Przylądek złudnej nadziei

Przylądek złudnej nadziei

Dodano: 
Jesteśmy Euro-Rosjanami - mówią o sobie mieszkańcy Kaliningradu

Niedoszły Hongkong Bałtyku, smętne wspomnienie hanzeatyckiej świetności czy baza rdzewiejącej i straszącej połowę Europy floty? W informacjach na temat Kaliningradu trudno znaleźć optymizm sprzed kilku lat, wiązany z najbardziej europejską częścią Rosji. Obserwatorzy różnią się co najwyżej w ocenie źródła zagrożenia. Publikacje amerykańskiego dziennika "The Washington Times" łączą nazwę "Kaliningrad" z nuklearnym zagrożeniem z powodu rosyjskich rakiet stacjonujących jakoby w bazach Floty Bałtyckiej. Europejskie gazety natomiast wskazują na inny rodzaj niebezpieczeństwa. Kaliningrad kojarzony jest w nich przede wszystkim z AIDS, zanieczyszczeniem środowiska albo zorganizowaną przestępczością. Nastawieni "patriotycznie" politycy rosyjscy straszą, że rosnące ekonomiczne wpływy Europy w obwodzie prędzej czy później doprowadzą do przejęcia nad nim kontroli przez Brukselę.


Rebiata, toniemy!
Suterena domu przy ul. Kopernika 2 jest jednym z najlepiej znanych przez narkomanów miejsc w mieście. Wcześniej gotowano tu nielegalnie ze słomy makowej tzw. kompot. Dziś schody w dół prowadzą do salki ze skromnymi sofami, gdzie ci, którzy nie mogą się uwolnić od brown sugar (już w postaci syntetycznego proszku szmuglowanego do Kaliningradu z Azji i Nigerii), oraz zarażeni HIV mogą szukać pomocy u specjalistów z ośrodka konsultacyjnego, wykorzystującego m.in. doświadczenia Monaru. Unia Europejska alarmuje, że obwód kaliningradzki - rosyjska enklawa nad Bałtykiem - bije rekordy pod względem liczby uzależnionych od narkotyków (ok. 25 tys. osób na 900 tys. mieszkańców) oraz chorych na AIDS, stwarzając poważną groźbę dla krajów sąsiednich.
- Jeszcze dwa lata temu ostrzegałem: "Rebiata, toniemy!". Teraz już jestem optymistą, sytuacja jest nadal poważna, ale mamy nad nią kontrolę - uspokaja Aleksander Drejzin, główny lekarz centrum detoksykacyjno-rehabilitacyjnego. Jego zdaniem, strach państw regionu przed rozprzestrzenianiem się narkomanii i AIDS z obwodu kaliningradzkiego, podobnie jak przed innymi zagrożeniami, jest przesadny w stosunku do rzeczywistej skali zjawiska. Wykryto 3,5 tys. przypadków obecności wirusa, tyle że na niecały milion mieszkańców przeprowadzono 250 tys. testów, podczas gdy w sąsiedniej Litwie wykryto 200 zakażeń, ale przebadano dziesięć razy mniej osób (na 3,5 mln mieszkańców).

Niebo gwiaździste Europy
Mimo usilnych starań Jerzy Bar, były konsul RP w Kaliningradzie, nie zdołał odtworzyć trasy stałych spacerów Immanuela Kanta po jego rodzinnym mieście. Ulice starego Königsbergu, którymi przechadzał się wielki filozof "z niebem gwiaździstym" nad sobą i "prawem moralnym" w sobie, zostały zmiecione przez historię z mapy dawnego hanzeatyckiego miasta.
Wydawało się, że mieszkańcom Kaliningradu - zamienionego po 1945 r. przez ZSRR w szczelnie zamkniętą bazę wojskową - jeszcze trudniej będzie odtworzyć zdruzgotaną przez radziecki komunizm naturalną geografię szlaków łączących północno-wschodnią Europę. Siła życia przezwycięża jednak wszystkie trudności, przełamując barierę biedy, mentalności ukształtowanej przez syndrom oblężonej twierdzy i opory polityczne Moskwy.
Drogę kaliningradczykom, którzy - nie zrażeni wielogodzinnymi kolejkami - szturmują przejścia na granicach z Polską i Litwą, wskazuje dziś gwiazdozbiór z flagi Unii Europejskiej. - Jesteśmy Euro-Rosjanami - mówią o sobie coraz częściej mieszkańcy enklawy, podkreślając różnicę między sobą i resztą rodaków nie rozumiejących, ich zdaniem, tak dobrze ducha przemian jak oni. Kilka lat wcześniej niż w pozostałych częściach Federacji Rosyjskiej zaprzestano w Kaliningradzie swoistego luddyzmu - podpalania w odruchu antykapitalistycznym straganów na bazarach.
Teraz wydaje się to śmieszne - trudno sobie wyobrazić, jak wyglądałoby tutaj życie, gdyby nie drobny prywatny handel. Zmianę mentalności potwierdza polski konsul handlowy, Andrzej Zbucki: "Świadomość rynkowa wzrosła o dwieście procent. Myślenie komunistyczne jest w odwrocie. Choć daleko jeszcze do spełnienia się wszystkich oczekiwań, to ludzie nauczyli się liczyć, wiedzą, co to marża, cło czy akcyza".
Swietłana i Aleksander Judin, małżeństwo trzydziestolatków handlujących galanterią skórzaną sprowadzaną z Polski, uważają jednak, że drobni przedsiębiorcy nie są w stanie rozwijać swoich firm, gdyż nieustannie zaskakiwani są nowymi przepisami i podwyżkami podatków. - W tej mętnej wodzie pływają świetnie jedynie rekiny miejscowego biznesu powiązane z władzami - mówią.
Jakby na przekór tym stwierdzeniom sami przetrwali kryzys z roku 1998 r. (wszyscy pamiętają tu 17 sierpnia, a prawie nikt nie potrafi sobie przypomnieć, kiedy został wybrany na prezydenta Władimir Putin) i zaczęli nie tylko sprzedawać wyroby ze skóry z przyczepy kempingowej na targowisku, lecz także dostarczać je do sklepów. Wkrótce przeprowadzą się z małego mieszkania w bloku, typowej "chruszczowki", do ponadstumetrowego lokum po 350 dolarów (średnia tutejsza pensja to 200-250 dolarów miesięcznie) za metr kwadratowy.
Przymykając oko na postsowiecką szpetotę, nie sposób nie zauważyć w Kaliningradzie wielu nowych budów: tzw. elitarnych domów z klubami fitness i ochroną, mieszkaniami sprzedawanymi po 450-500 dolarów za metr kwadratowy. W niedawno pootwieranych restauracjach i barach przyjął się zwyczaj biznes lunchu. Lokale nie narzekają na brak klientów. Pojęcie klasy średniej nie jest już tu obce. Na ulicach trzeba uważać, by nie wpaść po kostki w kałużę albo nie skręcić nogi na ruchomych płytach chodnika, lecz są i równo ułożone trotuary obok schludnych sklepów firm Levi’s i Pierre Cardin. Ze świecą trzeba szukać samochodów rodzimych marek -większość to duże auta znanych zachodnich producentów mających tu swoje salony i montownie (np. BMW).

Szpiedzy czy przyjaciele?
Relikty przeszłości - nie tylko materialne - nadal trzymają się mocno. Nie ma już w Rosji miasta Kalinin, które powróciło do starej nazwy Twer, lecz Kaliningrad nadal zachowuje w nazwie pamięć o jednej ze sztandarowych postaci bolszewickiej rewolucji. Najważniejsze ulice wciąż noszą nazwiska Marksa czy Lenina, pozostały też ich pomniki. Na ziejącym pustką centralnym placu miasta (na miejscu starówki zniszczonej w czasie wojny) straszy od 30 lat nie ukończony betonowy wieżowiec, który miał być Pałacem Rad. Trzy lata temu przejęła go zarejestrowana w Panamie, ale należąca do Rosjan spółka. Zapowiadała utworzenie tu centrum biznesu, ale moloch nadal stanowi ponure memento minionego czasu. Mieszkańcy - jak kierowca Nikołaj Chamienia - nazywają go "monster".
Fotoreporter "Wprost" został zatrzymany na kilka godzin przez agencję ochrony, gdy próbował zrobić ze szczytu tego budynku widma zdjęcie portu Floty Bałtyckiej w pobliskim Bałtijsku. Zarzucono mu, że jest "natowskim szpionem". Za to ekspedientki ze stoiska cukierniczego w sklepie tutejszej sieci handlowej Wester, gdy tylko poznają polski akcent, namawiają do większych zakupów, rezolutnie tłumacząc, że "przecież my i natowcy powinniśmy się przyjaźnić". Sekretarz generalny NATO George Robertson przekonywał akurat w Moskwie, że pierwsza tura rozszerzenia paktu nie stworzyła przeszkód dla bliskiej współpracy Polski z obwodem kaliningradzkim, wręcz przeciwnie. Przypomniał słowa prezydenta Władimira Putina o tym, że polsko-rosyjskie stosunki są dobrym przykładem tego, jak można osiągnąć postęp we wzajemnych kontaktach.
"Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica" - powiedzenie, które działało na nas jak płachta na byka, gdyż przypominało o radzieckiej dominacji nad naszym krajem, nie powinno już nas drażnić. Przynajmniej tak uważa Andriej, specjalista od okrętowych instalacji elektrycznych i tłumacz. - Może to dla was zaskakujące, ale dla nas, Rosjan w Kaliningradzie, to powiedzenie ma dziś zupełnie inny sens, niż wam się wydaje. Jesteście dla nas nie obcym, ale bliskim, otwartym i gościnnym krajem. Dzięki kontaktom z wami jesteśmy bliżej Europy.

Bałtycki Hongkong
Mieszkańcy miasta nad Pregołą marzą o dostatnim Kaliningradzie, ale raczej jako euroregionie niż "bałtyckim Hongkongu" - jak powiedział niedawno Chris Patten, komisarz Unii Europejskiej odpowiedzialny za sprawy zagraniczne, były brytyjski gubernator włączonej obecnie do Chin prowincji. Tak czy owak, problemy Kaliningradu zdają się bardziej zaprzątać Brukselę niż Moskwę, która ma większe zmartwienia bliżej. Kwestia wyrównywania poziomu życia w różnych regionach jest jednym z najważniejszych celów integracji w ramach unii. Tymczasem już niedługo - po wejściu do UE Polski i trzech krajów nadbałtyckich: Estonii, Łotwy i Litwy - rosyjski obwód może być jedyną nieunijną enklawą w regionie, stając się potencjalnym źródłem kłopotów, jeżeli tempo wzrostu poziomu życia na tym obszarze nie będzie takie jak u sąsiadów.
- Unia próbuje nam pomagać w poszukiwaniu nowej roli dla obwodu kaliningradzkiego, ale najważniejsze jest zdanie Moskwy. Niestety, na razie nie ma tam zgody co do żadnej koncepcji - mówi prof. Jurij Matoczkin, były gubernator, obecnie szef komisji polityki gospodarczej w obwodowym parlamencie. To Matoczkin, jako gubernator, firmował utworzenie specjalnej kaliningradzkiej strefy ekonomicznej. Jego zdaniem, obwód powinien się stawać nie tyle drugim Hongkongiem, ile Liechtensteinem czy Luksemburgiem. Dla niewielkiego obszaru, który poza bursztynem nie może się poszczycić ani bogactwami naturalnymi, ani rozwiniętym przemysłem, atutami sprzyjającymi szybkiemu rozwoju mogą się stać położenie, uproszczone warunki rejestracji zagranicznych banków (nawet ze 100 proc. obcego kapitału), ulgi podatkowe oraz inwestycje w nowe technologie, ułatwiające transakcje finansowe.
Tak jak uruchomienie strefy nie byłoby możliwe bez osobistej zgody prezydenta Jelcyna, tak teraz projekt rozwoju, zbliżający ją do modelu europejskiego, nie obejdzie się bez inicjatywy Putina - twierdzi Matoczkin. Prezydent Rosji powiedział niedawno w Kaliningradzie, że Moskwa nie potrzebuje tworzyć żadnych Hongkongów i programów pilotażowych. Zza tych słów wyziera obawa przed stworzeniem precedensu otwierającego drogę do dezintegracji Federacji Rosyjskiej.
Wszystko ma się rozstrzygnąć podczas specjalnego posiedzenia rządu federalnego, zapowiedzianego na 22 marca. W Kaliningradzie czekają z niepokojem: czy Putin zgodzi się, czy nie? - Nikt nie powstrzyma naturalnego procesu, gdyż sprawy zaszły już za daleko - tłumaczy spokojnie Matoczkin. - Jesteśmy w równym stopniu zależni gospodarczo od Rosji i od Zachodu. Według miejscowych władz, wymiana towarowa obwodu z resztą federacji w ubiegłym roku była nawet mniejsza niż z bliższymi i dalszymi sąsiadami z Zachodu. Można odnieść wrażenie, trawestując termin z rosyjskiej polityki zagranicznej, że reszta Rosji staje się dla Kaliningradu raczej dalszą niż bliską zagranicą.

Teraz Moskwa
Czy wobec tego niektórzy moskiewscy politycy słusznie się obawiają, że pod pozorem gospodarczej współpracy i wymiany handlowej Zachód usiłuje wyjąć Rosji jej nadbałtycką perłę (w tym wypadku raczej bursztyn)? Matoczkin mówi, że Kaliningrad wejdzie do Europy prędzej czy później, lecz tylko jako część Federacji Rosyjskiej. Zdaniem Borisa Nisniewicza, szefa działu politycznego gazety "Kaliningradzkaja Prawda" (w klapie jego marynarki widnieje znaczek z flagą Unii Europejskiej), prowincja i centrum toczą skryty bój o konstytucyjny status obwodu, któremu Moskwa nie pozwala na przeprowadzenie wymaganych przez rzeczywistość gospodarczą zmian. - Jednolity obszar ekonomiczny przewidziany przez konstytucję federacji to w wypadku Kaliningradu fikcja. Jeżeli cały nasz tranzyt idzie przez Litwę, to na przykład ważniejsze dla nas jest to, by taryfy celne były takie same jak w Kłajpedzie, a nie Petersburgu - mówi Nisniewicz. - Standard poziomu życia musimy porównywać z sąsiadami, a nie resztą Rosji. Jeśli zrobimy inaczej, to konflikt społeczny będzie nieunikniony - potwierdza Siergiej Kozłow, wiceszef obwodowej Dumy i bankier. Kozłow duże nadzieje pokłada w Putinie. Jego zdaniem, prezydent jest za współpracą z Unią Europejską, ale w rozwijaniu kontaktów - z powodów geopolitycznych - przeszkadza Waszyngton. - Gdy tylko pojawił się sygnał o możliwości porozumienia w sprawie Kaliningradu, natychmiast opublikowano prowokacyjny tekst o rakietach jądrowych - przypomina Kozłow, zastrzegając, że to jego osobiste zdanie.

Straż Bałtiki
Chodzi jednak nie tylko o skutki rozszerzenia unii i zwiększania jej wpływu na sytuację Kaliningradu. Robertson wyraźnie przygotowywał w Moskwie polityczny grunt dla drugiej tury rozszerzenia NATO. W tym wypadku obwód stałby się nie tylko gospodarczą, ale i militarną enklawą, otoczoną przez kraje sojuszu. W dodatku podkaliningradzki Bałtijsk jest jedynym nie zamarzającym portem wojennym Rosji na Bałtyku. Trudno oczekiwać, że obwód stanie się - przynajmniej w najbliższym czasie - strefą zdemilitaryzowaną. Za świadectwo intencji Putina uznać można mianowanie nowego gubernatora Kaliningradu, którym został dotychczasowy dowódca Floty Bałtyckiej admirał Władimir Jegorow. Powszechnie uważa się, że Jegorow będzie dążył do pogodzenia dwu głównych funkcji terytorium: gospodarczej i militarnej. Tym bardziej że po tragedii "Kurska" decydenci moskiewscy zdali sobie sprawę, że bez zdrowej gospodarki nie może być mowy o sprawnej armii.23 lutego, w dniu Święta Obrońcy Ojczyzny, pochód wojskowych i cywili zmierza pod pomnik 1200 gwardzistów poległych podczas szturmu na Königsberg w kwietniu 1945 r. Wieczorem w niebo strzelają fajerwerki. Ten dzień nazywany jest powszechnie "świętem mężczyzn". 50-letni Walentin Jegorow, kapitan floty pierwszej rangi (odpowiednik pułkownika w armii), wita mnie w uniformie ze złotymi pagonami, ale na nogach ma plastikowe klapki kąpielowe. To jego ostatnie święto w mundurze. Wiosną zamierza - jak wielu oficerów i gubernator o tym samym nazwisku - odejść do cywila. Jegorow (w mundurze) jest redaktorem naczelnym telewizyjnego programu wojskowego "Mam honor" oraz redaktorem gazety "Straż Bałtiki". Mówi, że nie odchodzi z powodów materialnych ("Nas tak nie wychowano"). Po prostu wojsko... przestało go już interesować. Wielu jego kolegów odeszło do cywila i dobrze radzi sobie w biznesie, korzystając z kredytów w ramach programów społecznej rehabilitacji. W tzw. Lermontowskim Posiołku w pięciu odremontowanych budynkach dawnych koszar znalazło się miejsce i na mieszkania dla nich, i na firmy, na przykład zajmującą się przewozami międzynarodowymi.
Na ulicach Kaliningradu mundurów widuje się niewiele. W samym mieście jest bowiem właściwie tylko sztab Floty Bałtyckiej. Siły zbrojne zostały tu zredukowane (według danych rosyjskich, do 24 tys. osób) i połączone pod wspólnym dowództwem floty. Zlikwidowano odrębne sztaby dla lotnictwa, marynarki i armii oraz ich jednostki pomocnicze (na przykład szpitale). Według raportu o Kaliningradzie przygotowanego na zlecenie Fundacji Batorego, rozmiary floty zostały zredukowane faktycznie do rozmiarów flotylli, ale jej wartość na tle innych jednostek rosyjskich jest duża.
Walentin Jegorow - zgodnie z oficjalnym stanowiskiem Moskwy - zdecydowanie twierdzi, że w Kaliningradzie nie ma głowic nuklearnych. Po chwili dodaje jednak, że Rosja nie zamierza rezygnować z obecności wojskowej w rejonie, a alternatywa "Hongkong czy baza wojskowa" jest fałszywa. - Wystarczy popatrzeć choćby na Gibraltar - mówi Jegorow. - Czy wojsko przeszkadza tam w rozwoju współpracy gospodarczej?
Obwód kaliningradzki nadal jest ważnym regionem strategicznym, a marzenia o gospodarczej prosperity mogą się okazać mżonką. Moskwa co roku zmienia prawo, podważając nawet reguły funkcjonowania już istniejącej specjalnej strefy ekonomicznej. Wprowadzona niedawno druga część kodeksu podatkowego wywołała ostre protesty w Kaliningradzie, gdyż nowe zasady spowodowały w styczniu zwolnienia w firmach. Ostatecznie nowelizację ustawy zawieszono do czerwca. Według Bożeny Tarnowskiej, dyrektor przedstawicielstwa Kredyt Banku w Kaliningradzie, jeśli projekt zostanie przywrócony, to biznes w obwodzie zostanie rozłożony na łopatki. Wraz z nim zapewne pełen gwiazd sen o Europie.

Więcej możesz przeczytać w 9/2001 wydaniu tygodnika e-Wprost.

Archiwalne wydania Wprost dostępne są w specjalnej ofercie WPROST PREMIUM oraz we wszystkich e-kioskach i w aplikacjach mobilnych App StoreGoogle Play.

 0