Telekino

Telekino

Nie ma kapitalizmu bez kapitału" - mawiał Stefan Kisielewski. Nie ma dobrego kina bez pomysłów na dobry produkt.
I bez pieniędzy. Polskiej kinematografii brakuje jednego i drugiego. Właściwie trudno nawet mówić o rynku. Posiłkowanie się adaptacjami znanych dzieł literackich pozwala co najwyżej stworzyć jego namiastkę, co przypomina sytuację, jaką znamy z czasów PRL.

Po dziesięcioletnim nieustannym wzroście frekwencji rok 2000 okazał się mizerny. Do kin - zarówno na filmy polskie, jak i zagraniczne - poszło zaledwie 18,5 mln widzów, o 33 proc. mniej niż w roku poprzednim. Nie tylko żaden z obrazów nie powtórzył sukcesu rodzimych superprodukcji ("Ogniem i mieczem" i "Pana Tadeusza" obejrzało w 1999 r. 13 mln osób), ale także nie pojawił się komercyjny hit na miarę "Kilera". Spośród polskich tytułów najwięcej widzów przyciągnął "Prymas" Teresy Kotlarczyk (730 tys.). Dystrybutorzy przepowiadali, że będzie to chudy rok, gdyż Polaków przyciągnąć mogą tylko wielkie ekranizacje literatury, a tych w ubiegłym roku zabrakło. Na początek marca 2001 r. zapowiadana jest premiera "Przedwiośnia" Filipa Bajona, jesienią ma trafić do kin "Quo vadis" Jerzego Kawalerowicza. Na tych filmach zamyka się jednak lista tytułów, które mogą liczyć na większą widownię.

Telewizyjne koło ratunkowe
Papierkiem lakmusowym naszego kina jest Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni. Podczas ostatniej edycji niektórzy twierdzili nawet, że powinien on zmienić nazwę na "festiwal filmów telewizyjnych", gdyż TVP była współproducentem aż 20 z 29 prezentowanych obrazów, a 11 sfinansowała w całości. Sześć współfinansował Canal Plus. Trzeba dodać, że coraz odważniej w produkcję filmową inwestują Wizja TV i HBO.
- Nasza kinematografia nie jest dziś ani producencka, ani reżyserska, lecz telewizyjna - mówi Lew Rywin, czołowy polski producent (m.in. "Pana Tadeusza") i prezes Canal Plus. - Telewizja publiczna i Canal Plus pełnią funkcję banków wykładających kasę. Decydują więc o tym, jakie filmy powstają. Prywatni producenci uwzględniają te preferencje.
Dariusz Jabłoński, prezes Krajowej Izby Producentów Audiowizualnych i producent "Przedwiośnia", zgadza się z tą opinią. - Chwała telewizjom, że wspomagają finansowo polskie kino, ale struktura tego finansowania jest dla kinematografii niekorzystna. Duża część dotacji wiąże się z podporządkowaniem filmów wymogom małego ekranu, różniącym się od obowiązujących w kinie. Telewizji nie zależy na wielkich widowiskach. Na małym ekranie co innego decyduje o atrakcyjności obrazu - mówi Jabłoński.
Obaj producenci przyznają jednak: bez telewizji nie byłoby dziś rodzimego kina. Sławomir Rogowski, dyrektor Telewizyjnej Agencji Filmowej, twierdzi, że w dodatku telewizja nie zarabia na tym kokosów. - Bardziej opłacalne jest dla nas produkowanie filmów wyłącznie telewizyjnych. Uczestnictwo w superprodukcjach traktujemy jednak jako rodzaj misji kulturotwórczej - dodaje Rogowski.
Telewizja kieruje się wskaźnikiem oglądalności, a to oznacza uśrednienie gustów. Kino przeciwnie, wymaga niezwykłości. - Filmy telewizyjne opierają się na świetnych kreacjach aktorskich i przekonujących relacjach psychologicznych. To za mało, by wcisnąć nas w fotel - twierdzi Jabłoński. Takie właśnie, dobrze zagrane, oparte na niezłych scenariuszach, są "Żółty szalik" Janusza Morgensterna i "Wielkie rzeczy" Krzysztofa Krauzego, najciekawsze ubiegłoroczne produkcje, w całości telewizyjne.
Dobre kino obyczajowe, mimo ubóstwa scenograficznego, broni się realizmem. Gorzej z kinem akcji robionym za małe pieniądze. Obrazy, w których sensacyjność sprowadza się do dwóch efektownych wybuchów, a resztę pozostawia się sile wyobraźni widza, z pewnością nie przyciągną tłumów do kin. Przykładem "Ostatnia misja" Wojciecha Wójcika, w którym najmocniejszym efektem specjalnym okazał się udział w obsadzie zamerykanizowanego Polaka Petera Lucasa.

Kino za kredyt
Na świecie - podobnie jak u nas - telewizje podpisują umowy koproducenckie, ale ich wkład wynosi 10-20 proc., podczas gdy w Polsce często przekracza połowę. Potem producent zwraca się o kredyt. - W Polsce system bankowy wciąż nie funkcjonuje jak należy - mówi Rywin.
- Marzy mi się sytuacja, w której na podstawie umów z twórcami będzie można sięgnąć po godziwy kredyt. Niestety, stopa procentowa tak podnosi koszty, że na razie jest to nierealne. A wydawałoby się, że po sukcesach "Ogniem i mieczem" i "Pana Tadeusza" zachęcone zyskiem banki przejdą do ataku. Nic z tego. - Sponsorując superprodukcje, banki traktują je jako okazję do promocji - żałuje Rywin. Kredyty bankowe to tylko jedna z metod finansowania kina. Wielkie wytwórnie utrzymują się same. Także producenci niezależni zwracają się do nich po pieniądze na interesujące projekty. U nas nie ma wielkich wytwórni. Przemianowane na "studia" dawne zespoły filmowe uniezależniły się od państwa, ale często zachowują się jak dzieci we mgle. Nadal kierują nimi reżyserzy, a nie każdy ma producencki talent Juliusza Machulskiego. Kierowana przez niego Zebra funkcjonuje na sprawdzonych zasadach kina amerykańskiego - filmy ambitne powstają za pieniądze uzyskane dzięki komercyjnym hitom. Dzięki kasowym sukcesom "Kilera" nakręcono na przykład "Dług" Krauzego. Brak mechanizmów zachęcających do inwestowania to najważniejszy problem polskiej kinematografii. W Europie tak zwane kino ambitne powstaje często z dotacji lub funduszy. Utworzenie funduszu postuluje się w projekcie ustawy o kinematografii, od lat czekającym na poparcie polityków. Tylko czy rozwiąże to problem braku pomysłów na dobry filmowy produkt? We Francji na przykład działa fundusz mający wspierać ambitne zamierzenia. Efekt? Zalew przeintelektualizowanej tandety, filmów czytelnych i atrakcyjnych wyłącznie dla ich twórców.

Reżyser, czyli święta krowa
Przez lata mieliśmy kinematografię reżyserską. Jej pozostałości pokutują do dziś. A ten system sprawdza się wyłącznie w wy-padku twórców wybitnych. Średniaków powinien sprowadzać na ziemię producent. - W czasach gdy za film odpowiadał sam reżyser, tak naprawdę nikt nie brał za niego odpowiedzialności - twierdzi Rywin. - Artyście wybaczało się potknięcia. Producentowi się nie wybacza. Ma odpowiadać za film merytorycznie i ekonomicznie.
Zaszłości starego systemu widoczne są przy dzieleniu (coraz mniejszych) państwowych pieniędzy. Do Agencji Produkcji Filmowej trafia pakiet producencki - scenariusz i wstępne koszty filmu. Ocenia go grupa ekspertów działająca przy Komitecie Kinematografii. O dotacji decyduje przewodniczący komitetu. Tajemnicą poliszynela jest, że przyznaje się je najczęściej starym mistrzom "za zasługi". Zły obraz "mistrza" nie przeszkadza mu sięgać po kolejne dotacje. Oznacza to, że nasza kinematografia cierpi na poważne schorzenie geriatryczne, bo - dla odmiany - jeśli reżyser świetnie debiutuje, ma nikłe szanse, żeby rychło zdobyć pieniądze na następny film. Po nagrodzonych Feliksem "300 milach do nieba" na realizację kolejnego filmu Maciej Dejczer czekał osiem lat. Filip Zylber w 1993 r. zachwycił "Pożegnaniem z Marią". Kolejny obraz zrobił sześć lat później. - Na świecie w tej branży obowiązuje zasada: "jesteś tak dobry jak twój ostatni film". U nas nie liczy się film, lecz to, kto go realizuje - mówi Jabłoński.
W naszych warunkach optymalnym rozwiązaniem wydaje się kinematografia producencko-reżyserska. Opowiada się za nią spora część filmowej branży. Czas szkoły polskiej dawno minął, nie mamy też zbyt wielu indywidualności. - Jestem za kinematografią mieszaną - mówi Lew Rywin. - Producent powinien być blisko reżysera, ale krok za nim. Kino, będąc przemysłem, pozostaje sztuką. Producent ma brać na barki "ziemskie" trudności, od których winien być wolny twórca.
W Polsce powstaje rocznie ponad dwadzieścia filmów (w Hiszpanii - sto). Te bez finansowego wsparcia telewizji można by policzyć na palcach jednej ręki. Oby "telewizyjność" nie stała się jedyną cechą charakterystyczną naszej kinematografii.

Więcej możesz przeczytać w 6/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0