Pech nadmiaru szczęścia

Pech nadmiaru szczęścia

Dodano:   /  Zmieniono: 
Niestety, mamy szczęście bycia krajem dużym, ludnym i bogatym w surowce. "Szwed to ma szczęście - myśli przeciętny Polak. - Ma dochód wynoszący 22 tys. dolarów rocznie, państwo dobrobytu dostarcza mu za darmo usług publicznych, a on tylko sobie siedzi, absolut popija i łososiem zakąsza." Owa rozpowszechniona w naszym narodzie opinia owocuje trzema postawami: agresywną, adaptacyjną lub refleksyjną.
 

Postawa agresywna swoje ostrze kieruje przeciwko Stefanowi Niesiołowskiemu, bo to podobno on jako ministrant księdza Kordeckiego rzucił się na wały, wołając: "Matko Boża! Ratuj! Miller nadchodzi!". (Co prawda niektórzy twierdzą, że wydarzyło się to nie w grudniu 1665 r., tylko w grudniu 2000 r. i nie o tego Millera chodziło. Nie musimy jednak dawać wiary malkontentom. Fakt pozostaje faktem: gdyby Polska nie miała szczęścia wygrać tej wojny, byłoby u nas jak w Szwecji.)
Za postawą adaptacyjną głosował w minionym półwieczu prawie milion Polaków (mniej niż na Millera, mniej więcej tyle co na Kalinowskiego). Dzięki temu dzisiaj co szósty Szwed to Polak. Ponieważ nie bardzo widzę, z kim można by w najbliższym czasie skutecznie przegrać wojnę ani też nie wybieram się na emigrację (dla wszystkich ani welfare state, ani absolutu, ani też łososia nie wystarczy), pozostaje mi postawa refleksyjna. Wypada mi się mianowicie zastanowić nad przyczynami różnic w bogactwie Szwecji i Polski oraz nad rolą szczęścia w kształtowaniu dobrobytu.
Ponieważ przed wiekiem Polska i Szwecja były krajami równie biednymi, odpowiedź na pierwsze pytanie ma wielkie znaczenie. A co więcej, jest banalnie prosta. Tak prosta, że może ją znaleźć każdy, kto przeszedł przez piątą klasę szkoły powszechnej i wie, że w telefonie komórkowym ma zainstalowany kalkulator. Relacja produktu krajowego brutto przypadającego na Svensona i Kowalskiego wynosi trzy do jednego. Jeżeli teraz wprowadzimy do kalkulatora na przykład liczby 1,03 i 1,02 i każdą z nich podniesiemy do setnej potęgi, to relacja wyników także wynosić będzie trzy do jednego. Oznacza to tylko, że jednopunktowa różnica w długim (stuletnim) okresie wzrostu (między trzy i dwa procent) wyjaśnia bez reszty trzykrotnie wyższy obecnie poziom dobrobytu Szweda niż Polaka. Mówiąc inaczej, przez sto lat Szwed oszczędzał troszkę więcej oraz pracował troszkę więcej i troszkę wydajniej, i to sprawiło, że jego PKB jest trzykrotnie większy, dzięki czemu ma teraz więcej łososia, więcej absolutu i darmo alka-seltzer na kaca.
Mam pełną świadomość tego, że mówiąc Polakowi, iż jest od kilku pokoleń rozrzutnym leniem, narażam mu się bardziej, niż gdybym w pysk go strzelił. Wiem także, po jakiej linii pójdzie obrona (oczywiście - najmniejszego oporu!). "Nieprawda! - zawołają zgodnie prawicowi postkomuniści i lewicowi postsolidarnościowcy. - Pracowaliśmy nie mniej ofiarnie niż Szwedzi, ale nasz kraj w XX wieku kilkakroć był niszczony przez niemieckie, bolszewickie (niepotrzebne skreślić) hordy." Różniąc się zatem w drobnym szczególe (kto nas gnębił), obydwie wysokie opcje zgodzą się co do faktu podstawowego - nie mieliśmy szczęścia.
"Cha, cha i jeszcze raz cha" - odpowiadam na to po szwedzku. Przecież wiele krajów bogatych doznało straszliwych wojennych zniszczeń (Niemcy, Japonia, Anglia czy Hiszpania), a równocześnie Argentyna, która na początku lat 30. była szóstym gospodarczym mocarstwem świata i która na handlu podczas drugiej wojny światowej zarobiła krocie, jest dzisiaj na naszym poziomie. Ciesząc się ze swojego dostatku, pozwoliła sobie bowiem na "powszechne konsumowanie owoców wzrostu", "umowę społeczną", związkokrację oraz złagodzenie rygorów rynku. No, to teraz ma za swoje.
Jakie jest wyjaśnienie tego paradoksu, że kraje zniszczone potrafią się szybko rozwijać, a państwa dotknięte szczęściem pokoju mogą popaść w niedostatek? Rozwój zależy od inwestycji (a te od akceptowania stosunkowo niskiego poziomu konsumpcji) oraz pracowitości. Jak łatwo zauważyć, są to czynniki o "przeciwnie skierowanych wektorach". W normalnych warunkach nie ma bowiem możliwości, aby ludzie mało zarabiali i pracowali wydajnie. W normalnych warunkach. Okres odbudowy powojennej wszakże nie jest typowy. Wtedy ludzie taką sytuację akceptują. Tak było i w Polsce w latach 1920-1926 i 1945-1949. Dlatego byliśmy wtedy jednym z najszybciej rozwijających się krajów (mimo że w okresie planu trzyletniego narzucone władze były - mówiąc oględnie - jedynie częściowo akceptowane, a uprawiany przez nie terror był akceptowany jeszcze mniej).
Nieszczęściem dla naszej gospodarki nie były zatem wojny (czy ściślej: nie tylko wojny). Pech polegał na tym, że po drugiej wojnie światowej chciano nas uszczęśliwić, zsyłając na nas dobrodziejstwo planowej gospodarki socjalistycznej. Gospodarki, która z punktu widzenia teorii wzrostu jest niczym innym, tylko zwielokrotnieniem do obłędu sensownej zasady: "dużo (za półdarmo) pracuj i dużo inwestuj". Głównym przejawem owego szaleństwa było zlikwidowanie zasady indywidualnych korzyści. Polak bowiem miał oszczędzać i tyrać nie po to, aby jemu było lepiej, lecz aby lepiej było państwu, a gdy państwu się poprawi, to o obywatela zadba.
Czytelnik, choć nie może mi zarzucić niesłuszności dotychczasowego wywodu, może podnieść jednak drobną kwestię, że od strony systemu gospodarczego tak samo wyglądała sytuacja Czechosłowacji i Węgier, a jednak w tych dwóch krajach "gulaszowy socjalizm" nie spowodował takich spustoszeń, a w gulaszu czasami trafiało się i mięso.
To racja. My, niestety, mieliśmy szczęście. Szczęście bycia krajem dużym, ludnym i bogatym w surowce. Wszystko to sprawiało, że marnowany wysiłek inwestycyjny (a więc i wymuszane oszczędności) musiał być u nas proporcjonalnie większy.
To duża Polska - a nie małe Węgry, Czechy czy Słowacja - posiada przeogromne złoża węgla kamiennego i brunatnego, siarki oraz miedzi. I wystarczyło tylko dowieźć linią hutniczo-siarkową nieco rudy, aby wtedy gdy Węgrzy rozwijali przemysł spożywczy, a Czesi lekki i maszynowy, Polska stała się surowcowym zapleczem komunizmu. Dodajmy, za pieniądze płynące z Zachodu. Jako kraj duży, ludny i bogaty (oraz nieco zbuntowany) mogliśmy dostać znacznie większe kredyty niż pobratymcy.
Na dodatek szczęście nie chciało nas opuścić. I Polska w 1989 r. wybiła się na niepodległość. Naszym szczęściem podzieliliśmy się jednak z innymi (my obalaliśmy "nadludzkim wysiłkiem", a oni "aksamitnie"). I nagroda, jaką świat dał tym, którzy komunizm obalili, poszła do podziału. Wydawać by się mogło, że Polska (jako kraj duży, ludny i bogaty - w surowce) dostanie najwięcej. Szef Państwowej Agencji Inwestycji Zagranicznych z uporem twierdzi (na jego stanowisku robiłbym tak samo), że tak się stało. Bo przecież zagraniczne inwestycje sięgnęły 40 mld dolarów.
W zasadzie to prawda. Tyle że jeśli przeliczymy te pieniądze na jednego mieszkańca, okaże się, że jest to dwa razy mniej niż w Czechach i prawie trzy razy mniej niż na Węgrzech. Podobnie łatwo jest zauważyć, że w małych krajach nadbałtyckich wystarczą dwie, trzy dobrze ulokowane inwestycje, aby zmieniło się oblicze całej niemal gospodarki, a w dużą i ludną Polskę kapitał trzeba pompować i pompować. Nietrudno też spostrzec, że słynną restrukturyzację dużo prościej przeprowadza się w przemyśle przetwórczym niż surowcowym. (Czesi od biedy mogą ogrodzić zagłębie śląsko-morawskie płotem i umieścić na nim napis "Skansen". Naszego Śląska i zagłębia ogrodzić się nie da.)
I wreszcie - last but not least - inwestując w kraju o kilku milionach mieszkańców, rynek lokalny traktować można jedynie jako miłe uzupełnienie. Podstawą biznesplanu musi być eksport. Dlatego inwestycje na Węgrzech, w Czechach czy Estonii ukierunkowane były na produkcję przeznaczoną na rynki światowe. Polska, duża i ludna, sama w sobie wydawała się korzystnym rynkiem zbytu. Dlatego za opłacalne uznano przedsiębiorstwa produkujące dla Kowalskiego, a eksport potraktowano jako ewentualne miłe uzupełnienie. Jak to się skończyło w wypadku przemysłu samochodowego - niedawno mogliśmy się przekonać.
Dlatego gdy ktokolwiek z okazji nowego roku czy nowego wieku życzy mnie i mojemu krajowi dużo szczęścia, trafia mnie szlag. Nie chcę szczęścia. Chcę tylko tego, aby przez sto lat przeciętny Polak oszczędzał ciut więcej oraz pracował ciut więcej i ciut wydajniej niż przeciętny Szwed. O tyle więcej, abyśmy w długookresowym rankingu dynamiki wyprzedzali Szwecję o maleńki punkt procentowy (średniorocznie). A wtedy w 2099 r. Svenson (który przecież niezbyt dokładnie pamięta "Potop") zamyśli się i powie: "Nie mógł ten Niesiołowski w pościgu za Millerem rzucić się przez morze?".

Więcej możesz przeczytać w 5/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0