Bunt ciała

Bunt ciała

Anoreksja więcej mówi o stanie psychicznym współczesnych kobiet niż o trendach w modzie

Anoreksja wciąż jest traktowana jak fanaberia dorastających panienek, a nie choroba. W Polsce brakuje specjalistycznych przychodni leczących anorektyków, a działające nie mogą sobie poradzić z gwałtownie rosnącą liczbą pacjentów, ocenianą dziś na kilkadziesiąt tysięcy osób.


Do prywatnego Centrum Terapii Psychogennych Zaburzeń Odżywiania się Anna trafiła rok temu. Miała 26 lat. Wyglądała na młodszą co najmniej o dziesięć lat. Przypominała dziecko, a nie dorosłą kobietę. Była smutna i załamana. Nie bardzo wierzyła, że znajdzie się wreszcie ktoś, kto jej pomoże. Chorowała od dziesięciu lat. Zjeździła całą Polskę - leczyła się w Krakowie, Wrocławiu, Łodzi, Warszawie. Gdy tylko zaczynała przybierać na wadze, wypisywano ją ze szpitala, twierdząc, że już nic nie zagraża jej życiu.
Kiedy pokazuje swoje zdjęcia z liceum, trudno zrozumieć, dlaczego zapadła na anoreksję. Szczupła, atrakcyjna nastolatka przytulona do przystojnego chłopaka. Skąd u niej choroba? - To ta atmosfera w domu - odpowiada. Między Anną a jej siostrą doszło do rywalizacji. Spór dotyczył tego, która jest bardziej kochana przez rodziców, która spełniła ich oczekiwania. Rodzice długo nie dostrzegali współzawodnictwa. Ojciec był alkoholikiem, matka z trudem godziła domowe i zawodowe obowiązki. Gdy dowiedzieli się o chorobie Anny, ojciec obiecał, że przestanie pić, jeśli ona zacznie się leczyć. Poddał się terapii, odstawił alkohol. Wkrótce jednak zmarł na raka trzustki. To całkowicie załamało Annę. Uznała, że już nikt nie chce, aby wyzdrowiała, że nikomu nie jest potrzebna. Przestała jeść. W fatalnym stanie trafiła do szpitala, gdzie ją podratowano i dano wiarę w sens życia. Czeka ją jeszcze kilkuletnie leczenie u terapeuty. Ma szansę wyzdrowieć. Nie wie tylko, czy znajdzie na to pieniądze.

Plaga końca XX wieku
Terminu anoreksja po raz pierwszy użył angielski lekarz William Gull. Było to w 1873 r., kiedy nie obowiązywała jeszcze moda na odchudzanie. Choroba pojawia się w różnych epokach, ale zawsze wydaje się krzykiem przeciwko światu. Ostatnio anorektyków niepokojąco przybywa. W latach 70. stanowili 0,4 proc. mieszkańców Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych, teraz - prawie 4 proc. W Polsce choruje 1 proc. młodych ludzi. Powszechnie uważa się, że anoreksja jest wynikiem nadmiernego odchudzania się, do czego prowokuje moda na szczupłą sylwetkę. Dwadzieścia lat temu przeciętna modelka ważyła o 8 proc. mniej niż przeciętna kobieta. Obecnie różnica ta wynosi 23 proc. Kilkanaście lat temu lansowano modelki zdrowe, wysportowane, o kobiecych kształtach. Pięć lat później pojawiły się superchude nimfy. 70 proc. dziewczyn, których zdjęcia ukazały się w ciągu ostatnich 20 lat na rozkładówkach "Playboya", cierpiało na kliniczną niedowagę - wynika z badań, które zostaną wkrótce opublikowane w "International Journal of Obesity". Peter Katzmarzyk i Caroline Davis z Uniwersytetu York w Ontario przeanalizowali wymiary modelek i uznali, że propagowany przez media wizerunek kobiecego ciała może nawet szkodzić. Wyzwala bowiem chęć dążenia do "ideału". Przeciętny BMI (body mass index, czyli stosunek masy ciała do kwadratu wysokości) dziewczyny z "Playboya" wyniósł 18,1, podczas gdy współczynnik ten poniżej 18,5 - zgodnie z obecnym stanem wiedzy medycznej - oznacza niedowagę.

Walka z wiatrakami
Zaczęto zatem walczyć z takim wizerunkiem kobiety. W tym roku na wybiegach pojawiły się modelki o bardziej obfitych kształtach, na przykład Letitia Casta i Sophie Dahl, które nie straszą wystającymi żebrami i zapadniętymi oczami. Pod koniec października odbył się w Warszawie pokaz mody anorektycznej. Nienaturalnie szczupłe modelki pojawiły się w bardzo obcisłych kreacjach. Wystające żebra, kolana szersze niż uda, ziemista cera, podkrążone oczy miały zniechęcać do nadmiernego odchudzania się. Organizatorzy happeningu chcieli pokazać, jak zgubny może być pęd za modą i dążenie za wszelką cenę do osiągnięcia szczupłej sylwetki.
Psychologowie nie wierzą jednak, że zmiany w modzie dokonają przeobrażeń w życiu dorastających dziewcząt. - Choroba ta jest krzykiem współczesnych zagubionych kobiet. Zapadają na nią osoby wrażliwe, które nie umieją znaleźć swojej drogi - przekonuje Grażyna Lesz z Centrum Terapii Psychogennych Zaburzeń Odżywiania się. W ten sposób przeciwstawiają się narzucanym kanonom, zgodnie z którymi kobieta ma być silna, niezależna, odnosić sukcesy, robić karierę, a jednocześnie być matką i prowadzić dom. - Dzieci mające oparcie w rodzicach nie przeżywają zaburzeń w odżywianiu się - przekonuje 26-letnia Beata, od jedenastu lat chora na bulimię. Jedni piją alkohol, inni zażywają narkotyki, a jeszcze inni przestają jeść lub mają napady obżarstwa. Dla dziewcząt ten ostatni sposób buntu jest najłatwiejszy.
Happeningi, zmiana trendów mody zwracają uwagę na problem anoreksji, utrwalają jednak przekonanie, że choroba ta jest wynikiem pewnej fanaberii - dążenia do bycia piękną. Tymczasem nie są to kaprysy dorastających panienek. Wiele chorych ma za sobą pobyt w domu dziecka, próby samobójcze, narkotyki. Nie chcą żyć, ale nie mają odwagi popełnić samobójstwa. Chcą się upodobnić do ściany, szarej myszki. Czy ktoś w takim stanie ducha może myśleć o urodzie i atrakcyjnej sylwetce?
- Nigdy nie myślałam o odchudzaniu. Nie chciałam jeść, bo tylko w ten sposób mogłam się przeciwstawić ojcu. Była to jedyna sfera życia, w której decyzja należała wyłącznie do mnie. Zanim zorientowałam się, że nic nie jem, minęły dwa miesiące. Dopiero gdy nagle straciłam dwanaście kilogramów, zaczęłam szukać pomocy - opowiada Małgorzata Góralczyk, od trzech lat mająca problemy z odżywianiem się.

Terapia dla wybranych
Źle leczona anoreksja przechodzi w bulimię. Specjaliści szacują, że dotyczy to co najmniej dwóch trzecich chorych. W Polsce działa jednak zaledwie kilka placówek oferujących właściwą pomoc. W dodatku brakuje w nich miejsc. Natychmiast przyjmowane są jedynie osoby, których życiu zagraża niebezpieczeństwo. Dziewczyny w lepszym stanie muszą niekiedy czekać na przyjęcie kilka miesięcy. W klinikach wyspecjalizowanych w leczeniu anoreksji i bulimii przebywa tylko młodzież do osiemnastego roku życia. Potem chore trafiają na oddziały dla dorosłych, gdzie wspólnie leczone są najróżniejsze dolegliwości psychiczne. Po opuszczeniu ośrodka dziewczyny powinny być pod stałą opieką psychiatry, terapeuty i internisty. Jedna wizyta u psychiatry lub terapeuty kosztuje 50-100 zł, a pacjentki powinny odbyć co najmniej jedno spotkanie w miesiącu z psychiatrą i co najmniej jedno w tygodniu z terapeutą. Leczenie ma sens, gdy w zajęciach uczestniczą całe rodziny. Na to stać już tylko nielicznych.
W większości szpitali nikt nie zajmuje się stanem psychicznym pacjentek, nie rozmawia o ich problemach. Anorektyczki leżą na jednej sali z osobami cierpiącymi na inne schorzenia psychiczne. Pielęgniarki i pacjenci z ożywieniem rozmawiają o cudownych odchudzających dietach. Rozmowa z psychologiem w najlepszym razie zdarza się raz na tydzień. - We wszystkich szpitalach, w których przebywałam, lekarzy interesowało wyłącznie to, czy wszystko zjadłam. Nie chcieli nawet zrozumieć tego, że po długim okresie niejedzenia organizm broni się przed najmniejszym posiłkiem. Każdy kęs jest od razu zwracany. Tylko w Warszawie na Sobieskiego było inaczej. Tam rozumiano nasze problemy - mówi Małgorzata. - W jednym ze szpitali przywiązano mnie do łóżka. Kazano jeść i nie ruszać się. W ciągu dwóch miesięcy przytyłam dziesięć kilogramów - opowiada Anna. Lekarze uznali, że osiągnęli sukces. Tymczasem Anna musi się dalej leczyć. I nie był to kaprys dorastającej panienki.

Dorota Romanowska
Okładka tygodnika WPROST: 1/2001
Więcej możesz przeczytać w 1/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
Zamów w prenumeracie lub w wersji elektronicznej:
 0