Kultura dotacji

Kultura dotacji

Dodano:   /  Zmieniono: 
Kultura radzi sobie najlepiej tam, gdzie nie sięga mecenat państwa. Za bilet do filharmonii płacimy 10 proc. jego wartości, za wejście do muzeum - 5 proc. Resztę dopłaca państwo, czyli wszyscy podatnicy. Kiedy jednak kupujemy książkę lub płytę, państwo - ściągając podatki - nawet na tym zarabia. Najlepiej funkcjonują bowiem te obszary kultury narodowej, gdzie dokonano prywatyzacji. Dotacje natomiast przede wszystkim psują rynek.
 

Za bilet do filharmonii płacimy 10 proc. jego wartości, za wejście do muzeum - 5 proc. Resztę dopłaca państwo, czyli wszyscy podatnicy. Kiedy jednak kupujemy książkę lub płytę, państwo - ściągając podatki - nawet na tym zarabia. Najlepiej funkcjonują bowiem te obszary kultury narodowej, gdzie dokonano prywatyzacji. Dotacje natomiast przede wszystkim psują rynek.
Ministerstwo Kultury rozdaje fundusze, które zapewniają przetrwanie między innymi "kulturze ludowej i amatorskiemu ruchowi artystycznemu", w tym "unikatowym i zanikającym zawodom". Pieniądze wydzielane są według modelu peerelowskiego: urzędnik ma łożyć na utrzymanie artysty i o nic nie pytać. Tymczasem nawet w socjaldemokratycznej Europie nie próbuje się stosować takich metod wspierania kultury. Wprawdzie na przykład brytyjski rządowy Departament ds. Kultury i Sportu wydał w zeszłym roku na inwestycje kulturalne aż miliard funtów, ale pomiędzy nim a ludźmi kultury pośredniczy aż czterdzieści organizacji pilnujących, by każdy funt z kasy państwowej był równoważony funtem pozyskanym od fundacji prywatnej. Mimo że Chris Smith, minister kultury Wielkiej Brytanii, uważa rok 2000 za najbardziej pomyślny dla kultury brytyjskiej w ostatnim stuleciu, ponad połowa Anglików nie odwiedziła żadnej instytucji kulturalnej.

Kroplówka dla konających
Ministerstwo Kultury prostymi działaniami rozdawniczymi odwleka tylko nieuchronną prywatyzację. Już od kilku lat bieżącą działalność kulturalną prywatni sponsorzy finansują w 30 proc., a aż 80 proc. najbardziej znaczących przedsięwzięć jest przez nich niemal w całości finansowanych. Nawet w gminach kultura radzi sobie najlepiej tam, gdzie nie sięga mecenat państwa. W 1997 r. ministerstwo wykładało tylko 20 proc. pieniędzy koniecznych na działalność kulturalną na poziomie gminy - resztę zdobywali wojewodowie i lokalne samorządy.
Gdy po reformie administracyjnej w gestii władz lokalnych znalazło się ponad 350 instytucji finansowanych dotychczas z budżetu resortu kultury, doszło do ozdrowieńczych zmian. Zmniejszyła się co prawda liczba zespołów pieśni i tańca, ale równocześnie rozwinęła się prasa wykorzystująca lokalny rynek reklam. Ukazuje się ponad trzysta pism regionalnych poświęconych sprawom społecznym i kulturalnym. Ten proces trwa mimo inercyjnej polityki ministerstwa, które nie uczy, jak pozyskiwać pieniądze z źródeł innych niż dotacje. Tylko w 2000 r. z powodu braku funduszy przestało się ukazywać około dziesięciu wydawnictw mających charakter "kroniki dorobku". Tymczasem takie dokumentacyjne kwartalniki powinny się doczekać publikacji w tańszej formie - jako strona internetowa na serwerze należącym do władz regionu. Z kolei receptą na zapaść wiejskich bibliotek może być wydzierżawienie lub sprzedanie przez gminę księgozbioru na przykład drobnemu prywatnemu przedsiębiorcy. Uzupełnianie zbiorów mogłoby się odbywać - to model sprawdzony już przed II wojną światową - z symbolicznych opłat za wypożyczenie książki. Biblioteki, które nie notują - jak to często bywa - nawet minimalnej frekwencji, należałoby zaś zamknąć. Większość tea-trów w Europie Zachodniej ratuje swe budżety, zatrudniając aktorów na kontrakty, a do ról epizodycznych angażując amatorów.

Talent upaństwowiony
Widz lekceważy teatr, a meloman filharmonię. Skoro państwo przez pół wieku płaciło nam - naszymi pieniędzmi - za konsumpcję kultury, to właśnie państwu, a nie nam powinno zależeć, by sceny pracowały przy pełnej widowni! Co gorsza, ten pogląd solidarnie popiera zarówno publiczność, jak i artyści. "Przychodzą z pomysłami i wydaje im się, że trzeba natychmiast paść przed nimi na kolana" - relacjonowała w połowie minionej dekady Henryka Bochniarz, prezes firmy konsultingowej Nicom. "Kompletnie nie myślą o swoich dziełach w kategoriach produktu. Kosztorysy imprez przedstawiane dziś prywatnym sponsorom to wciąż typowe produkty socjalizmu."
Twórcy występujący o społeczne pieniądze najczęściej wzbraniają się przed weryfikacją. Organizatorzy zeszłorocznego Konkursu Chopinowskiego prosili o dotację, a jednocześnie nie chcieli urzędnikom ministerialnym pokazać ksiąg rachunkowych, co prasa europejska uznała za skandal.
Dla polskiego artysty nie do przyjęcia jest układ z biznesmenem: pieniądze w zamian za sztukę i reklamę. - Pozostawienie kultury samej sobie w dobie wolnego rynku nie wróży nic dobrego. Nie powinniśmy liczyć na komercyjnych sponsorów, którym głównie chodzi o reklamę - uważa aktor Andrzej Łapicki. - Wszyscy zgodnie twierdzą, że kultura jest dźwignią tożsamości narodowej, ale za tym powinny iść państwowe pieniądze - twierdzi pisarz Wiesław Myśliwski.
Tęsknota za opieką państwa to w istocie tęsknota za PRL, gdy wszechwładne państwo kredytowało kilkudziesięciu artystów wybitnych i tysiące miernot z legitymacjami związków twórczych. Relikty tego myślenia konserwuje nawet nasz przemysł filmowy, przedstawiany często jako przyczółek wolnego rynku w kulturze. Tymczasem od 1991 r. za pieniądze Komitetu Kinematografii i Telewizji Polskiej nakręcono niemal 250 filmów fabularnych, z których najwyżej 10 proc. gościło w kinach dłużej niż tydzień. Nadpodaż pieniędzy i niedomogi systemu weryfikacji scenariuszy to także problem prywatnego inwestora, jakim jest Canal Plus, działający na polskim rynku od 1994 r. Tylko pięć z 41 filmów, w które zainwestował, przyniosło zysk. To oba "Kilery" Juliusza Machulskiego, "Historie miłosne" Jerzego Stuhra, "Chłopaki nie płaczą" Olafa Lubaszenki i pewniak - "Pan Tadeusz" Andrzeja Wajdy.

Telewizja zamiast rynku
Na rozregulowanym rynku funkcje mecenasa kultury narodowej przejmuje telewizja publiczna. W minionym roku w TVP programy kulturalne zajęły aż 30 tys. godzin, a ich produkcja kosztowała 150 mln zł. - Na produkcję teatralną i filmową telewizja publiczna wydaje więcej niż Ministerstwo Kultury - twierdzi Janusz Cieliszak, szef działu promocji TVP. - W tym samym czasie telewizja zwróciła państwu w formie różnego rodzaju podatków 360 mln zł - przypomniała na niedawnym Kongresie Kultury Polskiej Aleksandra Frykowska z Telewizji Edukacyjnej.
Nawet zastępczy sposób dotowania kultury poprzez finansowanie telewizji za pomocą abonamentu i reklamy nie zyskuje jednak społecznego poparcia. 56 proc. Polaków pytanych o sponsoring (badania ARC Opinia i Rynek) uważa, że potrzeby kulturalne - i to w formie koncertów muzyki pop - znajdują się dopiero na trzecim miejscu. Według Sopockiej Pracowni Badań Społecznych, najbardziej niechętnie do finansowania kultury przez państwo odnoszą się bezrobotni, którzy woleliby przejąć te fundusze na własne utrzymanie.

Więcej możesz przeczytać w 5/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0