Beethoven w plasterkach

Beethoven w plasterkach

Sztuka komponowania większych całości coraz bardziej idzie w zapomnienie. Może dlatego współczesne życiorysy tracą na dramaturgii i stają się linearne niczym elektrokardiograficzny zapis ustającej akcji serca. Odnoszę wrażenie, że pierwszym zauważalnym rezultatem działania współczesnej kultury masowej, preferującej estetykę mozaiki, złożonej z kawałków najróżniejszych elementów i podniesionej do rangi szanowanej sztuki przez schyłkowy prąd estetyczny XX wieku zwany postmodernizmem, jest powszechna utrata poczucia kompozycji, a nawet świadomości, że coś jest częścią czegoś, czyli jakiejś CAŁOŚCI. Rzeczy miałkie stoją przy wielkich jak równe z równymi, bo te ostatnie i tak znane są tylko z kawałków, które skutecznie udało się wykorzystać przy okazji marketingu czegoś innego.
 
Przed laty nie mogłem się nadziwić, gdy w londyńskim sklepie z muzyką poważną znalazłem podwójny album z melodiami klasyków ułożonymi według absurdalnego - jak mi się wtedy wydawało - klucza: sukcesu, jaki odniosły w roli podkładów muzycznych do telewizyjnych reklamówek. Mieliśmy więc "Marsz turecki" Mozarta, doceniony dzięki temu, że reklamował jakiś rodzaj ma-karonu, i "Dla Elizy" Beethovena, zasłużone udziałem w reklamie czekoladek (choć może chodziło o płyn do zmywania naczyń - już nie pamiętam). Była to cała lista symfoniki i kameralistyki zaprzęgniętej do marketingu towarów konsumpcyjnych. Przez kolejne lata widywałem w witrynie londyńskiego sklepu kolejne edycje owej serii płyt, z których jednej udało się nawet wejść na szczyt listy bestsellerów muzyki poważnej! I ciągle się z tego śmiałem.
Śmiać się przestałem całkiem niedawno, gdy zorientowałem się, że to już nie jest ciekawostka o charakterze anegdoty, lecz nasza rzeczywistość. Nawet specjalizujące się w muzyce poważnej Radio Classic zaczęło stosować tę samą metodę. Zżymam się za każdym razem, gdy wchodząc do domu mojej mamy, słyszę dźwięki tego radia: wymieszane jak w pasztetówce urywki (tylko kilkuminutowe!) symfonii, koncertów, suit ze wszystkich epok oraz znane melodie filmowe. Bełkot muzyczny w pretensjach do krzewienia wysokiej kultury, dokumentnie mieszający ludziom w uszach. Po plasterku wszystkiego. Cóż może wiedzieć o operze "Turandot" Pucciniego ktoś, kto w kółko słucha tylko arii "Nessun dorma"? Jakie pojęcie o wartości V symfonii "Przeznaczenia" Beethovena będzie miał ktoś, komu kojarzy się ona wyłącznie ze słynnym stukaniem losu do naszych bram z początkowego "Allegro con brio"? Co o potędze brzmienia "Requiem" Verdiego wie ktoś, kto wysłuchał tylko "Lacrymosy"?
Ojciec opowiadał mi, że przed wojną kupowało się w sklepie mięsnym tzw. rozmaitości, czyli po kilka plas-terków różnego rodzaju wędlin. Taka to była wtedy różnorodność - rozmarzał się podczas kolacji, jeszcze za PRL, a potem... organizował nam koncert. Siadaliśmy z mamą na kanapie, a on puszczał nam z płyt muzykę i długo o niej opowiadał: o kompozytorach, o epokach, w których tworzyli, o poszczególnych częściach utworów. Do dziś pamiętam te opowieści. I jeszcze tę scenę, gdy w kulminacji jakiejś symfonii mama poprosiła go: "Zrób ciszej, bo sąsiedzi...", a ojciec odparł z niespotykaną u niego twardością: "W muzyce jest jak w życiu - kiedy piano, to piano, a kiedy forte, to muszą zadrżeć ściany".
Nie, moim ojcem bynajmniej nie był Jan Weber (choć wszyscy w rodzinie bardzo lubiliśmy jego audycje). Mój ojciec był ekonomistą, ale - jak wielu ludzi z jego pokolenia - miał wiedzę daleko wykraczającą poza zawodowe potrzeby. Podobnie jak wielu wtedy, nie tylko zwykł wysłuchiwać koncertów fortepianowych w całości, ale także sam później próbował je zagrać na pianinie (podobno uwiódł mamę, grając jej "Marzenie" Schumanna). A w plasterkach kupował w sklepie wędliny, nie muzykę!
Wielkość każdego zamierzenia zmusza, aby poznać je w całości. Tak jak o jakości i wytrzymałości mostu nie można sądzić na podstawie jednego wybudowanego przęsła, tak ani symfonii, ani koncertu, ani requiem nie można docenić, słuchając ich po plasterku. Plasterkowe Radio Classic nie robi muzyce poważnej przysługi, bo udając, że ją popularyzuje, niszczy jej prawdziwy fundament: świadomość nienaruszalnej całości, która pozwala docenić nie tylko melodię, ale i muzyczną architekturę, czyli kompozycję.
Sztuka komponowania większych całości (choćby własnego życia) coraz bardziej idzie w zapomnienie. Może dlatego współczesne życiorysy tracą na dramaturgii i stają się linearne niczym elektrokardiograficzny zapis ustającej akcji serca. Brakuje nam wiedzy o szczegółach i kontekstach. Gdy grają piano - podkręcamy radio, gdy forte - przekrzykujemy się, żeby ściszyć. Czajkowski kojarzy nam się już tylko z łabędziem, "Carmen" Bizeta - z płynem do glazury "Ajax", a Verdi - z niczym. Prezenter ogólnie szanowanego publicznego radia bez skrępowania zaś tak zapowiada utwór heavymetalowego zespołu: nie przesadzajmy z tym Beethovenem, w końcu też tylko komponował w tamtych czasach niezłe kawałki, zupełnie jak twórcy tej piosenki...
Okładka tygodnika WPROST: 6/2001
Więcej możesz przeczytać w 6/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0