Długie ręce stóp

Długie ręce stóp

Dodano: 
Kto zyskuje na obniżkach stóp procentowych. Natychmiast po obniżeniu przez Radę Polityki Pieniężnej stóp procentowych o jeden punkt opinia publiczna podzieliła się na trzy równe połowy. (Proszę nie mówić, że całość nie dzieli się na trzy połowy - w polskich finansach nie takie cuda są możliwe.) Pierwsza grupa wyraziła rozgoryczenie, że obniżka była tak mała, druga - zadowolenie, iż w ogóle nastąpiła, trzecia - obawy, że była przedwczesna.
 Poniżej postaramy się przedstawić argumenty dwóch pierwszych grup i pokazać, kto zyska na obniżce. Już teraz wyjaśniamy, że trzecia grupa to my, że działamy w interesie społecznym, a mamy przeświadczenie, że już raz podobny egzamin zdawaliśmy i też go oblaliśmy.

Za i przeciw
Argumenty przedstawiane przez zwolenników obniżenia stóp są następujące: w spada inflacja, co przy nie zmienionym oprocentowaniu sprawia, że realna cena kredytu jest coraz wyższa, w zmniejsza się (nie bez związku z drogim kredytem) tempo wzrostu produkcji, w rośnie bezrobocie, w wysokie stopy powodują duży napływ kapitału, co winduje kurs złotego i zmniejsza opłacalność eksportu, w zmniejsza się deficyt obrotów bilansu płatniczego, co oddala groźbę kryzysu finansowego.
Mówiąc krótko, zwolennicy uważają, że wszystko, co złe w polskiej gospodarce, spowodowane jest zbyt surową polityką monetarną (chłodzeniem). Prof. Stanisław Gomułka twierdzi wręcz, że całe zło jest spadkiem odziedziczonym przez ministra finansów Jarosława Bauca po Leszku Balcerowiczu. Trudno, żeby mówił inaczej, skoro jest doradcą Bauca. "Sytuacja makroekonomiczna kraju jest zła" - ocenia Gomułka. Remedium na nią i niedobory budżetowe mają być niższe stopy procentowe, bo: potanieje kredyt, spadnie kurs złotego, wzrośnie produkcja (zarówno krajowa, jak i na eksport), spadnie bezrobocie, a ludziom będzie się żyło lżej i weselej.
Zgoda. Niektóre z przedstawionych skutków mogą nastąpić. Pytanie tylko, w jakiej skali i na jak długo. I czy czasem nie trzeba będzie za nie zapłacić?
Jak łatwo zauważyć, przedstawione rozumowanie zawiera także wniosek ceteris paribus, czyli że inflacja i deficyt obrotów bieżących dalej będą maleć (siłą woli zapewne). Tyle że założenie "pozostałe warunki bez zmian" jest tylko wygodnym narzędziem analiz teoretycznych. Nie ma jednak, niestety, w ekonomii takiego prawa, na którego mocy nasze życzenia stawałyby się faktami. Przeciwnie, ekonomia jednoznacznie opowiada się za tym, że wzrost podaży pieniądza dość szybko (do pół roku) powoduje wzrost cen i pogorszenie bilansu płatniczego. Teoria zwraca uwagę także na to, że w okresie dłuższym dodatkowy pieniądz raczej hamuje wzrost gospodarczy, niż go pobudza, i raczej powiększa bezrobocie, a nie zmniejsza. Podanie środków dopingujących może zatem spowodować krótkotrwałe pobudzenie gospodarki. Najprawdopodobniej jednak opłacone kacem. Mimo to lobby doradców i niektórych analityków z uporem lansuje pogląd, że RPP powinna bardzo szybko obniżyć stopy procentowe o 3 proc., a nawet o 5 proc. Czy chodzi tu tylko o wierność swoim poglądom na ekonomię, czy też w rachubę wchodzą inne powody?

Krótka historia obniżania stóp
Prezentowany spór nie jest tylko teoretyczny. W końcu 1998 r., gdy gospodarka dźwigała się jeszcze z szoku spowodowanego zanikiem rynku rosyjskiego, słyszeliśmy także powszechny lament na politykę chłodzenia i zbyt wysokie stopy. Również wtedy wskazywano na spadek inflacji (była o ponad dwa punkty niższa niż dzisiaj) i wysokie bezrobocie. Obiecywano też cuda, jeżeli tylko kredyt stanieje. I co się stało?
Najpierw 20 stycznia 1999 r. Rada Polityki Pieniężnej NBP obniżyła podstawowe stopy procentowe: kredytu lombardowego z 20 proc. do 17 proc., redyskonta weksli z 18,25 proc. do 15,5 proc. i stopę interwencyjną z 15,5 proc. do 13 proc. Parametry makroekonomiczne w tym momencie były następujące: w wzrost PKB w IV kwartale 1998 r. - 3 proc.; w I kwartale 1999 r. - 1,6 proc., w deficyt obrotów bieżących w 1999 r. - 6,86 mld zł (4,5 proc. PKB), w stopa bezrobocia w I kwartale 1999 r. - 13,7 proc., w inflacja w I kwartale 1999 r. - 6 proc.; w II kwartale - 5,4 proc. Co stało się po obniżce stóp? Tempo wzrostu produkcji rosło, ale tylko przez trzy kwartały (w IV kwartale 1999 r. - 6,2 proc.), potem zaczęło wyraźnie gasnąć. Saldo obrotów bieżących pogorszyło się niemal natychmiast po poluzowaniu polityki monetarnej, a jego deficyt rósł z miesiąca na miesiąc, aby w całym roku 1999 wynieść 11,66 mld zł, czyli 7,5 proc. PKB (wzrost o 70 proc. lub - jak kto woli - o 3 punkty procentowe). Bezrobocie nie spadło, jedynie ustabilizowało się i przez pięć miesięcy wynosiło 13,5 proc. Od lipca znowu zaczęło szybko rosnąć. Ceny poszybowały w górę i na koniec roku inflacja sięgnęła 10 proc. W ospodarce namnożyły się symptomy nadciągającego krachu i w listopadzie Rada Polityki Pieniężnej musiała gwałtownie podnosić stopy. Listopadowa podwyżka musiała być przy tym większa niż styczniowa obniżka. W sumie zabawa trwała dziesięć miesięcy, a potem przyszedł leśniczy i wypędził partyzantów z lasu. Jeżeli ktokolwiek myśli, że teraz będzie inaczej, to życzymy mu dużo zdrowia i radzimy, aby okres taniego kredytu wykorzystał na zaciągnięcie pożyczki niezbędnej do sfinansowania krótkiego kursu ekonomii.
"Trudno - mówi druga połowa dyskutantów - jakieś koszty będą, ale przy jednoprocentowej obniżce może nie tak wielkie jak poprzednio. A poza tym w naszej sytuacji nawet krótkotrwałe ożywienie jest bardzo potrzebne". To już mądrzej. Czy zwolennicy obniżenia stóp uczciwie przedstawili polską wersję polityki push and stop, przypominającą pijacką czkawkę? Czy nie ma w tym przypadkiem drugiego dna? Bo bzdurą jest przecież, że wszyscy analitycy, doradcy itp., z takim uporem forsujący poglądy o "niskostopowym" remedium dla gospodarki, potrzebują jakichkolwiek kursów ekonomicznych. O co więc chodzi?

Kto zarabia na obniżkach stóp?
Niekiedy bywa tak, że polemistom interesy zagłuszają głos rozumu. Nie zamierzamy, rzecz jasna, w żaden sposób owego spostrzeżenia personifikować. Z góry więc przepraszamy tych, którzy poczuli się urażeni. Kto jednak ma interes w obniżce stóp? Powszechnie mówi się, że stracą ci, co oszczędzają, a zyskają ci, co pożyczają. Ale przecież nie tylko.
Na obniżce stóp zarobi minister Bauc, bo na obsługę długu wyda miliard złotych mniej. I tak się przypadkiem złożyło, że eksperci MF byli bardzo za. Nieważne, że gdy byli "ekonomistami niezależnymi", domagali się rozważnej polityki monetarnej.

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia
Zarobią również banki. Przy wysokich stopach miały znaczne koszty pozyskania depozytów i mało chętnych na kredyty. Analitycy bankowi byli jeszcze bardziej za. Nieważne, że oni również gdy byli "ekonomistami niezależnymi", domagali się rozważnej polityki monetarnej. Wypada w tej sytuacji przytoczyć ciągle bardzo trafne powiedzenie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Gdy punkt siedzenia stanowi instytucja finansowa zarabiająca na obracaniu wielkimi kwotami, to punkt widzenia można przeliczyć na grube pieniądze. Weźmy choćby taki instrument jak operacja finansowa typu futures, gdy ktoś umawia się, że za miesiąc sprzeda choćby kilka milionów dolarów za ustaloną stawkę. Gdy dolar wzmocni się w tym okresie o 10 gr, to na każdym milionie instytucja zyskuje już 100 tys. zł. Gdy dolar o tyleż się osłabi - oznacza to stratę. Fantazja podpowiada tu kilka sposobów takiego kształtowania przyszłości, aby instytucja zatrudniająca wpływowego futurystę tylko zarabiała. Futurysta niekiedy nawet zablokuje na jakiś czas część swojej ekonomicznej wiedzy, aby wpłynąć na tych, którzy podejmują decyzje.
Na obniżce stóp zarobią politycy. Bo dali dowód, że w ciężkiej sytuacji pochylili się z troską nad dolą nieszczęśliwych. Pochylili się wszyscy. A najbardziej ci z SLD. I nieważne, że jeśli się sprawdzi scenariusz "gaz - hamulec", to sporą część śmietanki spije AWS, zostawiając na jesień SLD skwaśniałe mleko.

Okładka tygodnika WPROST: 10/2001
Więcej możesz przeczytać w 10/2001 wydaniu tygodnika „Wprost”
 0