nie oznacza, że nie było ludzi gotowych do jego sformowania. W październiku 1939 r. powstało w Warszawie sprzysiężenie o kryptonimie NOR dążące do porozumienia z Niemcami i sformowania armii polskiej u boku Wehrmachtu. O to samo zabiegał Bolesław Piasecki, przedwojenny lider Falangi, w PRL prezes PAX - organizacji "postępowych katolików", współpracującej z komunistami. Innym kandydatem na polskiego Quislinga był Władysław Studnicki, który proponował utworzenie dwunasto-, piętnastomilionowego kolaboracyjnego państwa polskiego i aż do końca wojny domagał się sformowania polskich oddziałów w ramach Osttruppen. Z planów tych nic nie wyszło, bo Hitler nie potrzebował polskich sojuszników. Niemcy pozwolili jednak Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ przemierzyć pod bronią całą Polskę i Czechy, dzięki czemu bezpiecznie trafili oni pod opiekę aliantów.
Otwarte pozostaje pytanie, ilu ochotników wstąpiłoby do postulowanej przez Himmlera w 1943 r. polskiej brygady SS, skoro tylu Polaków podpisało volkslistę. Część - zwłaszcza na Pomorzu i Śląsku - została do tego zmuszona, ale setki tysięcy z własnej woli chciało dostać niemieckie papiery. By spełnić kryteria volksdeutscha IV grupy, wystarczyło "nie występować przed wojną przeciw ludności niemieckiej". Jak podaje prof. Józef Buszko, volkslisty I i II grupy podpisało 780 tys. osób, a III i IV - 2,5 mln. Tymczasem według spisu z 1931 r., język niemiecki jako ojczysty deklarowało 741 tys. obywateli II RP.
Przez całą okupację pleniło się donosicielstwo. Członkowie ruchu oporu zatrudnieni na pocztach nie nadążali z wyłapywaniem donosów do gestapo. Generał Stefan Grot-Rowecki został aresztowany właśnie wskutek donosu. Ogłoszona przez Yad Vashem lista prawie 500 Polaków zgładzonych za ukrywanie Żydów to w dużej mierze lista ofiar gorliwości sąsiadów. Za zgłoszenie żydowskiej kryjówki dostawało się wszak kilogram kiełbasy i litr wódki. Wywiad AK okręgu małopolskiego dysponował wykazem 60 tys. szmalcowników i denuncjatorów tylko z tego terenu. Ale i Armia Krajowa nie ma całkiem czystego sumienia. Likwidowanie ukrywających się Żydów podczas powstania warszawskiego przez jeden z oddziałów AK było tylko epizodem, ale nawet jedna zbrodnia pozostaje zbrodnią.
Kwitła też kolaboracja intelektualna. Mimo apeli podziemia, Polacy kupowali hitlerowskie "gadzinówki", a kina i teatry serwujące propagandowy repertuar były pełne. W latach 1940-1944 koncesjonowane oficyny wydały 657 książek, autorstwa m.in. Wojciecha Żukrowskiego, Alfreda Szklarskiego, Magdaleny Samozwaniec.
- Nie ma do tej pory ani jednej monografii codziennej kolaboracji, nie ma źródłowego opracowania o tych, którzy wydawali Niemcom ukrywających się Żydów, ani o tych, którzy czynili z tego zyskowny proceder, a także o tym, jak Polacy przejmowali mienie pożydowskie. Nie ma opracowania o donosach, o bandytyzmie, który niesłychanie rozplenił się w czasie wojny. Wreszcie o tym, co działo się po wojnie z kolaborantami, donosicielami, współpracownikami gestapo - wylicza prof. Paczkowski. Dopiero teraz wychodzi na jaw, że wielu zbrodniarzy wojennych i kolaborantów skorzystało po wojnie z ochrony władz PRL, które umiały wykorzystać ich służalczość i skłonności do okrucieństwa. Oprawcy z obozów zagłady, którzy wysługiwali się komunistycznej bezpiece tak samo gorliwie jak oficerom SS, nadal kontentują się wysokimi emeryturami.

Mit trzeci: najweselszy barak w obozie
W świetle dokumentów przejmowanych przez Instytut Pamięci Narodowej to powszechne przekonanie, mile łechcące naszą próżność narodową, nie ma żadnych podstaw. Skala terroru, liczba więźniów politycznych i egzekucji, stopień sowietyzacji państwa, zniewolenia społeczeństwa i jego penetracji przez aparat przemocy i propagandy nie były mniejsze niż w innych krajach socjalistycznych. Z kolei zachowania opozycyjne, wykraczające poza słuchanie Radia Wolna Europa, były udziałem znikomej części społeczeństwa, a w większości grup kontestatorów działały "wtyczki" SB. W archiwach SB pełno jest notatek z kawiarnianych rozmów trzech bliskich przyjaciół, z których każdy donosił na pozostałych. Mieszkający w Szwecji pomarcowy emigrant odkupił w 1990 r. od wysokiego oficera SB kilkadziesiąt zdjęć operacyjnych z zebrań Klubu Krzywego Koła, "wylęgarni" marca ’68, na których można rozpoznać twarze z pierwszych stron gazet, w tym byłego premiera III RP, wicemarszałka Sejmu, kilku posłów i znanej piosenkarki. Musiał je wykonywać ktoś ze stałych bywalców klubu. Sprawozdanie szefa SB w Gdańsku, płk. Władysława Pożogi (późniejszego wiceministra spraw wewnętrznych), z grudnia 1970 r. zawiera listę kilkudziesięciu osób demonstrujących "wrogą postawę" w środowisku naukowym Gdańska, przy czym za "wrogą postawę" uznano to, że jeden z profesorów chodził do kościoła. - Mit o powszechnym oporze społecznym wobec reżimu komunistycznego staje pod znakiem zapytania - mówi doc. Jerzy Eisler z Instytutu Pamięci Narodowej. Prysnąć może też mit o "Kościele niezłomnym". Mimo zniszczenia akt IV departamentu MSW, zajmującego się inwigilacją Kościoła, zachował się raport, stwierdzający, iż SB ma "agenturę w każdym dekanacie". Do ruchu księży patriotów, nazywanego komunistycznym "koniem trojańskim w polskim Kościele", udało się pozyskać około 10 proc. duchownych. "Znam nazwiska byłych volks- lub reichsdeutschów, którym dano wysokie odznaczenia w Polsce Ludowej tylko dlatego, że współpracują 'pozytywnie'" - pisał o takich księżach prymas Stefan Wyszyński. Znany jest też protokół z posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR z lat 70., na którym omawiano raport z obrad Rady Głównej Episkopatu Polski - organu, który tworzyło wtedy dziewięciu biskupów, najbliższych współpracowników prymasa. Któryś z nich musiał raport napisać.

Mit czwarty: od zawsze w Europie
Jak pisze prof. Henryk Samsonowicz, "pierwsze trzy stulecia, niezależnie od wzlotów i upadków naszego państwa, pozostawiały je na peryferiach europejskiej cywilizacji". Dopiero w XIII w. Polska wyraźnie znalazła się w jej obrębie, a od czasów Jagiełły zaczęła znów odstawać. - W XVI-XVII w. Polska reprezentowała już odrębny, sarmacki model kultury. Promieniował on na kraje sąsiednie: Ruś, Węgry, Prusy Książęce, Inflanty, Mołdawię, tworząc nową jakość cywilizacyjną między Rzeszą Niemiecką, Moskwą i imperium tureckim - wywodzi prof. Samsonowicz. Trwanie przy tej odrębności doprowadziło jednak do upadku Polski.
Paradoksalnie, integralną częścią Europy, ku której od czasów Piotra Wielkiego dryfowała też Rosja, znaleźliśmy się dopiero w XIX stuleciu, złotym wieku dla polskiej gospodarki, nauki i kultury - mimo braku własnego państwa. - II RP usytuowała się na marginesie Europy. Przypominała bardziej latynoamerykańską republikę bananową niż cywilizowane państwo - stwierdza Henryk Wrzosek, historyk państwowości. Wyprawa gen. Żeligowskiego na Wilno była awanturą sprzeczną z prawem międzynarodowym, podobnie jak zajęcie Zaolzia w 1938 r. Obozem koncentracyjnym w Berezie Kartuskiej i internowaniami bez sądu Polska wyprzedziła podobne praktyki w Niemczech hitlerowskich. Czystki etniczne na wschodnich rubieżach były czymś nie znanym w ówczesnej Europie. W myśli politycznej II RP wielkie wpływy miała endecka doktryna zwrócenia się na Wschód, a odwrócenia od Europy. Po przyjęciu konstytucji kwietniowej Polska, ze swą religią państwową, odpowiedzialnością prezydenta przed Bogiem i historią, dążeniem do autarkii, gettem ławkowym, pogromami mniejszości i sejmowymi bojami o zakaz uboju rytualnego - cofała się wręcz do średniowiecza. - Powoływanie się na ciągłość z II RP w naszych staraniach do UE nie jest dobrą rekomendacją, gdyż był to nadal ciemny kraj sarmacki, nie zaś europejski - przekonuje Henryk Wrzosek.
Relikty sarmackie widoczne są na każdym kroku. W Sejmie, gdzie żywa jest tradycja liberum veto. W nostalgii za PRL, "dziesiątą potęgą świata". W lekceważeniu etosu pracy i praw ekonomicznych. W wywyższaniu się ponad inne nacje, w cywilizacyjnym analfabetyzmie, urzędniczej korupcji i tradycyjnej chełpliwości. Potrzeba rzetelnego rachunku sumienia.

Okładka tygodnika WPROST: 52/53/2000
Więcej możesz przeczytać w 52/53/2000 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0