Sposób na Oscara

Sposób na Oscara

Dodano:   /  Zmieniono: 
Jeżeli chcesz zdobyć Oscara, zagraj kalekę, wariata albo skonaj w finale - radzą kolegom posiadacze statuetek. Nieuleczalnie chorzy, ofiary wojen i kataklizmów, upośledzeni fizycznie lub umysłowo, alkoholicy i narkomani, odmieńcy i nieprzystosowani do świata geniusze - to najpewniejsi laureaci filmowych Oscarów. Amerykańska Akademia nie daje większych szans bohaterom pięknym, zdrowym i bogatym.
 

Tom Hanks kontra Geoffrey Rush
W ubiegłym roku kino nie raczyło nas w nadmiarze opowieściami o straceńcach, może dlatego trudno o faworytów. Nie było też olśnień. Bukmacherzy są w kropce - brakuje pewniaków. Poza Tomem Hanksem nominowanym za rolę w "Cast Away" Roberta Zemeckisa trudno typować zwycięzców. Hanks, po drakońskiej diecie i morderczych treningach odchudzony o 25 kg, zagrał współczesnego Robinsona, który trafia na bezludną wyspę po katastrofie samolotu. Film nie jest objawieniem (nie dostał innych nominacji), widać jednak, co lubi Akademia - poświęcenie aktora. Hanks już w "Filadelfii" pokazał, jak wiele zniesie dla roli. Nim zagrał umierającego na AIDS prawnika, także poddał się katorżniczej diecie. Rola przyniosła mu pierwszego Oscara. Drugiego zdobył w następnym roku za kreację ograniczonego, lecz wielkiego duchem prostaczka Forresta Gumpa. Jeśli ta sztuka uda mu się po raz trzeci, lepsza od niego w całej historii będzie tylko Katharine Hepburn, właścicielka czterech złotych statuetek.
Głównym rywalem Hanksa będzie w tym roku prawdopodobnie Geoffrey Rush, nagrodzony już w "Blasku". Po raz drugi nominowano go za rolę genialnego szaleńca - markiza de Sade w "Zatrutym piórze". Rus-sell Crowe natomiast został dostrzeżony dzięki roli tytułowej w "Gladiatorze" Rid-leya Scotta. I choć wymagała ona raczej fizycznej sprawności niż wielkiego aktorstwa, Akademia nie przeoczy zapewne efektownej sceny śmierci w finale. Wśród aktorów drugoplanowych największe szanse na zdobycie nagrody ma świetny Joaquin Phoenix (cesarz Commodus w "Gladiatorze"), także odgrywający szaleńca.

Julia Roberts kontra Juliette Binoche i Ellen Burstyn
Największe problemy będą z wyborem aktorki roku. Typowana najczęściej Julia Roberts, nominowana za rolę w "Erin Brockovich", zagrała prawniczkę odkrywającą przemysłową aferę. Spisała się świetnie, zbyt chętnie jednak - jak na gusta Akademii - prezentowała tu swoje wdzięki. Gdyby była nieuleczalnie chora lub popadła w nałóg, można by upatrywać w niej faworytki. Przełamanie przyzwyczajeń akademików może się okazać niemożliwe. Wystarczy bowiem rzut oka w przeszłość, by się upewnić, że statuetkę najłatwiej jest zdobyć metodą "3 x o" - oszpecić się, odchudzić (lub przeciwnie) czy odmienić duchowo. Role wymagające od aktora wyłącznie dobrego rzemiosła rzadko bywają nagradzane. Od samej roli ważniejsze jest to, co aktor gotów jest dla niej poświęcić. Rywalkami pięknej Julii będą m.in. Juliette Binoche i Ellen Burstyn (obie laureatki Oscara). Burstyn w filmie "Requiem dla snu" zagrała prowincjuszkę popadającą w lekomanię. Wobec kolejnego nieszczęścia długie nogi Julii mogą się okazać zbyt słabym atutem.

Utożsam się z rolą!
Zagraj kalekę, wariata albo skonaj w finale - radzą posiadacze statuetek kolegom. I jest to święta prawda. Niedościgniony Jack Nicholson, który Oscara powinien dostać już za rolę w "Chinatown", dopiero za "Lot nad kukułczym gniazdem" - zdaniem Akademii - naprawdę zasłużył na wyróżnienie. Wielotygodniowy pobyt w zakładzie zamkniętym okazał się dostatecznym poświęceniem. Dustinowi Hoffmanowi nagroda należała się już za "Absolwenta", a nieprzyznanie mu jej za "Nocnego kowboja" wywołało skandal. Niewzruszona Akademia nagrodziła go dopiero za kreację samotnego ojca w "Sprawie Kramerów". Drugiego Oscara dostał niemal automatycznie za rolę chorego na autyzm w filmie "Rain Man". Robert De Niro za rolę w "Taksówkarzu" nie otrzymał statuetki, choć stawiali na niego wszyscy. Akademia nagrodziła go natomiast za "Wściekłego byka", gdy do roli zawodowego boksera przytył prawie 30 kg. Nicolas Cage, znany z tego, że dla roli gotów jest zrobić wszystko, na planie któregoś z filmów zjadł żywego karalucha. Gdy w "Zostawić Las Vegas" grał zdesperowanego alkoholika, gazety rozpisywały się o jego walce z nałogiem. Dostał Oscara. Na przyjęciu po ceremonii fotoreporterzy uwieczniali każdy jego ruch w kierunku baru. Amerykanie do perfekcji doprowadzili metodę Stanisławskiego - utożsamienia się z rolą.

Seksbomby bez szans
Najbardziej poszkodowane w oscarowych zmaganiach są symbole seksu - nierzadko utalentowane. Kiedy w latach 30. nominację otrzymała Marlena Dietrich, rozkochany w gwieździe Hemingway kpił: "Za długie nogi, za piękny biust, za wielka uroda. Kto by tam patrzył na aktorstwo?". Niestety, miał rację. Akademia pomija seksbomby, bo jak tu wymagać od nich męczeństwa, choćby na ekranie. Który reżyser uczyniłby Marilyn Monroe ofiarą alkoholowego nałogu, wywołanego zdradą męża? Jaki mąż zdradzałby kobietę, dla której straciła głowę brzydsza połowa ludzkości? "Nie chcę, by widzieli we mnie symbol seksu, wolę, by zobaczyli aktorkę" - żaliła się światu Monroe i wiedziała, co mówi. Od tamtej pory zmieniło się niewiele. Współczesna femme fatale Sharon Stone zyskała sławę prowokującym "Nagim instynktem". Ale jednocześnie zaprzepaściła swoje szanse na Oscara. Kilka lat później za rewelacyjną rolę żony gangstera w "Kasynie" dostała nawet nominację, ale nikt nie zobaczył w niej faworytki. Bądź piękna i milcz - doradzają znawcy tematu.

Dramat przed thrillerem i westernem
Wśród publiczności największe emocje budzą Oscary dla aktorów, w branży najważniejsza jest statuetka dla filmu, odbierana przez producentów. Najczęściej - choć nie zawsze - oznacza ona również wyróżnienie dla reżysera. Oscara nie dostał jednak ku ogólnemu zdziwieniu "Absolwent", choć odebrał go reżyser Mike Nichols. Akademia, uznając za najlepszy film "Rebekę", nie nagrodziła mistrza horroru Alfreda Hitchcocka. Ostateczne kryteria pozostają tajemnicą akademików, choć znamy ich preferencje. W kpiarskim miniporadniku dla filmowców anonimowi autorzy napisali: "Jeśli jesteś reżyserem, koniecznie nakręć dramat - 50 proc. Oscarów za reżyserię przypadło temu gatunkowi. Jeśli nie znosisz dramatu, kręć cokolwiek, byleby nie thriller ani western". I nie da się ukryć - dramaty historyczne, obyczajowe, a nawet melodramaty cieszą się względami Akademii. Prawdą jest też, że pomija ona thrillery (stąd brak Oscara dla Hitchocka, a w ubiegłym roku dla świetnego "Szóstego zmysłu"). W ponadsiedemdziesięcioletniej historii tylko dwa thrillery nagrodzono Oscarem: "Rebekę" i "Milczenie owiec" - i tylko trzy statuetki przypadły westernom (były to "Cimmarron", "Tańczący z wilkami" i "Bez przebaczenia").

Przede wszystkim superprodukcja
Coraz częściej po Oscary sięgają twórcy superprodukcji, niekoniecznie wybitnych, ale za to widowiskowych. Przykładem sukces melodramatycznego "Angielskiego pacjenta", filmu oscylującego na granicy kiczu, ale zapierającego dech pięknem obrazu i scenografią. Widowiskowość to również główny atut otwierającego listę kasowych tytułów wszech czasów "Titanica" (11 Oscarów w 1998 r.). W tym roku tego typu kino reprezentował będzie "Gladiator" Ridleya Scotta (nominowany m.in. w kategoriach za najlepszy film, reżyserię, scenariusz, role męskie). To kino szalenie efektowne - świetnie zagrane, genialnie zainscenizowane, choć żal, że twórca "Łowcy androidów" porzucił oryginalność na rzecz komercji. Nie sposób jednak nie docenić perfekcji jego rzemiosła. Głównym jego rywalem jest "Przyczajony tygrys, ukryty smok" sławnego Chińczyka Anga Lee, będący baśniową love story z elementami kina walki.
Polacy mogą się czuć obywatelami Hollywood, gdyż to właśnie tylko "Gladiator" przyciągnął w minionym roku do naszych kin ponad milion widzów. W tym wypadku bliżej nam do Ameryki niż do reszty Europy, która film ten przyjęła dość chłodno.

Więcej możesz przeczytać w 8/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0